Reklama

Zastępcy

Zastępcy

11.03.2020
Czyta się kilka minut
Kiedy „Tygodnik” powstawał, mieli 30, 20 i 14 lat.
KRZYSZTOF KOZŁOWSKI, MIECZYSŁAW PSZON i JÓZEFA HENNELOWA / ARCHIWUM „TP”
N

Najstarszy, Mieczysław Pszon, myślał właśnie o tym, żeby się ujawnić: przedwojenny narodowiec, niedawny żołnierz AK, w 1945 r. był delegatem rządu londyńskiego na województwo krakowskie, a wkrótce został aresztowany przez komunistów i skazany na śmierć. Spędził wiele miesięcy w celi czekając na wykonanie wyroku, ostatecznie zamienionego na dożywocie. W sumie siedział 8 lat, a pracę w „TP” – najpierw w administracji, gdzie zatrudniano więcej byłych AK-owców, np. Zygmunta Pawlusa czy Ludwika Kubika – zaczął w 1960 r.

Józefa Hennelowa pracowała tu niemal od początku: wilnianka, podczas wojny uczennica Stanisława Stommy na tajnych kompletach, w 1948 r. spotyka go ponownie w Krakowie (inni wilniucy na Wiślnej to Antoni Gołubiew i Paweł Jasienica). Po skończeniu polonistyki została sekretarką i korektorką, wkrótce jednak sama zaczęła pisać. Debiutowała w 1950 r. krytyczną recenzją socrealistycznej powieści „Nr 16 produkuje”.

Najmłodszy, Krzysztof Kozłowski (filozof z wykształcenia, taternik i narciarz z zamiłowania), został ściągnięty z KUL-u. Wspominał, że w stołówce lubelskiej uczelni jadł obiad z Jackiem Woźniakowskim, historykiem sztuki, sekretarzem redakcji pierwszego „Tygodnika”, który między zupą a drugim daniem zapytał go, czy nie chciałby pracować w „TP”. „Zastanowiłem się i przed zjedzeniem drugiego dania podjąłem decyzję” – opowiadał potem Michałowi Komarowi; decyzję, która związała go z pismem na ponad 50 lat. Umowa o pracę Kozłowskiego datowana była na 1 grudnia 1956 r.


75-lecie „Tygodnika Powszechnego" – czytaj więcej w serwisie specjalnym >>>

Długi czas siedzieli razem – zazwyczaj w milczeniu, Hennelowa wspomina, że mówiła głównie ona – w jednym niedużym pokoju. Idąc wąskim korytarzem w stronę gabinetu Jerzego Turowicza, trzeba było skręcić w prawo, za przeszklone w większości przepierzenie. Choć z tym siedzeniem to było bardziej skomplikowane: Kozłowski zwykle wybierał prace na stojąco.

Przez kolejne dziesięciolecia zajmowali się działalnością społeczną i pisaniem (Hennelowa publikowała w „TP” felietony), redagowaniem (Kozłowski był autorem najpopularniejszej rubryki w dziejach pisma: publikowanego na pierwszej stronie „Obrazu tygodnia”, który z samego doboru i układu informacji tworzył publicystykę, wobec której cenzorzy bywali bezradni), spotkaniami (Pszon podejmował szukających pojednania i przebaczenia gości z Niemiec) oraz polityką.

To Kozłowski i Pszon byli reprezentantami pisma w kontaktach z władzą (także z funkcjonariuszami SB, która tego drugiego – zdeklarowanego przeciwnika systemu – zarejestrowała nawet jako tajnego współpracownika), to oni odegrali także ważną rolę w pierwszych latach III RP. Pszon został pełnomocnikiem Tadeusza Mazowieckiego do kontaktów z Niemcami. „Odebrał mój wnuczek. Usłyszałem: »Dziadku, jakiś premier do ciebie dzwoni«” – wspominał rozmowę, której efektem było m.in. przygotowanie przez Pszona wizyty w Polsce kanclerza Helmuta Kohla i słynnej mszy pojednania w Krzyżowej. O roli Kozłowskiego jako szefa MSW – likwidatora SB, twórcy UOP i współautora sukcesu operacji „Samum”, podczas której jego podwładni ewakuowali z Iraku amerykańskich wywiadowców przed rozpoczęciem wojny w Zatoce – wiadomo powszechnie. Najwięcej mówi się więc o Kozłowskim, opisał zresztą swoje losy w książce „Historia z konsekwencjami”. Najwięcej napisała Hennelowa. Kolejne cykle jej felietonów – w PRL poświęcanych głównie sprawom wychowania i rodziny, a w III RP także najgorętszym sprawom życia publicznego (w Sejmie, gdzie zasiadała po 1989 r., toczyła boje z prawicowymi radykałami, by kwestii ochrony życia nie łączono z karaniem kobiet) – ukazywały się później jako książki. „Wiele razy była sumieniem katolickiej inteligencji, także sumieniem »Tygodnika«” – podsumowywał autor wywiadu rzeki z Hennelową, Roman Graczyk, i taką rolę wybrała w publikowanych do dziś na stronie internetowej Klubów Tygodnika komentarzach.

Najmniej wiadomo o Pszonie. Kiedy młodzi redaktorzy próbowali wyciągać go na kombatanckie wspomnienia, zasłaniał się kpiną. Z drugiej strony, gdy w kraju czy świecie wybuchał jakiś kryzys, to do niego właśnie przyjeżdżał, szukając pociechy i rady, Stanisław Lem. „Rola Pszona w »Tygodniku« polegała i na tym, że nowo przyjętym dziennikarzom udzielał on nominacji – pisał Jerzy Pilch. – Mogłeś pisać do »Tygodnika«, mogłeś być w »Tygodniku «, mogłeś figurować w stopce »Tygodnika«, ale dopóki Pszon nie zwrócił się do ciebie per »gnoju jeden« − nie byłeś w » Tygodniku«. Tylko on ze swoją charyzmą, wewnętrzną siłą i niebywałym poczuciem humoru mógł wchodzić aż na tak wysokie szczeble duchowej swobody”.


 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]