Reklama

Nowe rzeczy

Nowe rzeczy

30.06.2006
Czyta się kilka minut
"Ale się heca zrobiła niesamowita - a więc jednak nie taka zła ta Polska, jak się myśli, stać ją jeszcze na zrywy (...). Myślę, że gruncie rzeczy pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka już zadzwonił - zapisze Stefan Kisielewski w "Dzienniku pod datą 1 lipca 1976 r., gdy dotrą do niego echa wydarzeń w Radomiu i "Ursusie.
Maszynopis "Obrazu Tygodnia" z ingerencjami cenzury po wydarzeniach radomskich /fot. Archiwum "TP"
W

Wszystko, co nastąpiło potem, dla polskiej inteligencji katolickiej skupionej wokół ruchu Znak było niczym objawienie i wyzwolenie z marazmu.

- Epoka Gierka, gdy rozwiały się początkowe nadzieje, przemieniła się dla nas w czas totalnej beznadziei - mówi ks. Adam Boniecki.

Teoretycznie w latach 70. ruch Znak jest liczącą się formacją społeczną, zwłaszcza że jedyną legalną, a zarazem niezależną od partii. Tworzą go formalnie luźno związane instytucje, jak "Tygodnik Powszechny", miesięcznik "Znak", wydawnictwo o tej samej nazwie, miesięcznik "Więź", pięć Klubów Inteligencji Katolickiej, a także Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych i miesięcznik "Chrześcijanin w świecie" - kierowane przez Janusza Zabłockiego, lidera tej części środowiska, która szukała porozumienia z władzami. Polityczną emanacją ruchu było kilkuosobowe koło w Sejmie.

Politycznie jednak ruch Znak nie miał już żadnego wpływu. Koło poselskie z kadencji na kadencję marniało. W 1964 r. z posłowania zrezygnował Stefan Kisielewski, w 1969 r. władze zaszczuły Jerzego Zawieyskiego. Ale "liberalny" Gierek jest równie bezwzględny jak Gomułka. Starania posłów Znaku, by powołać komisję z zadaniem wyjaśnienia wypadków grudniowych na Wybrzeżu w 1970 r. (posłowie Znaku Tadeusz Mazowiecki i Tadeusz Myślik udali się tam, by zebrać relacje) były przez władze zbywane. W 1972 r. partia uniemożliwiła Mazowieckiemu kandydowanie do Sejmu. Był on ostatnim posłem, na którym Stanisław Stomma mógł w pełni polegać.

Zmierzch?

- Nasz wpływ na zachowanie Koła malał - mówi Krzysztof Kozłowski. - Już dawno przestało ono być osłoną dla wydawnictw czy KIK-ów, a szerzej: dla Kościoła, i praw obywatelskich. Nie było też już symbolem sprzeciwu. Z każdym rokiem stawało się obciążeniem. Wikłało nas w chore układy, a do tego psuło markę.

Politykowanie Znaku nie podobało się też tym działaczom ruchu, dla których priorytetem była religijna refleksja, budowanie tożsamości czy rozwój intelektualny. Nie szło to w parze z coraz bardziej wątpliwym moralnie uwikłaniem się w gierki z władzą.

Brak perspektyw odcisnął się nawet w jubileuszowym wystąpieniu Krzysztofa Kozłowskiego wygłoszonym na trzydziestolecie pisma w 1975 r.: "Ściśle politycznie jesteśmy prawie niepotrzebni ani jako pomagierzy, ani jako dawni pośrednicy (w stosunku do Kościoła, w stosunku do Zachodu), ani jako przeciwnicy, na których koncentruje się w razie potrzeby ogień. Skończyły się możliwości manewru politycznego, rośnie ilość zakazów i barier politycznych. Przeszliśmy więc od paru lat do defensywy polegającej na chęci utrzymania stanu posiadania, a i to się nie bardzo udaje".

- Moja diagnoza spotkała się z aprobatą - mówi dziś Kozłowski - Niemal wszystkim wydawało się, że lada moment środowisko zejdzie ze sceny.

Nie spełniły się pokładane wcześniej nadzieje na zwiększenie nakładu (wcześniej zmniejszonego za nieprawomyślne głosowanie posłów Znaku) czy też na utworzenie KIK-ów w kolejnych miastach.

Do tego dochodzą ciągnące się od kilku lat wewnętrzne spory. Grupa Zabłockiego gotowa jest bowiem iść wobec władzy na ustępstwa, które trzon środowiska uważał za niedopuszczalne. W 1971 r. inny działacz tej frakcji, Konstanty Łubieński, zostaje wiceprzewodniczącym Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodowej. Zabłocki i Łubieński chcą, by Znak przyjmował inicjatywy rządzącej partii i włączał się w jej przedsięwzięcia.

- Naciski grupy ODiSS jedynie radykalizowały młodzież w KIK - mówi historyk Andrzej Friszke. - Z pewnością ich propozycje nie były tym, czego szukała znakowska młodzież, rozczytująca się właśnie w "Rodowodach niepokornych" Cywińskiego.

Pierwszą odsłoną konfliktu w środowisku były wypadki z początku 1972 r. w warszawskim KIK, w którym działacze skupieni wokół Mazowieckiego i Andrzeja Wielowieyskiego odsuwają z zarządu klubu ludzi Zabłockiego.

W Krakowie - gdzie środowisko jest bardziej jednolite - do tego typu przesileń nie dochodzi, ale w samej redakcji coraz więcej wątpliwości budzi zaangażowanie Stommy w politykę.

- Na neopozytywistów (tak określano wtedy linię polityczną Stommy) patrzono wtedy sceptycznie. Sztandarowym przeciwnikiem tej opcji był Tadeusz Żychiewicz - mówi ks. Boniecki. - Neopozytywizm zamierał, bo historia nas wyprzedziła. Z drugiej strony, być może była to jedyna możliwa metoda przetrwania.

- Dlatego nikt nie miał pretensji do Stacha - dodaje Józefa Hennelowa. - Ja w każdym razie swoich mistrzów nie miałam zamiaru rozliczać tylko dlatego, że ich idee polityczne się wyczerpały.

- Owszem, formuła wypracowana przez Stommę w latach 70. już się wyczerpała - ocenia Andrzej Friszke. - Dekadę wcześniej, gdy iskrzyło między Kościołem a władzą, potrzebny był bezpiecznik. W czasach Gierka dochodzi już do bezpośrednich kontaktów władzy z hierarchami i ten pośrednik traci na znaczeniu. Ale Stomma nie był ani bierny, ani bezradny. I on się radykalizował. Świadczą o tym choćby jego wystąpienia sejmowe.

Trwania Koła Znak i jedności środowiska chciał jednak prymas Stefan Wyszyński. I to było decydujące. - Stomma, Zawieyski... ileż oni upokorzeń w tym Sejmie musieli znieść. Przecież tam ich demonstracyjnie lekceważono - mówi Boniecki. - Znosili to, ze względu na Prymasa.

Wiatr historii

- I gdy tak siedzieliśmy zdołowani - mówi Kozłowski - komuniści z głupoty kompletnej wpadli na pomysł, by gmerać w konstytucji i wpisać do niej przewodnią rolę partii oraz sojusz z ZSRR. Do tego tak drastycznie postawili sprawę! Bez tego grzęźlibyśmy w gierkizm, który rozmywał kryteria. Środowisko dziennikarskie i intelektualne nie wiedziało już, co uchodzi, a czego nie wolno.

Hennelowa: - Stomma wahał się między różnymi opcjami. Wiedział, że poprzeć zmian nie wolno. Nie skorzystał też z "propozycji" władz, by na czas głosowania opuścić salę. Rozmów na ten temat było bez liku. Wiadomo było, że cenę za postawę Stommy zapłaci środowisko.

Boniecki: - Szeregowy pracownik redakcji - jakim wtedy byłem - średnio orientował się, co się dzieje. Decyzje zapadały w wąskim gronie: Turowicz, Bardecki, Stomma, Kozłowski, Woźniakowski, Wilkanowicz... Kiedyś, pod koniec 1975 r. znalazłem się na spotkaniu u ks. Andrzeja Bardeckiego. Stomma referował przygotowania do zmian w konstytucji. Dla mnie to było jak opowieść z innego świata. My tu, na Wiślnej, coś dłubiemy, przepychamy każdy numer przez cenzurę, a tam dzieją się ogromnie ważne rzeczy. Gdy Stomma opowiadał, miałem wrażenie, że przez pokój powiał wiatr dziejów.

Stomma jako jedyny z posłów Znaku nie chce poprzeć poprawek. Kwestia zmian w konstytucji obnaża z całą brutalnością fikcyjność jego przewodniczenia Kołem. - Jeszcze przed głosowaniem działacze krakowscy i warszawscy zebrali się, by po raz kolejny przedyskutować sprawę - opowiada Kozłowski. - Było jasne, że głosowanie będzie ceną za przyszłe mandaty. Dlatego tak porażała hipokryzja niektórych naszych kolegów. Turowicz wrócił z tej narady wściekły. Najbardziej rozjuszył go Jerzy Ozdowski, który na argumenty Turowicza rozłożył ramiona i przemówił: "Bracie w laikacie, jak możesz?".

Głosowanie w Sejmie poprzedza społeczna kampania listów wyrażających sprzeciw wobec zmian w konstytucji. Pismo do przewodniczącego Komisji Konstytucyjnej wystosował też 17 stycznia 1976 r. Znak, a podpisali się pod nim m.in. Bohdan Cywiński - jako naczelny miesięcznika "Znak", Jerzy Turowicz w imieniu "TP", Tadeusz Mazowiecki za "Więź", Jacek Woźniakowski, szef wydawnictwa Znak oraz prezesi KIK-ów. Podpisów odmówiła grupa skupiona wokół Zabłockiego. Głos przeciw zmianom w Konstytucji zabiera też Episkopat.

10 lutego 1976 r., sala sejmowa. Stanisław Stomma jako jedyny poseł wstrzymuje się od głosu przy przyjmowaniu poprawek do konstytucji. W "Obrazie Tygodnia", sztandarowej wtedy rubryce pisma, Krzysztof Kozłowski odnotuje: "Sejm uchwalił poprawki do konstytucji wszystkimi głosami przy jednym wstrzymującym się". Cenzor nie pozwolił podać nazwiska niepokornego parlamentarzysty.

Po latach Jerzy Turowicz w książce "Trzy ćwiartki wieku" przyzna, że wielokrotnie musiał bronić Stommy i tłumaczyć, czemu nie zagłosował przeciw zmianom. Kozłowski: - Może byłoby lepiej, gdyby zagłosował przeciw. Wstrzymanie się było jednak odbierane jednoznacznie jako wotum nieufności dla władz.

Ale nie wszyscy są takiego zdania. Zbigniew Romaszewski, wtedy młody fizyk, który za kilka miesięcy włączy się w akcje pomocy robotnikom z Radomia: - Neopozytywistom poplątały się nogi. Rozumiałem strategię ruchu Znak, by postępować roztropnie i chronić obszary wolności. Politykę tę firmował przecież Prymas. Ale głosowania Stommy nie rozumiem. To był spóźniony owoc wydany przez ziarno zasiane jeszcze w 1956 r.

Józefa Hennelowa: - Ocena głosowania Stommy zmienia się wraz z upływem czasu. Dziś odczytuje się je tak, jak w normalnej demokracji, jako zatrzymanie się wpół kroku, jakieś kluczenie. Ale wtedy, zwłaszcza na tle kolegów z Koła, którzy w imię jakichś politycznych kalkulacji karnie podnieśli ręce "za", odebrano postawę Stacha jako sprzeciw.

Tak rzecz widziały także władze. Nie ma mowy, aby Stomma mógł być posłem w następnej kadencji (wybory odbyły się w marcu 1976 r.). Po latach Krzysztof Kozłowski mówi: - Sprawa konstytucji była dla nas, ale i dla całego społeczeństwa, czymś ozdrowieńczym.

- Koniec poselskiej działalności Stommy był niczym uderzenie w dzwon - mówi Józefa Hennelowa. - Jego czysty dźwięk jakby nas przebudził, a proporcje zostały przywrócone. Daj Panie Boże każdemu tak się zachować.

Cisza

Byłoby przesadą uznać dwadzieścia lat polityki neopozytywizmu za stracone. W jakimś sensie i one przygotowały powstanie opozycji w latach późniejszych. "Tygodnik Powszechny" w tym czasie ani razu nie sprzeniewierzył się zasadzie "nie kłamać". Był głosem wolnej myśli w zniewolonym państwie.

Helena Łuczywo, wtedy działaczka opozycji: - Pisać prawdę w warunkach cenzury i to tak, by ta prawda była dostępna w kiosku, wymagało ogromnej determinacji i sprytu. Gdy później robiliśmy pisma KOR-u, nikt nas nie cenzurował, ale mieliśmy świadomość, że to co robi "TP" jest tak samo cenne jak nasza działalność.

- Lekturę "TP" zaczynałem od "Obrazu Tygodnia". To było rewelacyjne. Oczywiście ze względu na cenzurę podawane informacje były ułomne, ale były. A jak Kisielewski awanturował się na łamach! - wspomina Zbigniew Romaszewski.

W PRL władze nie tylko cenzurowały gazety, lecz także chciały je redagować. "TP" na takie ustępstwa nie idzie - co udowodnił w 1953 r. Gdy nie może napisać prawdy, redakcja woli milczeć. Pisze o tym, co może przedstawić uczciwie. W latach 70. "TP" dużo uwagi poświęca pojednaniu polsko-niemieckiemu. Także na początku roku 1976 r. pismo publikuje wywiady z Willym Brandtem, przewodniczącym SPD,

i Richardem von Weizsäckerem z opozycyjnej wtedy CDU. Andrzej Friszke: - Okres po porozumieniu Gomułka-Brandt charakteryzował się przyzwoleniem na kontakty z Niemcami. Widoczne było to nie tylko na łamach "TP", ale także w działalności Seminarium Oświęcimskiego, którego głównymi postaciami byli ludzie ze środowiska Znak. Charakterystyczne, że właśnie w 1976 r. władza zablokowała wszelkie kontakty środowiska z Niemcami.

Szacunek inteligencji środowisko zawdzięcza nie tylko dziennikarskiej uczciwości, ale postawie. Wielu ma w pamięci godne zachowanie się posłów Znaku w 1968 r., którzy złożyli interpelację w obronie prześladowanych studentów.

- Wtedy w 1968 r. jako studentka nie czytywałam "TP" regularnie, nie znałam nikogo z tego środowiska, ale pamiętam, że postawa Koła Znak sprawiła, iż wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami. Wielu z nas nie było katolikami, ale nie mieliśmy wątpliwości, że środowisko "TP" jest po tej samej stronie - mówi Helena Łuczywo.

Zbliżenie obu środowisk jest w wielkiej mierze zasługą Mazowieckiego, szukającego porozumienia z niekatolicką inteligencją. - Jego rola w tym procesie była kluczowa - mówi Andrzej Friszke. - Kontakty Mazowieckiego ze środowiskami przyszłego KOR-u sięgały lat 60. To on ich wpuścił na łamy "Więzi". SB wiedziała o tym już w marcu '68, ale nie mieli dowodów.

W "Więzi", a potem w innych pismach środowiska pisują Jan Strzelecki, Jan Józef Lipski, Wiktor Woroszylski, Jerzy Jedlicki. Symbolem wzajemnego otwarcia się obu środowisk było pojawienie się w 1971 r. felietonów Antoniego Słonimskiego w "TP". To także popierająca Mazowieckiego KIK-owska młodzież pierwsza otworzy się na środowiska lewicy laickiej. W siedzibie KIK-u zejdą się "komandosi", "walterowcy" i harcerze "Czarnej Jedynki", by już potem wspólnie działać w KOR-ze.

Friszke: - Z punktu widzenia władz te kontakty były szczególnie niebezpieczne. Środowiska aktywne w Marcu chciano odizolować, zmarginalizować i w końcu rozbić. Otwarcie się katolików na "marcowych" przekreśliło te plany, poszerzało ich kontakty, dawało szansę wypowiedzi. W latach 1975-76 Kuroń z Michnikiem publikują pod pseudonimami w "Więzi", "Znaku", w "W Drodze" - były to teksty religijne i historyczne, więc wydawałoby się, że niegroźne, ale SB sporządzała na ich temat notki operacyjne, oceniała jako groźną "aktywizację" tego środowiska i starała się uniemożliwić druk.

Nie sposób też przecenić roli wydanej w Bibliotece "Więzi" w 1971 r. książki Cywińskiego "Rodowody niepokornych", w której autor opisując niepodległościowe postawy XIX w., łączył bunt, solidarność i etykę chrześcijańską w jeden wolnościowy etos.

- Dla nas to była ważna książka. Pokazywała, że to, co robimy, wywodzi się z pięknej tradycji - wspomina Helena Łuczywo - Odnajdywaliśmy się na stronach "Rodowodów".

Książka Cywińskiego dała początek całej serii publikacji na łamach "TP", "Więzi" i "Znaku", w których autorzy analizując postawy z przeszłości, zastanawiali się, jak reagować na politykę komunistów.

Zbliżenie ma też inny wymiar. W 1974 r. dochodzi do spotkania Jacka Kuronia z Prymasem.

- SB uznała to za groźne wydarzenie - mówi Friszke. - Podjęto nawet działania, by poróżnić Kuronia z Wyszyńskim.

Ale spotkania są kontynuowane. Prymas, którego postawa była do tej pory wstrzemięźliwa, zaczynał wsłuchiwać się w głosy opozycjonistów. Ociepliły się także jego relacje z ruchem Znaku, nadszarpnięte w wyniku zbyt, zdaniem Wyszyńskiego, nowinkarskich - jeśli chodzi o religię - zapędów środowiska. W niepamięć poszły głośne polemiki z Jerzym Turowiczem sprzed dekady.

Wtedy też - lato 1976 r. - Adam Michnik kończył "Kościół, lewicę, dialog". Książka jak żadna inna pomogła znaleźć wspólny język między środowiskami laickiej i katolickiej inteligencji. Boniecki: - To książka niezmiernie ważna i dla Kościoła instytucjonalnego, który do tej pory chciał wypowiadać się jedynie w imieniu wierzących. Michnik pokazał, że Kościół staje po prostu w obronie praw człowieka.

Burza

Po wyborach w marcu 1976 r. w skład Koła Znak wchodzą już tylko dyspozycyjni posłowie, którzy wbrew żądaniom "TP", "Więzi", "Znaku" i KIK-ów zachowali nazwę, stwarzając pozory kontynuacji. Ale to nie koniec. Grupa Zabłockiego i Łubieńskiego postanawia założyć własny Polski Klub Inteligencji Katolickiej - kilkunastu działaczy warszawskiego KIK 25 czerwca, notabene w dniu wydarzeń w "Ursusie" i Radomiu, ogłasza odejście.

- To były sprawy warszawskie - wspomina Boniecki - i nas nie bardzo interesowały. Wydaje mi się, że było to eleganckie rozejście się. Szliśmy długo razem i oni zaczęli się oddalać.

Zdaniem innych trzaśnięcie było mniej eleganckie. Sprawa nie jest błaha: rozłamowcy mają pełne poparcie władz i sympatię sporej grupy biskupów. Istnieje więc niebezpieczeństwo, że władza zechce rozprawić się z niepokornym środowiskiem, zastępując je innym. Ale oprócz imponderabiliów chodzi też o pieniądze. A konkretnie o będącą pod kontrolą warszawskiego KIK-u spółkę Libella, wydającą "Więź". Pod koniec 1976 r. - być może mszcząc się za kontakty z KOR - władze postanowią oddać Libellę grupie Zabłockiego. Problem udało się zażegnać, Libella dalej wydawała "Więź", ale sygnał był jasny.

Dwa dni po robotniczych protestach Józefa Hennelowa jadąc z mężem do rodziny w Puławach, przejeżdża przez Radom. Co nieco słyszała, ale niewiele.

- Pogoda była piękna i miasto było takie spokojne - wspomina. - Już było po wszystkim, ale w powietrzu wisiało coś niepokojącego. Zupełnie z nikim nie dało się porozmawiać. Ludzie, nawet zagadnięci o cokolwiek, niemal uciekali.

W krakowskiej redakcji wydarzeniami w Radomiu wszyscy są zaskoczeni. - Dla nas, jako dziennikarzy, najtrudniejsza była ta bezsilność. Przecież nawet napisać pół słowa o tym nie mogliśmy - mówi Kozłowski. - Nastroje mieliśmy więc bojowe, ale tu w Krakowie niewiele z tego wynikało.

Tymczasem warszawscy działacze ruchu Znak włączają się w akcje powstającego KOR.

Zbigniew Romaszewski, wciągnięty do KOR-u przez działającego w KIK-u Henryka Wujca: - Pamiętam to poczucie, że wreszcie na coś można się przydać. Młoda inteligencja katolicka potrzebowała już czegoś więcej niż spotkań, opowiadań i dyskusji. Wyjazd do Radomia dawał szansę realizacji ideałów, w które się wierzy.

Wiadomości o akcjach pomocy robotnikom docierają też do Krakowa.

- To było coś niesłychanego - wspomina Józefa Hennelowa - Pamiętam nasz niesłychany podziw dla nich, tym bardziej że oni to wszystko robili pod nazwiskami.

Cenzura nie zezwala na wzmiankę o powstaniu KOR w "Obrazie Tygodnia". Pismo drukuje więc na pierwszej stronie 44 numeru artykuł Jerzego Andrzejewskiego - jednego z założycieli KOR-u - o Stefanie Otwinowskim.

Redaktorzy "Tygodnika" podczas spotkań z biskupem Karolem Wojtyłą zawsze referują mu sytuację. Jeszcze do niedawna Wojtyła odsyłał w sprawach politycznych do Prymasa. "On jest od tego" - mawiał. Od roku 1976 r. przestał odsyłać. W listopadzie 1976 r. kard. Wojtyła spotyka się w mieszkaniu Cywińskiego z działaczami KOR.

- Władza wpadła w wielką złość - mówi Friszke. Znamy relację spotkania Stanisława Kani z biskupem Dąbrowskim. Kania odgrażał się, że władze tego płazem nie puszczą. Że to niedopuszczalne, aby KOR kierował Episkopatem.

Ludzie "Tygodnika" nie angażują się bezpośrednio w pracę KOR. - To był pewien podział ról - mówi Kozłowski. - Cieszyliśmy się, że powstaje drugi obieg, ale nie uważaliśmy, że należy zwijać nasz front. Scalenie wszystkiego do kupy ułatwiłoby uderzenie. Pilnowaliśmy jednak, by nie dać się skonfliktować.

Boniecki: - Mimo przyjaźni, ciągłych kontaktów, bo było to środowisko bliskie nam, to myśmy byli "my", a oni byli "oni".

Kozłowski: - Zazdrość? Tak, zazdrościliśmy im tej swobody, którą zyskali po przekroczeniu pewnej bariery. Ale jedno z dwojga. Albo działasz we własnym imieniu, albo czujesz odpowiedzialność, choćby za pracowników i Bogu ducha winnych kolegów.

Zawierucha

Kwestia zaangażowania środowiska w opozycyjną działalność i uwikłania go w starcie z władzami wybuchła po przyłączeniu się Bohdana Cywińskiego, wtedy redaktora naczelnego "Znaku", w ogłoszoną 24 maja 1977 r. głodówkę w warszawskim kościele św. Marcina. Protestujący domagali się uwolnienia skazanych robotników i więzionych KOR-owców. Ks. Andrzej Bardecki w książce "Zawsze jest inaczej" wspominał: "On nie chciał nas obciążać, dlatego ustąpił wtedy ze stanowiska redaktora naczelnego »Znaku«. To nie podważyło naszych więzów przyjaźni".

Sprawa nie wyglądała jednak tak łagodnie. Przyjaciele mieli pretensje, że Cywiński udziału w głodówce zawczasu z nimi nie uzgodnił. "Zasugerowano" mu ustąpienie z funkcji naczelnego miesięcznika.

- Wciąż obowiązywała zasada podziału - relacjonuje Hennelowa - stąd na spotkaniu u Jacka Woźniakowskiego zapadła taka decyzja. Innego zdania była Hanna Malewska i ja - nam udział Bohdana w głodówce nie wydawał się czymś złym.

Ks. Boniecki: - Był to pewien wstrząs dla środowiska. Z całym szacunkiem dla głodówki, ale Bohdan powinien wiedzieć, że gra "Znakiem".

W redakcji wciąż żywe było wspomnienie podpisu Turowicza pod "Listem 34" z 1964 r. Wtedy władza za karę obcięła pismu nakład o dziesięć tysięcy, co postawiło pod znakiem zapytania materialny byt gazety. Władze jasno dały do zrozumienia, że podpis Turowicza tym różnił się od pozostałych, iż został złożony w imieniu instytucji, bądź co bądź legalnej.

- Była obawa, że tym razem ucierpi "Znak" - tłumaczy Kozłowski obiekcje środowiska.

Mężem zaufania głodujących u św. Marcina był Tadeusz Mazowiecki, naczelny "Więzi". Jego zaangażowanie nie skończyło się niczym tragicznym.

- No tak, ale "Więź" była utrzymywana przez Libellę - odpowiada Boniecki - myśmy musieli utrzymać oba pisma ze sprzedaży "TP". Obcięcie nakładu uniemożliwiłoby nam istnienie.

Helena Łuczywo: - Nie wiem, jak przebiegały dyskusje w "Znaku", ani jakie padły argumenty, ale wiem, że to nie była prosta sytuacja. Dziś łatwo krytykować, mówić o małoduszności, bo łatwo się zapomina, że wtedy większość społeczeństwa się ogromnie bała. Ludzie "TP" nie bali się z pewnością, ale ponosili odpowiedzialność za tę wyspę wolności, jaką było pismo.

Po latach Adam Michnik w książce "Między panem a plebanem" wspominał: "Mówiłem Jackowi Woźniakowskiemu »władze wycofały się ze wszystkich represji. Jedyna represja, jaka zostanie, to będzie dymisja Cywińskiego. Miejcie trochę rozumu i zostawcie go jeszcze na jakiś czas«". Sprawa jednak była przesądzona. Cywiński musiał odejść.

Sam Bohdan Cywiński nie chciałby już wracać do tamtych sporów: - Problem mojego uczestnictwa w głodówce był tak mocno wpisany w kontekst tamtych czasów, że dziś nawet trudno to zreferować. Po latach trudno mieć pretensje do kolegów.

Zaznacza jednak, że choć rozstanie odbyło się bez awantur, to też bez szczególnej miłości.

- Rozumieliśmy ograniczenia polityczne "TP", więc nie oczekiwaliśmy jakiegoś bardzo aktywnego włączenia się w działalność opozycją - wspomina Bogusław Sonik, wtedy działacz dominikańskiej "Beczki", a wkrótce współzałożyciel Studenckiego Komitetu Solidarności - Cieszyła nas sympatia i przyjaźń, jaką okazywali nam redaktorzy. Ale nie podobała nam się decyzja w sprawie Cywińskiego. Uważaliśmy, że to nadmierna ostrożność i zbyt daleka koncesja na rzecz władz.

Podobny dylemat pojawi się, gdy Wojciech Onyszkiewicz w imieniu KOR zaproponuje ks. Bonieckiemu członkostwo. Był to dla Komitetu okres trudny, praktycznie wszyscy działacze siedzieli. Wsparcie było potrzebne. Boniecki dostał zgodę prowincjała marianów. Spytał o zdanie Jerzego Turowicza. Ten odmówił. "Nie wszyscy mogą robić wszystko" - argumentował.

- Nie buntowałem się przeciw tej decyzji - mówi Boniecki. - KOR był wtedy dla władz wrogiem najgorszym, jak Radio Wolna Europa albo paryska "Kultura". Zresztą moje członkostwo w KOR pewnie nikogo by nie uratowało.

- Turowicz słusznie uważał, że ostentacja w praktyce dawała niewiele, a była szkodliwa i skończyłaby się uderzeniem - mówi Kozłowski - tym bardziej, że chodziło o duchownego.

W KOR-ze był ks. Jan Zieja.

Kozłowski: - Tak, ale był już leciwy i robił to na własne konto. Zaangażowanie się Adama poszłoby na konto "TP". Każde nasze indywidualne zachowanie byłoby odebrane w imieniu całości.

- Większe problemy miałem, gdy nagle ktoś wyciągał list do podpisu - wspomina Boniecki - Utożsamiając się z ideą, bałem się ładować "TP" w kłopoty. Z czasem KOR zrozumiał, że nie ma sensu zwracać się do mnie o podpis. Ale nikt nam nie zarzucił asekuranctwa.

Nie wszyscy byli tymi - nawet nieoficjalnymi - kontaktami zachwyceni, bo zadanie ruchu Znak nie polegało na działalności opozycyjnej, lecz pracy intelektualnej. Środowisko od początku istnienia doświadczyło tylu trudnych chwil, tyle razy jego przyszłość wisiała na włosku, że ryzykowne kontakty dla niektórych były niepotrzebną brawurą.

W 1978 r. prof. Jacek Woźniakowski bez wstępnych dyskusji przystępuje do Towarzystwa Kursów Naukowych i nic się nie dzieje. Wcześniej Kisiel weźmie udział w pracach komisji podsumowującej roczną działalność KOR-u. Także nie spotka go reprymenda. - Nie byliśmy konsekwentni, zgoda. Chwilami trudno było wyczuć, co jest pójściem za daleko, a co nie - tłumaczy Kozłowski. - Co mogliśmy zrobić? O zbiórce czy o napisaniu o KOR-ze nie było mowy. Trzeba też pamiętać kontekst, a był nim Prymas, jego polityka i obawy przed radykalnymi rozwiązaniami. Szukaliśmy rozpaczliwie wyjścia. Pewnie w latach 1976-77 nie znaleźliśmy sposobu, który byłby głośny, ale nie samobójczy.

Świt

W prowincjonalnym Krakowie życie nabiera tempa na wiosnę 1977 r. Do dramatycznych wydarzeń dochodzi w maju, gdy zabity zostaje Stanisław Pyjas, student i działacz opozycji. Wcześniej on i jego znajomi dostawali listy z pogróżkami. W środowisku studenckim zapada decyzja powołania Studenckiego Komitetu Solidarności. Wśród założycieli są młodzi ludzie angażujący się w KIK i ruchy duszpasterskie, jak dominikańska "Beczka". Organizują oni kontrjuwenalia, chcą uczcić zabitego kolegę.

Róża Woźniakowska-Thun, rzeczniczka SKS: - Dla mnie KIK, dominikanie czy "TP" były naturalnym zapleczem, choćby ze względów rodzinnych. Choć sam "Tygodnik" znałam bardziej z aury niż z lektury.

- Staliśmy się takim życzliwym miejscem. Młodzież przesiadywała u nas - mówi ks. Adam Boniecki.

Bogusław Sonik: - Po powstaniu SKS zaprzyjaźniliśmy się bardzo z ks. Bonieckim. Wówczas też zaproszono mnie i Lilkę Batko na pierwsze oficjalne spotkanie do redakcji "TP". W rozmowie brali udział Krzysztof Kozłowski, Mieczysław Pszon, chyba też Jerzy Turowicz. Chcieli nas bliżej poznać. Od tej pory nasze kontakty stały się częstsze, bywaliśmy częściej w redakcji, zaprzyjaźniliśmy się.

- Oczywiście chcieli nam doradzać - wspomina Róża Woźniakowska-Thun. - Ale my ich kompletnie nie słuchaliśmy. W dodatku oni mieli nazwiska i uważaliśmy, że powinni nas poprzeć. Mówili: ostrożniej, a my chcieliśmy robić rewolucję w mieście. Była nas garstka i szukaliśmy wsparcia.

- Było też i zwykłe poczucie strachu. Przecież angażowały się w to nasze dzieci, moje, Jacka Woźniakowskiego - wspomina Hennelowa.

Ale troska była też i z drugiej strony: - Zdawaliśmy sobie jednak sprawę, że nie można "Tygodnika" wciągać w kłopoty. Raczej więc nie składowaliśmy w redakcji bibuły. Z powodu kilku paczek papieru rzecz tak unikatowa jak "TP" nie mogła być narażona. Oni działali na dłuższym oddechu, a my sami nie wiedzieliśmy, ile to, co robimy, potrwa - dodaje Woźniakowska-Thun.

Boniecki: - SKS też potem czuł się u nas bezpiecznie.

- Pamiętam Różę, która nieustannie biegała i opowiadała, co robią, jak robią, dlaczego - mówi Hennelowa.

Kozłowski: - Druga połowa lat 70. to rozkwit naszej przyjaźni z Adasiem Michnikiem. Zawsze po wyjściu z aresztu przyjeżdżał do Krakowa. Zawsze z inną dziewczyną, ale zawsze z ładną. Wydawaliśmy dla niego obiad w Cracovii. Sala restauracji była prawie pusta. Tylko nasz stolik pośrodku, a wokół wianuszek stolików z ubekami.

Róża Woźniakowska-Thun: - Najciekawiej było, jak przyjeżdżali KOR-owcy do Krakowa. To było spotkanie dwóch światów. Dla ludzi z "Tygodnika" oni byli fascynujący. Przecież to były albo dzieci komunistów, albo sami byli komuniści.

- Pamiętam taką konspiracyjną dyskusję z Michnikiem po wyjściu jego książki "Kościół, lewica, dialog" - mówi Józefa Hennelowa - Spytałam go wtedy, czy nie boi się, iż Kościół poda mu czarną polewkę. Odpowiedział wtedy, że nie.

- Pamiętam tę dyskusję - mówi Sonik. - Liczyliśmy na udział w niej redaktorów "TP". Ale, oprócz ks. Bonieckiego, przyszła tylko pani Hennelowa.

Nadziejom Michnika trudno się dziwić. KOR-em żywo interesuje się Karol Wojtyła. O działaniu krakowskiej opozycji kardynał informowany jest na bieżąco przez ks. Bonieckiego, który utrzymywał ścisły kontakt ze zrewoltowaną młodzieżą. Dla działaczy SKS dominikanie, ks. Boniecki oraz sam Wojtyła, stają się kimś w rodzaju patronów. Dowodem choćby kazanie Wojtyły wygłoszone w Boże Ciało 1977 r., w którym hierarcha przypomniał śmierć Pyjasa i pochwalił akcje młodzieży. Przyjaźń Wojtyły z młodzieżą sięga jeszcze czasów duszpasterskich, gdy działacze "Beczki" odwiedzali kardynała na Franciszkańskiej 3.

Redakcja na Wiślnej bywa jednak wciąż ostrożna. Sonik: - Długo starałem się o pracę w "TP", ale ostatecznie chyba w grudniu 1978, Krzysztof Kozłowski długo i zawile tłumaczył, dlaczego nie mogą mnie zatrudnić. Byłem zbyt zaangażowany w działalność opozycyjną, co narażałoby "TP" na szykany. Przyjąłem to ze zrozumieniem, choć z żalem, bo to była nobilitacja pracować w "TP".

Tak się złożyło, że ks. Adam Boniecki wynajmował pokój w domu, w którym mieszkał Ziemowit Pochitonow, jeden z rzeczników SKS. Gdy wylatuje ze studiów i ma wezwania na komendę, ks. Boniecki podwozi go swoim autem. W "Gwiezdnym czasie" Jacek Kuroń napisze: "Wtedy poznałem księdza Adama Bonieckiego z »Tygodnika Powszechnego« i od tego momentu datuje się nasza przyjaźń". W pokoju na piętrze domu Pochitonowa Kuroń z działaczami SKS pijąc wino, przedyskutują z Bonieckim pół nocy.

Boniecki: - Ta mała usługa wożenia KOR-rowców na procesy robotników czy ich obecność pod pseudonimami na naszych łamach pozwoliły czuć, że nie jesteśmy poza obszarem bitewnym.

Józefa Hennelowa: - Przyszedł ktoś do redakcji, prosząc, by pójść na proces jednego z robotników w Nowej Hucie. Na sali sądowej byłam ja i jakiś pan. Pani sędzia poprowadziła ten proces, jakby chciała pomóc oskarżonemu, czego nie można powiedzieć o przydzielonym adwokacie. Po rozprawie, w szatni, adwokat zagadnął mnie i mówi: ja bym radził z tymi KOR-owcami nie trzymać. Do dziś nie wiem, czy ten drugi człowiek na procesie był z KOR. Całe wydarzenie było w sumie drobiazgiem, ale to był sygnał, że jest już inaczej, że "TP" jest potrzebny.

Ks. Boniecki jest rozpracowywany przez SB. Inwigilacja jest nachalna. Panowie w płaszczach kręcą się wokół niego bez żenady. - Był czas, że widzieliśmy wręcz, jak za nim łażą po drugiej stronie ulicy Wiślnej - wspomina Hennelowa.

Jest się czego bać. W grudniu 1977 r. po wyjściu ze spotkania redakcji w mieszkaniu kardynała Wojtyły ks. Andrzej Bardecki zostaje pobity przez "nieznanych sprawców". Po latach, gdy otwarte zostaną archiwa służb specjalnych, wyjdzie na jaw, że właśnie w czasach "liberalnego" Gierka powstały tzw. Komórki "D" - dezintegracyjne. Najbardziej aktywna była ta zajmująca się Kościołem, pod który podpadało środowisko "Znaku". Wszyscy redaktorzy "TP" znajdowali się pod stałą obserwacją SB - bywało, że jeden tylko Turowicz był pod opieką trzydziestu agentów. Śmierć Stanisława Pyjasa, pobicie ks. Bardeckiego, tak jak później śmierć ks. Jerzego Popiełuszki, były dziełem tych formacji. Dziś wiadomo też, że SB zdołała przeniknąć do środowiska i pozyskać współpracowników.

Wraz z nastrojami w redakcji zmieniają się też łamy pisma. Obok tradycyjnych długich esejów pojawiają się choćby teksty Jolanty Strzeleckiej. Wnosi ona do redakcji nowy rodzaj pracy - jeździ na konferencje prasowe do ministerstw, zadaje trudne pytania, w tekstach obnaża fikcyjność prawa, naruszenia w instytucjach.

Hennelowa: - My też się radykalizowaliśmy i mieliśmy poczucie, że robimy nowe rzeczy. To wszystko powoli zmierzało do skoku w inną rzeczywistość.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Publicysta, dziennikarz, historyk, ekspert w tematyce wschodniej, redaktor naczelny „Nowej Europy Wschodniej”. Wieloletni dziennikarz, a obecnie współpracownik „Tygodnika”. Autor i...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]