Zatrudnieni „na strefie” najbardziej bali się telefonów. Nie dzwoni – fatalnie, bo to oznacza, że akurat nie ma roboty. A jak nie ma roboty, to nie będzie i pieniędzy. Jak zadzwoni – też niedobrze. Trzeba rzucać wszystko i lecieć. Teraz, już, natychmiast, bo akurat jest praca.
„Przeważnie idziesz tam na podfirmę, nie masz umowy o pracę, tylko śmieciówki” – opowiadał mi Bartek (imię zmienione). On sam miał szczęście. Udało mu się bez pośrednika zatrudnić w jednej z fabryk. To było coś! Nie musiał, jak inni, wpatrywać się w telefon. Mógł sobie jakoś zaplanować czas. Przynajmniej w teorii. Bo w praktyce grafik był zupełnie szalony. System czterobrygadowy, zmiany w ostatniej chwili. No i praca strasznie ciężka. Czasem po kilka godzin przerzucał kartony. A każdy taki karton to 56 kilo. Ale Bartek był młody i krzepki, lubił ćwiczyć. „Dam radę!” – myślał.
Na koniec miesiąca poszedł odebrać wypłatę. Wszyscy mówili, że wtedy „na strefie” wyciągało się spokojnie dwa tysiące. W kopercie znalazł 1280 zł. I zaraz zaczął liczyć: „Jak tam dojeżdżałem z takimi chłopakami, to oni brali 2 zł w jedną stronę… No to tę końcówkę już sobie na dojazdy obciąłem – zostaje 1200…”. Potem jedzenie: „Przy takim wysiłku tracisz energię, żeby nie schudnąć, to trzeba jeść więcej…”. Odszedł po pierwszym miesiącu. Wolał, jak wielu innych, spróbować szczęścia w biedaszybie.
Dekadę temu w trakcie badań terenowych w Wałbrzychu odbyłem dziesiątki godzin podobnych rozmów. Prowadziłem wywiady z pracowniczkami i pracownikami Specjalnej Strefy Ekonomicznej, byłymi górnikami, bezrobotnymi i kopaczami z biedaszybów. We wszystkich powracały te same motywy: rozgoryczenie, poczucie wykluczenia i braku sprawczości, przekonanie, że ktoś ich oszukał. Nawet młodzi, tacy jak Bartek, którzy nie zakosztowali pracy w kopalniach przed rokiem 1989, transformację ustrojową opisywali wyłącznie w kategoriach negatywnych.
4 czerwca był dla nich synonimem zdrady. Początkiem czasu marazmu.
Czarna i biała legenda
Specjalnie zaczynam od tego Wałbrzycha. Tamte rozmowy przypominają mi się za każdym razem, gdy w recenzjach naszego musicalu „1989” czytam, że wszystko fajnie, pięknie, świetnie tańczą, doskonale śpiewają, ale jak nam nie wstyd tworzyć „pozytywny mit” transformacji? Co z byłymi górnikami, mieszkańcami popegeerowskich wsi? Co z milionami ofiar balcerowiczowskich reform i turbokapitalistycznych przemian lat 90.? Są kręgi, w których o transformacji wypada mówić wyłącznie źle albo wcale.
Są też i inne, w których z kolei wobec przemian ustrojowych nie wypada formułować jakichkolwiek wątpliwości, bo zostaje to uznane albo za „obronę komuny” albo „wpisywanie się w prawicową narrację o zdradzie”. Te dwie legendy transformacji – czarną i białą – choć biegunowo przeciwne, łączy niechęć do podzielenia wydarzeń na wiele części, spojrzenia na nie równocześnie z odmiennych perspektyw.
Z Katarzyną Szyngierą i Mirkiem Wlekłym marzyło nam się (podobnie jak Michałowi Przeperskiemu w książce „Dziki Wschód” i publikowanej obok rozmowie) usunięcie z transformacji ustrojowej czarno-białego filtru. Dlatego ostatnie trzy lata spędziliśmy na zupełnie innych rozmowach niż te z Wałbrzycha. Najpierw pracowaliśmy nad musicalem „1989”, a potem przez kolejny rok nad książką „1989. Pozytywny mit”, przedstawiającą polifoniczną historię ostatniej dekady PRL (właśnie ukazała się nakładem Znaku). Sporo się przy tej pracy dowiedzieliśmy o wolności, równości i braterstwie, które składały się na etos Solidarności.
Wolność
Przez całe lata 80. ubiegłego wieku zakłady pracy stanowiły scenografię kluczowych wydarzeń. Tu też robotnikom towarzyszyły strach i niepewność. Mieli jednak coś, co odebrano górnikom z Wałbrzycha i pracownikom zamykanych fabryk w całej Polsce: poczucie wspólnotowej sprawczości.
W pracy stawali się kolektywem. To była pierwsza myśl Wałęsy, kiedy jako młody chłopak stanął w bramie stoczni: „Niby jesteś tylko śrubką, małą częścią całego tego mechanizmu, ale mimo to jesteś siłą. I ludzie podświadomie to czują”. Kiedy potem w sierpniu 1980 r. stocznia stała się oblężoną twierdzą, ta wspólnota pracy zmieniła się we wspólnotę oporu. Wsparcie odczuwały całe rodziny. Także żony stoczniowców, które – jak Danuta Wałęsa – zostały w domach, by opiekować się dziećmi. „Nigdy nie zaznałam tyle, co w tamtym czasie, życzliwości, miłości, dobroci” – opowiadała nam żona lidera Solidarności. Obcy ludzie odwiedzali ją w domu, przynosili mleko, kaszę, mąkę, owoce, proszek do prania, pieniądze. Jak nie mieli co przynieść, to dzielili się przynajmniej dobrym słowem.
Ale dopiero kiedy jechała do męża do stoczni, czuła, że wkracza na bezpieczny, przyjazny teren. „Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy byli tacy, jak w Sierpniu ’80?” – pyta retorycznie pani Danuta. – „Spontaniczność, przyjaźń, zrozumienie, solidarność – to było coś najpiękniejszego w życiu”.
W rozmowie z nami wtóruje jej Henryka Krzywonos-Strycharska – ta, która zatrzymała tramwaj, a potem uratowała upadający strajk: „Najcudowniejsza była w tym atmosfera. Przyjaźnie zawiązywały się na całe życie!”.
Gdy myślimy o wolności, zwykle intuicyjnie przeciwstawiamy ją niewoli. Wolność rozumiemy jako brak ograniczeń. Istnieje też inne rozumienie wolności, trudniejsze do zdefiniowania. Nie chodzi tylko o „zrzucenie kajdan”, lecz o poczucie sprawczości i sensu. Zryw Solidarności to właśnie moment odzyskania tak rozumianej wolności. Okres poczucia sprawczości i świadomości, że coś od nas zależało. Ośrodkiem tak rozumianej wolności stały się zakłady pracy i prywatne mieszkania. Przestrzenie, w których nieustannie debatowało się o możliwościach i zdarzały się różne koncepcje. Z wolnością łączyło się poczucie godności i własnej wartości.
Tym boleśniejszy okazuje się potransformacyjny uwiąd tego poczucia sprawczości. Opisywane przez socjologów przejście w dryf i związane z nim poczucie pustki. To ważne transformacyjne doświadczenie, które zasługuje na opowiedzenie. Ale nie zrozumiemy w pełni, w jak głęboką przepaść strącono robotników w całej Polsce w latach 90., jeśli najpierw nie odtworzymy szczytu, na który wspięli się podczas solidarnościowej rewolucji.
Te dwa doświadczenia trzeba rozważyć oddzielnie, by potem scalić je w sensowną całość.
Równość
A teraz o zupełnie innym telefonie. Na jego dźwięk też czekało się z niepokojem.
39-39-64 – najbardziej znany prywatny numer w PRL. To telefon do żoliborskiego mieszkania Jacka i Gajki Kuroniów. Dzwoniło się, żeby poinformować, że kogoś pobito lub aresztowano, że gdzieś zaczął się strajk, że potrzeba wsparcia. Nigdy nie wiadomo było, kto odbierze – czasem sam Kuroń, częściej Gajka, jej siostra lub ktoś z dyżurującej przy telefonie młodzieży. Wszystkie informacje zapisywano w specjalnych zeszytach. Rodzeństwo Gajki po latach opowiadało nam, że zachodni dziennikarze nazywali ten telefon „polską sekcją CIA”.
To było prawdziwe centrum informacji i solidarności. Olbrzymia różnica między sierpniem 1980 r. a tragicznym grudniem 1970 r. polegała na tym, że tym razem robotnicy mieli wsparcie inteligencji. Funkcjonowało całe to centrum informacyjne, dzięki któremu możliwe było koordynowanie działań na skalę ogólnopolską, a także informowanie zachodniej prasy o represjach.
Telefon był, oczywiście, na podsłuchu. Ale ubecja raczej niewiele się z niego dowiedziała. I bez podsłuchiwania Kuroniów dobrze wiedzieli, kogo akurat pobito, w czyim domu przeprowadzono rewizję albo gdzie spacyfikowano protest.
Ten brak barier i legendarna wręcz dostępność Kuronia wynikały wprost z jego filozofii. Dla Kuronia miarą jakości systemu nie był sukces najsilniejszych, lecz – przeciwnie – to, jak radzą w nim sobie ci najsłabsi. Grzechem pierworodnym panującej w PRL władzy było odcięcie się od zwykłych ludzi. Można więc powiedzieć, że ten telefon, na który robotnicy dzwonili do Kuroniów, to symbol ideałów równości tak ważnych dla Solidarnościowej rewolucji.
W PRL łatwiej było o nich pamiętać. O równości przypominały nieustannie takie same stoliki i meblościanki, taka sama herbata pita z identycznych szklanek, takie same ubrania, a zwykle też mieszkania na tych samych osiedlach. Przy pracy nad książką i musicalem te szczegóły były dla nas niezwykle istotne.
Tymczasem smutnym symbolem przemian lat 90. stały się osiedla grodzone. Telefony były wprawdzie znacznie bardziej dostępne niż za PRL, ale już prywatne numery stały się pilnie strzeżoną tajemnicą. To, do kogo możemy zadzwonić (albo kogo mamy „wśród znajomych” w mediach społecznościowych), stało się dziś miarą prestiżu i przynależności środowiskowej. Do tego stopnia, że coraz większą popularność zdobywa wśród socjologów definicja klasy wyższej: należy do niej osoba, która ma w telefonie bezpośrednie numery do lekarzy i prawników.
W latach 90. równościową filozofię Kuronia (która pierwotnie była dominującą filozofią całej Solidarności) zamieniono na paradygmat kapitalistycznej walki o dominację, w której coraz częściej zwycięzca bierze wszystko. Nikt nie chce pamiętać o przegranych. Nie odbieramy, gdy dzwonią.
Braterstwo
To jeszcze trzeci telefon.
Jest lipiec 1989, tuż po zwycięskich dla opozycji wyborach, których okrągłą rocznicę właśnie świętujemy. Adam Michnik rzuca hasło „wasz prezydent, nasz premier”. Tadeusz Mazowiecki jest sceptyczny. Chwyta więc słuchawkę i dzwoni do Jarosława Kaczyńskiego – wówczas doradcy Wałęsy. Nie wie, że Kaczyński ma już plan. To on, jako jeden z pierwszych w demokratycznej opozycji, rozpoznał poprawnie sytuację. Władza leży na ulicy – trzeba ją przejąć, nim komuniści się odbudują. Solidarność musi mieć swojego szefa rządu. A najlepszym premierem, który potencjalnie nie zagroziłby pozycji Wałęsy, byłby ten, kto najmniej się do premierostwa pali, a więc… Tadeusz Mazowiecki.
Kaczyński odebrał telefon i zaprosił Mazowieckiego na rozmowę w Hotelu Europejskim, gdzie Wałęsa zaproponował mu fotel premiera. Mazowiecki propozycję przyjął. Zaraz jednak oświadczył, że nie będzie premierem malowanym, a potem rzucił Wałęsie rękawicę w wyborach prezydenckich. Tak zaczęła się niesławna wojna na górze.
Telefony między Wałęsą a Mazowieckim zamilkły. Wkrótce zresztą Wałęsa przestał też odbierać połączenia od braci Kaczyńskich (choć podobno uwielbiał gadać przez telefon i już jako prezydent chętnie podnosił słuchawkę przypadkowo dzwoniącego telefonu, żeby tylko sobie z kimś pogawędzić; zdziwionych ludzi dopiero na koniec rozmowy informował, z kim mieli przyjemność).
Jest w tym ironia. Przez całą dekadę opozycjoniści nie mogli żadnych planów omawiać przez telefon, bo wszystkie istotne linie były na podsłuchu. Po przełomie, gdy już mogli rozmawiać spokojnie, nie mieli sobie nic do powiedzenia. Zerwała się łącząca ich więź. Zniknęło gdzieś to sierpniowe braterstwo.
Ale może właśnie tak musiało być? Przecież ludzie Solidarności walczyli z komunizmem po to, żeby wprowadzić pluralizm polityczny, a nie po to, żeby stworzyć wokół związku nową monopartię (i znów Jarosław Kaczyński był pierwszym, który sformułował to spostrzeżenie wprost!).
Triumf roku 1989 możliwy był dzięki przyjaźni, zaufaniu i współpracy między bardzo różnymi ludźmi. Prawicowcami i lewicowcami, robotnikami i inteligentami, zwolennikami różnych programów gospodarczych i różnej dynamiki zmian. Ale to był czas wyjątkowy, czas rewolucji. Następnym koniecznym krokiem była budowa normalnej rzeczywistości politycznej. A ta opierała się na przełamaniu monopolu politycznego – świadomym ujawnieniu i wyrażeniu podziałów. Dlatego właśnie, choć to smutne, opowieść o narodzinach III RP jest zarazem opowieścią o rozpadzie przyjaźni (a przynajmniej sojuszu) między jej twórcami.
Sztuczki pamięci
Pamięć jest podstępna. Naukowcy ciągle starają się zrozumieć, jak właściwie działa. Nieco światła rzuca seria genialnych eksperymentów przeprowadzonych przez psychologa Daniela Kahnemana. Kahneman i jego współpracownicy mierzyli zadowolenie (lub ból, czyli odwrotność zadowolenia) w trakcie wykonywania różnych czynności, a także po nich. Odkryli w ten sposób, że wspomnienie przyjemnej bądź bolesnej sytuacji nie było po prostu średnią doświadczeń z całego jej przebiegu, lecz wyraźnie faworyzowało dwa momenty: najlepszy/najgorszy (szczyt) oraz zakończenie.
Na przykład w jednym z eksperymentów badanym polecono trzymać rękę w misce z lodowatą wodą. To bolesne doświadczenie trwało kilkadziesiąt sekund. Potem ciepły ręcznik, chwila odpoczynku i drugie podejście. Tym razem uczestnicy spędzili tyle samo czasu, mocząc dłoń w zimnej wodzie, ale na koniec sprytny mechanizm dolał do naczynia nieco ciepłej wody, a zegar doliczył badanym kilkadziesiąt dodatkowych sekund. Czyli oprócz bólu z pierwszego eksperymentu dostali jeszcze dawkę mniejszego cierpienia gratis. Kiedy zapytano badanych, który wariant procedury woleliby powtórzyć, ku zaskoczeniu naukowców niemal wszyscy wybrali numer dwa. Choć „obiektywnie” doświadczyli wtedy więcej cierpienia, ich mózgi zarejestrowały, że przygoda „skończyła się lepiej”, i błędnie oceniły ją jako mniej bolesną.
Znany jest w literaturze odwrotny przykład dotyczący wspomnień z wakacji. Nawet jeśli przez cały urlop doświadczaliśmy miłych wrażeń, to nerwowy ostatni dzień, pospieszne pakowanie i powrót w korkach lub opóźniony samolot sprawią, że nasze całościowe wspomnienie z wyjazdu będzie negatywne.
Tak już zbudowany jest nasz mózg, że szczególną wagę przywiązujemy do zakończeń. Jesteśmy w stanie kompletnie stracić obiektywne rozeznanie sytuacji i nieświadomie przeprogramować pamięć całego doświadczenia pod wpływem negatywnego zakończenia lub – przeciwnie – happy endu.
Z pionierskich badań Kahnemana wyrósł dziś cały nurt badań dotyczących indywidualnego i zbiorowego poczucia szczęścia. Okazuje się, że zależy ono od opowieści, które snujemy o naszym życiu, i sensu, jaki mu w ten sposób nadajemy. Zakończenia odgrywają w tych opowieściach kluczową rolę.
Wygląda na to, że nasza zbiorowa pamięć o wydarzeniach lat 1980-1989 padła ofiarą tego właśnie efektu. Wszystko, co wydarzyło się w tej szczególnej dekadzie, oceniamy i rozliczamy przez pryzmat „finału”, który lokujemy w latach 90.
Marazm upadłych pegeerów i fabryk kompletnie wyparł z naszej pamięci czas poczucia wolności i sprawczości. Rosnące nierówności, bieda i wykluczenie sprawiły, że zapomnieliśmy o dekadzie równości i wiary w awans, współpracę i solidarność społeczną. Braterstwo kompletnie zatarło się w naszej pamięci, bo wyobrażonym finałem wydarzeń z lat 80. stał dla nas nie 4 czerwca 1989 r. – data pusta, prawie w zbiorowej wyobraźni nieobecna – lecz 4 czerwca 1992 r., czyli niesławna noc teczek. Symbol polsko-polskiej wojny, zdrady i rozczarowań.
Jak odzyskać pamięć?
Jest na to rada wynikająca bezpośrednio ze wspomnianych badań. Kompartmentalizacja to zabieg polegający na rozdzieleniu wspomnień na oddzielne historie. Stosowany świadomie, może nam pomóc odzyskać kontrolę nad pamięcią i spojrzeć na zjawiska z różnych perspektyw.
Na przykład rodzina, której wakacyjne wspomnienia zrujnował fatalny powrót, może zmienić swoje postrzeganie sytuacji, rozpatrując drogę do domu nie jako „finał wakacji”, lecz jako oddzielne doświadczenie (albo pierwszy dzień „szarej codzienności”). Badania pokazują, że można w ten sposób odzyskać poczucie radości i energii, zmniejszyć frustrację i zwiększyć gotowość do wspólnego poszukiwania twórczych rozwiązań.
Z tego samego powodu warto odzyskać 4 czerwca 1989 r. jako datę graniczną. Dostrzec w nim nie tylko początek lat 90., lecz również koniec lat 80. Moment triumfu, który zamyka okres walki, kiedy to Solidarności udało się odnieść bezprecedensowy sukces.
Dlatego potrzebujemy dziś innej pamięci o Solidarności. Nie po to, żeby spocząć na laurach i gratulować sobie sukcesu. Przeciwnie – po to, żeby skutecznie zmieniać otaczający nas świat. Bo badania nad pamięcią pokazują jeszcze jedno. Gra ona kluczową rolę nie w naszym stosunku do przeszłości, której już i tak zmienić nie możemy, lecz wobec przyszłości. Indywidualna i zbiorowa przeszłość dostarcza nam scenariuszy pokazujących możliwości zmieniania świata lub ich brak.
Pora przypomnieć sobie, że możliwy był kiedyś świat, w którym obowiązywała wyskandowana w musicalu „1989” maksyma: „nie zostawiamy w tyle swoich ludzi”.
MARCIN NAPIÓRKOWSKI jest doktorem habilitowanym, badaczem mitologii współczesnej i pamięci zbiorowej, stałym współpracownikiem „Tygodnika”. Współautor musicalu „1989”, koprodukcji Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, wyemitowanego właśnie w Teatrze Telewizji.

Marcin Napiórkowski, Katarzyna Szyngiera, Mirosław Wlekły 1989. POZYTYWNY MIT, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















