Zakupy

Niewątpliwie słuszne są wszystkie te poglądy głoszone przez Kościół i przez moralistów świeckich, które dotyczą nadmiaru czasu przeznaczanego na zakupy, konsumeryzmu i wszelkich z tym związanych nieszczęść. Wyobraźmy sobie zakupy przed kilkudziesięcioma lub kilkuset laty. Olbrzymia większość ludzi w ogóle ich nie czyniła z wyjątkiem nielicznych wypraw po przyprawy, a przede wszystkim po sól, potem cukier i kilka innych rzeczy. Nie żyje już sąsiadka ode mnie ze wsi, która opowiadała, jak przed wojną szła na zakupy do pobliskiego miasteczka (10 km). Boso, z dziesięcioma jajkami, żeby kupić sól i - jak starczy - trochę nafty. Wychodziła o czwartej rano i wracała około południa. Tak lub nieco lepiej żyła większość ludzi. Te same meble, często odziedziczone lub z drugiej ręki, przez całe życie ta sama pościel - często z wyprawy małżeńskiej, te same ubrania i nawet buty.
Czyta się kilka minut

W rodzinach znacznie już zamożniejszych także niewiele się kupowało, tylko prało, cerowało, zelowało, nicowało i tak dalej. Pamiętam z warszawskiego inteligenckiego domu z lat pięćdziesiątych przyjeżdżającą do nas na kilka dni objezdną krawcową, która mieszkała przez ten czas i szyła lub robiła poprawki i reperacje. Modliła się nie przed każdym posiłkiem, ale przed zupą, drugim daniem i deserem, co moją matkę, nielubiącą żadnej ostentacji, doprowadzało do skrajnego rozdrażnienia.

A teraz zniknęli niemal wszyscy: szewcy, krawcy od poprawek i zupełnie już nie ma pań, które ślęczały kątem w jakimś zakładzie czy sklepie i łapały oczka w pończochach, a potem rajstopach. Coraz więcej rzeczy kupujemy na coraz krócej, więc musimy odpowiednio dużo czasu poświęcać na kupowanie. Ponadto praca ludzka staje się coraz droższa, a mieszkania w zasadzie raczej mniejsze, więc nie robimy zapasów na całą zimę - najwyżej tyle, ile od jednej wizyty w supermarkecie do drugiej - a wojna nie jest stanem powszechnego i permanentnego zagrożenia, więc nie trzeba mieć w domu zapasów mąki, cukru, soli i mięs w marynatach lub saletrowanych. Zakupy podobno stały się przyjemnością, chociaż nikt mi tego nie udowodni.

Dla większości są koniecznością oraz okazją do nieustannego porównywania cen. Oczywiście, lepiej jest kupić to samo taniej niż drożej, ale jeżeli nie robimy zakupów dla dziesięcioosobowej rodziny lub nie żyjemy na skraju nędzy, to oszczędności, jakie poczynimy, robiąc poważne, comiesięczne zakupy w nieco tańszym sklepie, sięgają trzydziestu złotych, ale trzeba doliczyć do tego dojazd i czas tracony, którego tylko szczęśliwi nie przeliczają na pieniądze. Jak już mimo wszystko zrobiliśmy zakupy, to nadzieja tylko w dzieciach, a jak nie ma dzieci, to kiepsko. Bo przecież trzeba wszystko rozładować, wnieść do domu i przy tej okazji, podobnie jak w sklepie, nie pokłócić się (bardzo trudno tego uniknąć), skoro wszyscy są zmęczeni i poirytowani. A jak jeszcze do tego zapłaciliśmy kartą, to warto zapamiętać lub zapisać, ile wydaliśmy, chyba że mamy tyle pieniędzy, że nam wszystko jedno, ale wtedy na ogół sami nie robimy zakupów, chyba że u Diora.

Posłowie i niektórzy ludzie Kościoła walczą z wolnością zakupów w dni święte. W zasadzie podzielam motywy, ale nie wierzę w zakazy. Wszystko zależy od obyczajów oraz od organizacji pracy. W krajach pobliskich (Austria, Niemcy), w których sklepy są nieczynne w niedzielę, sobota staje się dniem męczarni. Zresztą i u nich jest coraz więcej wyjątków z powodów praktycznych. Zakupy są zatem jedną wielką zarazą, jaka nas dotknęła, ale podobnie jak w przypadku telewizji, próżne są narzekania - całkiem słuszne - gdyż ludzkiej namiętności do rzeczy nie uda się pohamować, a kwitnące ostatnio sklepy z używanymi ciuchami, ale też i komputerami, sprawiają, że nawet ubodzy mogą sobie poszaleć na zakupach.

Skoro nie warto walczyć i nie należy akceptować postaw radykalnych, jak amerykańscy minimaliści, którzy kupowanie nowego ograniczają do zera, to jedyne wyjście polega na przyjęciu postawy izolacji. Ale czy znamy kogokolwiek, kto by to potrafił?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 31/2007