Witalij Wygołow, redaktor naczelny kramatorskiej gazety "Privet", nie wątpi, że tak będzie. Tak jest co roku i nie ma powodu, by teraz było inaczej. Choć wschodnia Ukraina jest przysypana grubą warstwą śniegu - co sprawia, że górniczo-hutniczy krajobraz wygląda nawet przyjemnie - Witalij wie, że przyjemnie być tu nie może.
Pomarańczowa Rewolucja mogła sobie być w Kijowie, a tu, w Kramatorsku, po staremu rządzi zakazucha: morderstwo na zlecenie. Witalij już się przyzwyczaił, że jeśli w ogólnokrajowych mediach padnie nazwa jego miasta, to w kontekście przestępstwa, którego sprawca nie został złapany. Bo na Ukrainie mówi się o Kramatorsku: "miasto niewyjaśnionej zakazuchy". Albo: ukraińskie Chicago.
Mieszkańcy bronią się przed złą sławą, jak mogą. Podkreślają, że ćwierćmilionowy Kramatorsk - 100 km od Doniecka, który jest tu metropolią - to centrum donbaskiej inteligencji. Bo specyfiką Kramatorska są wielkie zakłady, nie kopalnie, a przemysł zbrojeniowy i maszynowy potrzebuje ludzi mądrych: inżynierów i konstruktorów.
Jednak z wyglądu miasto nie różni się od innych w regionie. Kominy, fabryki, huty, na których hasła i symbole z czasów ZSRR wiszą w najlepsze. Z pozoru wieje nudą. Ot, prowincja, gdzie nic się nie dzieje.
Dziennikarz się boi
Żadna władza nie lubi krytyki, nawet prowincjonalna. Jeśli przeciw niej występujesz, spotykają cię przykrości. Tych prostych zasad nie rozumiał Igor Aleksandrow, telewizyjny dziennikarz kanału "TOR" z sąsiadującego z Kramatorskiem miasta Sławiańsk. Przed sześcioma laty prowadził program "Bez retuszy". Mówił o związkach miejscowych bandytów z władzą, milicją i prokuraturą.
- "Bez retuszy" był z pozoru nudny: gadające głowy, żadnego scenariusza czy show w stylu zachodnim. A jednak każda emisja gromadziła mnóstwo widzów. Program stał się sensacją w obłasti - Witalij wspomina kolegę. - Igor nie komentował, nie domagał się kar dla nikogo. Podawał tylko informacje sprawdzone. To było dziennikarstwo czysto informacyjne.
Gośćmi Aleksandrowa byli między innymi dwaj milicjanci, którzy opowiadali o mafijnych powiązaniach. Zgodzili się wystąpić w programie przekonani, że im głośniej będzie o nich, im więcej powiedzą, tym, paradoksalnie, będą bezpieczniejsi.
- Te programy uratowały nam życie - mówi dziś Oleg Sołodun, komendant kramatorskiej milicji, który awans otrzymał od ministra Jurija Łucenki po zwycięstwie Pomarańczowej Rewolucji. Ten ceniony przez dziennikarzy za otwartość i bezkompromisowość milicjant wśród kolegów po fachu dorobił się przezwiska "zdrajca".
Widzowie "Bez retuszy" dowiadywali się, kto z milicji i prokuratury jest skorumpowany, kto u kogo zamówił morderstwo i za ile. Program pogrążał miejscową "elitę". W ciągu roku ukazały się trzy odcinki "Bez retuszy" z udziałem milicjantów. W dniu emisji czwartego, rankiem 3 lipca 2001 r., przed wejściem do siedziby telewizji czekało dwóch młodych ludzi z kijami bejsbolowymi. Gdy odchodzili, dziennikarz leżał w kałuży krwi. Miał połamane żebra i zmiażdżoną wątrobę, ale śmiertelny okazał się cios w głowę.
Aleksandrow umarł kilka dni później, w szpitalu. Kolejny odcinek programu już się nie ukazał. Miał ujawnić powiązania lokalnego światka ze światem trochę szerszym: elitą donieckiej obłasti, której gubernatorem był wtedy Wiktor Janukowycz. Prasa spekulowała potem, że zamówienie zabójstwa mogło pójść z Doniecka.
Tego samego zdania jest komendant Sołodun, który, mimo zakończenia oficjalnego śledztwa, dochodzenie prowadził dalej już na własną rękę, bo wtedy z milicji został usunięty: - Organizatorem morderstwa był doniecki funkcjonariusz organów bezpieczeństwa. Lokalnym bandziorom kolejne rewelacje Aleksandrowa nie mogły już więcej zaszkodzić i tutejsza milicja nie miała interesu w jego zabójstwie.
Dlatego Sołodun uważa, że choć były szef milicji w Sławiańsku i jeden z mafiosów trafili za kratki, sprawa wciąż daleka jest od wyjaśnienia.
Niezależnie jednak od tego, kto był zleceniodawcą zabójstwa Aleksandrowa, cel osiągnął. - To był dla całego środowiska znak ostrzegawczy: chcesz być wolny, chcesz zmian, może cię spotkać to samo. Dziennikarze się boją - mówi Wygołow.
Presji uległa też jego gazeta. Rzecz nie w tym, że pismo należy do deputowanego z Partii Komunistycznej, zapewnia Witalij, bo właściciel podobno nie ingeruje w treść artykułów. Większość to zresztą ogłoszenia i miejskie nowinki. Ale "Privet", gazeta drukowana na wszelki wypadek w drukarni spoza województwa, boi się nawet zmienić szatę graficzną.
Wygołow: - Idą wybory, robi się gorąco i choć dzięki grantom, także z Polski, mamy możliwość przejścia z formatu A4 na przyzwoity A3, wolimy przeczekać. Staramy się pisać o wszystkim, więc lepiej, żeby gazeta była mała, wyglądała nieciekawie i nie rzucała się w oczy. Że tak myślimy, to oczywiste zwycięstwo zabójców Aleksandrowa - przyznaje.
Haracz za nadzieję
Być może gdyby Igor Aleksandrow zdołał wyemitować kolejny odcinek, być może gdyby dziennikarze nie dali sobie zakneblować ust, być może gdyby organa ścigania podejmowały ślady, podawane im jak na tacy... Za dużo tych "być może". Ale załóżmy na chwilę, że tak by było. Wtedy, być może, wielu ludzi w Kramatorsku, Sławiańsku i innych miastach Donbasu żyłoby do dziś. Na przykład Denis i Dymitr Karpienko, synowie kramatorskiego przedsiębiorcy, zamordowani w 2002 r.
- Chłopcy pojechali do Kijowa zdawać egzaminy. Dzień po sesji mieli być z powrotem w domu - mówi ojciec, Walery Karpienko. - Nie wrócili, ich telefony milczały.
Biznesmen nie chciał wierzyć w najgorsze. Przez półtora roku szukał synów, płacił za każdą przedłużającą nadzieję wzmiankę o ich losie. Cały czas dawał się wodzić szantażystom za nos: gdy kazali jechać z pieniędzmi do Lwowa, jechał. Gdy do Odessy, wsiadał w pociąg i na sygnał dany sms-em wyrzucał przez okno worek z gotówką. Przez półtora roku tych wyrzuconych worków było sporo. Karpienko przemierzał kraj wzdłuż i wszerz. Kiedy był na Wschodzie, dostawał sygnał, że za 10 godzin ma się zjawić w sercu zachodniej Ukrainy. Często było to nierealne. Wtedy głos w słuchawce telefonu pytał krótko: "Czy chcesz, żeby przeżyli?".
Karpienko: - Na mojej tragedii zarobili nie tylko ci, którzy stali za porwaniem dzieci, ale pewnie także cwaniacy, wykorzystujący sytuację. Słyszałem różne rzeczy: że chłopcy są w Mołdawii, że wywieźli ich na Kaukaz, do Rosji, że przetrzymują w Kramatorsku. Pomagałem w śledztwie, jak mogłem. Gdy okazało się, że służby specjalne nie mają odpowiedniego sprzętu, jechałem do Moskwy i kupowałem sprzęt. Czy wyobrażacie sobie, co czuła moja żona? Wstawała rano i szła do cerkwi, na kolanach myła podłogi, płakała. Modliła się, żeby dzieci wróciły. Kiedy zaprzyjaźniony ojciec Iłarion powiedział mi, żebym zamówił mszę za spokój ich dusz, oburzyłem się. A chłopcy nie żyli od pierwszego dnia porwania... Zmuszono ich do zażycia narkotyków. Napojono koniakiem i zakneblowano usta. Dymitr udusił się wymiocinami. Denisa zamordowali nad grobem, który dla nich wykopali w lesie pod Kijowem.
Zabójcami okazali się znajomi chłopców z dzieciństwa. Bracia prawdopodobnie nie mieli zginąć, ale gdy "wypadek przy pracy" już się zdarzył, nie przeszkadzało to nikomu bawić się z ich ojcem w kotka i myszkę.
Ponieważ śledztwo wciąż jest w toku, informacji o jego przebiegu prokuratura nie podaje. Walery Iwanowicz Karpienko relacjonuje, co usłyszał od prokuratury: aresztowani byli w szoku, bo nie sądzili, że wpadną. Zleceniodawcy obiecali im nie tylko pieniądze (50 tys. dolarów), ale i bezpieczeństwo oraz ochronę przed milicją.
Może to zbieg okoliczności, ale zaraz po aresztowaniu zabójców strzelano do zastępcy szefa regionalnej służby bezpieczeństwa. Kula przeszła obok głowy.
Ciągle nam rodziną
Dlaczego biznesmena to spotkało? Może dlatego, że wcześniej w lokalnej prasie ukazały się artykuły, iż firma, którą prowadził wraz z synami, dostała od partnerów milion dolarów na inwestycje. Nie miała to być gotówka, ale sprzęt i materiały. Możliwe jednak, że bandyci spodziewali się walizki pieniędzy.
Browar, hotel i niewielkie przedsiębiorstwo produkcyjne należące do Karpienki już wcześniej ściągały kłopoty. Na Ukrainie postrachem przedsiębiorców była słynna policja podatkowa. Za czasów prezydenta Kuczmy był to najlepszy sposób wymuszania posłuszeństwa lub eliminowania konkurencji.
Karpienko: - Ciągle miałem na głowie kontrole. Funkcjonariusze sprawdzali dokumenty i domagali się łapówek. Gdy odmówiłem, uznali, że muszę oddać państwu półtora miliona hrywien podatku [300 tys. dolarów - red.]. Oczywiście, gdzieś mogliśmy zawinić, ale nie na taką kwotę! Nie ustąpiłem, oddałem sprawę do sądu. Okazało się, że muszę dopłacić, ale nie półtora miliona, tylko dwieście hrywien.
Nim wyrok zapadł, Karpienko musiał stale pojawiać się w sądzie. Potem urząd skarbowy się odwoływał, sprawa ciągnęła się latami, paraliżowała pracę. Firmę znowu nachodziły różne kontrole: budowlane, sanitarne, inspekcja pracy. Na koniec państwo oddało Karpience 60 tys. hrywien, ale żaden z urzędników nie poniósł odpowiedzialności za "pomyłkę".
Karpienko: - Wiem, że gdy moi synowie zaginęli, ale nie było jeszcze wiadomo, co się z nimi stało, pani naczelnik urzędu podatkowego w naszym mieście nie kryła radości. Podobno wykrzykiwała na korytarzu: "wreszcie mają Karpienkę".
Biznesmen jest przekonany, że w zabójstwo jego synów zamieszany jest były szef policji w Kramatorsku Igor Krywołapow (obecnie w więzieniu, oskarżony m.in. o fałszowanie i utrudnianie śledztwa w sprawie zabójstwa Aleksandrowa). - Krywołapow był pośrednikiem - przekonuje Karpienko. - Do ludzi, którzy zamówili zabójstwo, mu daleko, bo ci są wysoko postawieni.
Kim są? Walery Iwanowicz milknie, robi znak krzyża i mówi: - Bardzo proszę o to nie pytać. Nie boję się o swoje życie, ale ciągle mam jeszcze rodzinę...
Wygołow nie ma wątpliwości, że były szef policji nie jest czysty. Ale nie wierzy, żeby był zdolny do tak okrutnych zbrodni. W sprawie Aleksandrowa rzeczywiście zatajał fakty, ale, zdaniem Wygołowa, nie jest typem mordercy: - Zajmowałem się opisywaniem lokalnego świata przestępczego, bywało, że błyskawicznie potrzebowałem informacji. Krywołapow mówił zawsze: przyjeżdżaj, wszystko dostaniesz. Czasem przyjmował mnie w nocy, był otwarty na pomoc.
Obieg zamknięty
Źródła tragedii takich ludzi jak Karpienko czy Aleksandrow sięgają siermiężnych czasów Związku Sowieckiego. Wtedy po ulicach robotniczych miast włóczyły się bandy wyrostków. Nie mieli żadnego celu. Tu pobili kogoś dla rozrywki, tam zrabowali portfel. Było to zjawisko na tyle powszechne, że gdy podczas ostatniej kampanii prezydenckiej wyciągano Wiktorowi Janukowyczowi udział w takiej bandzie i rozbojach, na wschodzie Ukrainy niemal nikogo to nie bulwersowało.
Rozpad ZSRR przyniósł jakościową zmianę w bandyckim świecie. Kompletny brak norm w handlu i na rynku usług, fikcyjne granice między dawnymi republikami - wszystko to sprzyjało powstawaniu szemranych fortun. W świecie biznesu panował chaos.
Jeszcze dziś prawie połowę gospodarki Ukrainy stanowi szara strefa, a wtedy interesy robiło się po prostu z bronią w ręku. Wykupienie - często za bezcen - miejscowych fabryk było równoznaczne z wejściem w posiadanie żyły złota. W przetargach brała udział nie tylko miejscowa, powstająca elita biznesowa, lecz przede wszystkim ludzie z Doniecka. To właśnie im udało się kupić aż 27 z 28 istniejących w Kramatorsku i prywatyzujących się fabryk. Tej jednej nie przejęli, bo jej właściciel zawczasu wpisał się do partii Janukowycza.
W ciągu dekady w Donbasie powstał system niemal idealny, obieg zamknięty. Dawni przestępcy, teraz biznesmeni, mówili pracownikom, na kogo głosować. Wybrani tak politycy mianowali urzędników, którzy chronili sprzymierzony biznes, a środkami administracyjnymi likwidowali konkurencję. Gdy to nie wystarczało, rozwiązaniem była zakazucha. Milicja dbała, by sprawcom włos z głowy nie spadł.
Sołodun: - Za Kuczmy milicja się zdegenerowała. Specjaliści odchodzili, a pozostała większość dała się zastraszyć. Do dziś wielu boi się, że jeśli będą działać skutecznie, coś złego przydarzy się ich rodzinom. Wielu nie umie już być milicjantami, bo przez 10 lat uczono nas, jak zamykać oczy na przestępstwa; jak działać, żeby ich nie wykrywać, tylko ukrywać.
Tak prawdopodobnie było w przypadku Aleksandrowa. Choć na miejscu zbrodni pozostał wart 100 dolarów kij bejsbolowy, to milicja znalazła bezdomnego pijaczka, który, odpowiednio umotywowany, zgodził przyznać się do winy. Kiedy matactwo się sypnęło i dalsze dochodzenie mogło doprowadzić do Doniecka, domniemany zabójca został otruty.
Prokuratura donieckiego wątku, o którego istnieniu jest przekonany Sołodun, nie podjęła. Co więcej, w dzienniku "Fakty" (z 18 styczna br.) prokurator krajowy ds. ciężkich przestępstw Aleksander Kalificki zarzucił Sołodunowi matactwa. Zdaniem prokuratora to obecny komendant milicji w Kramatorsku i jego kolega odpowiedzialni są za śmierć dziennikarza. Prokurator twierdzi, że wszystkiemu winien jest "pęd milicjanta do sławy", i gani go za "nieuprawnione komentowanie śledztw w mediach". Sołodun nie chce komentować słów Kalifickiego.
- Nie wiem, co się stało, że generalna prokuratura tak radykalnie zmieniła zdanie o Sołodunie - mówi Witalij Wygołow. - Wiem tylko, że po zwycięstwie Pomarańczowej Rewolucji zapraszano go do Kijowa, awansowano i odznaczano, zaś teraz ci sami ludzie go atakują. A gdy wrócił do Kramatorska jako komendant, merostwo naszego miasta było wściekłe.
Dziennikarz podejrzewa, że sprawa ma podtekst polityczny i ataki na Sołoduna wynikają z jakichś rozgrywek w stolicy. - Tam zaczyna się dziać coś złego - ocenia.
Być może przyczyna leży w zbliżających się wyborach parlamentarnych, które wygrać może Janukowycz. Być może fakt, że Kalificki prokuratorem został jeszcze w czasach Kuczmy i ma w niej ogromne wpływy, nie ma tu nic do rzeczy.
Wystarczy Gongadze
Sprawa zabicia Igora Aleksandrowa nigdy nie zyskała na Ukrainie takiego rozgłosu, jak np. morderstwo dziennikarza Georgija Gongadze. Tymczasem, jak w przypadku Gongadze istnieją poszlaki, że w zabójstwo zaangażowany był prezydent Leonid Kuczma, tak są dowody, że władze Kramatorska (politycy, milicja, prokuratura) mogą być częścią świata przestępczego oraz czerpać korzyści z porywania ludzi dla okupu i z morderstw.
- Gongadze mówił o sprawach głośnych, związanych z prezydentem i jego otoczeniem - tłumaczy dawny kolega dziennikarza. - Aleksandrow poruszał problemy prowincjonalne. Ale dla mnie brutalność, z jaką zamordowano Igora,
i cynizm, jakim wykazano się w prowadzeniu śledztwa, są jeszcze straszniejsze niż zabójstwo Gongadze. Tyle że naszym regionem nikt się nie interesuje. Dziennikarzy w stolicy zajmują wydarzenia w Kijowie. Oni nawet sobie nie wyobrażają, co się tutaj dzieje. To zapomniany region.
Sprawy zabójstwa Aleksandrowa oraz braci Karpienko odbiły się jednak szerszym echem. O śmierci synów biznesmena pisał renomowany tygodnik "Dzerkało Tyżnia", specjalny program poświęcił sprawie telewizyjny "Kanał 5". Po takich publikacjach śledztwa na chwilę ruszały do przodu. Walery Karpienko dotarł nawet do prezydenta Kuczmy, a po zmianie władzy do Wiktora Juszczenki. Obaj obiecywali mu pomoc, potem niby coś drgnęło, ale na tym się kończyło.
Również gdy skandal z matactwami przy wyjaśnianiu śmierci dziennikarza dotarł do Kijowa, ówczesny prezydent Kuczma miał osobiście nalegać na wyjaśnienie sprawy. Ponoć mawiał: "Wystarczy mi już na głowie zabójstwo Gongadzego".
Pieniądze nie pomogły
Aleksandrow zginął, bo demaskował lokalne kliki, Karpienko stracił synów, bo nie płacił haraczu. Może lepiej pogodzić się z losem i pójść na współpracę? Pytamy biznesmena, czy nie żałuje swojej hardości.
- Gdyby wcześniej ktoś do mnie przyszedł i powiedział otwarcie: daj pieniądze, podziel się tym, co masz, bo inaczej stanie się im krzywda, wtedy bym o tym pomyślał - zastanawia się ojciec. - Ale nic takiego nie miało miejsca.
Dlatego Karpienko podejrzewa, że celem zamawiających porwanie nie był haracz, ale przejęcie jego przedsiębiorstwa. Twierdzi, że wśród pracowników firmy bandyci mieli swoich ludzi, którzy już wynosili dokumenty.
Zresztą w Kramatorsku bezpieczeństwa nie gwarantuje nawet współpraca z bandytami. Igor Żemow, biznesmen i kolekcjoner automobili, był jednym z najbogatszych w mieście. Współpracował z mafią. Wiedział, komu należy się opłacać. Lubił życie, jeździł ekskluzywnymi samochodami. Pytany, czy nie boi się, że ktoś może porwać jego albo rodzinę dla okupu, że komuś może przeszkadzać, śmiał się i odpowiadał, że jest zabezpieczony, bo stać go na kupienie nietykalności. Wskazywał na tylne siedzenie auta, gdzie woził zwykle gotówkę.
Pieniądze nie pomogły. Żemowa porwano sprzed domu. Przetrzymywano go kilka miesięcy w piwnicy, gdzieś pod Kramatorskiem. Raz w tygodniu zrzucano mu bochenek chleba i butelkę wody mineralnej. Bandyci byli tzw. biezpriedielszczykami - przestępcami bez granic, moralnych i geograficznych. Żądali od rodziny dwóch milionów dolarów okupu. Bliscy zebrali pieniądze. Porywacze poczuli jednak, że zaczyna się robić wokół nich gorąco, milicja trafiła na ich ślad. Umierającego z wygłodzenia Żemowa zadusili.
Późniejsze dochodzenie wykazało, że kolekcjonera aut zabili ci sami młodzi ludzie, którzy porwali braci Karpienko.
Inny kraj
W Kramatorsku nocami jest cicho. Miejscowi wspominają, że 10 lat temu nocne strzały na ulicach były czymś powszednim. Tak odbywały się barteryjne zaczioty, czyli porachunki.
Z czasem się uspokoiło, ale nie dlatego, że milicja wzięła się do roboty. Po prostu, na placu boju zostali najsilniejsi. Ci lokowali kapitał za granicą, najchętniej w bankach hiszpańskich. Tam też kupowali wille. W latach 90. Kramatorsk opanowała grupa 17 uczastek - sojusz przestępców i biznesmena, właściciela m.in. jednej z lokalnych telewizji. W organizacji doszło jednak do wyniszczającej wojny. Jeden z bandytów uciekł do Niemiec. Tam nagrał kasety, na których zdradził sekrety grupy i jej powiązania z politykami. Właśnie ich treść miał ujawnić Aleksandrow w swoim programie.
Kramatorsk, jak cała wschodnia Ukraina, ma swą specyfikę. Blisko stąd do Rosji. Dlatego ludzie myślą inaczej niż w stolicy czy we Lwowie. I inaczej mówią: tu niemal nikt nie rozmawia po ukraińsku. Nawet ci z wyższym wykształceniem przyznają, że nie znają tego języka. Bliskość Rosji jest w myśleniu wielu gwarantem spokoju.
W Kramatorsku zwykły człowiek stara się żyć po cichu. Fabryki karmią miasto. Równowartość 500 złotych musi starczyć jako pensja. Ale gdy pracodawca mówi, na kogo głosować, na tego się głosuje. Jeśli każe zapisać się do Partii Regionów, ludzie się zapisują. Podczas wyborów prezydenckich w 2004 r. Janukowycza poparło tu ponad 90 proc. mieszkańców.
- W Kramatorsku jest zakład produkujący urny do głosowania - mówi Wygołow. - W czasie wyborów prezydenckich pewien złodziej przyniósł nam taką urnę i zaproponował kupno. Kupiliśmy, bo ciągle słyszeliśmy w radio i TV, że są one unikalne, każda ma numer porządkowy i żadna nie może przepaść. Powiadomiliśmy milicję i spytaliśmy, co robić. Milicja odpisała, że żadnej kradzieży urny nie odnotowała. A prawda jest taka, że nikt tych urn nie kontrolował, można je było brać, nosić po domach i napełniać głosami.
Dlatego 35-letni dziennikarz, który przeżył pierestrojkę, oglądał upadek ZSRR i powstanie Ukrainy, w Pomarańczową Rewolucję uwierzyć już nie może. Słuchał o niej w radio, oglądał w telewizji. Ale miał wrażenie, jakby to były wieści z innego kraju.
Podobne odczucia ma komendant Sołodyn: - W milicji stara władza ma wciąż oddanych sobie ludzi. Nie da się z nimi współpracować. Paraliżują wszystko. Chcą tylko rewanżu i powrotu starego systemu.
- Marcowe wybory parlamentarne też niczego nie zmienią. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby coś drgnęło - Wygołow rozkłada ręce. - Niby ludzie są tu wykształceni. Ale chyba nie mają czasu na myślenie. Ich życie to wstawanie o świcie, praca w fabrykach, powrót do domu. Podczas wyborów coś im się dzieje z głowami. Pewnie nawet nie trzeba było u nas fałszować wyborów. I tak wszyscy byli za Janukowyczem.

***
Walery Karpienko twierdzi, że nie zostawi Kramatorska. Sprzedać firmę i wyjechać - to byłaby kapitulacja. 20 lat temu przeszedł śmierć kliniczną i choć w młodości był ateistą (a raczej wierzył: w komunizm), po tamtym doświadczeniu nawrócił się na prawosławie. Mówi, że wiara pozwoliła mu przetrwać najgorsze i że to ona sprawia, iż nie chce zemsty.
Karpienko przed laty należał do Partii Regionów, ale przeżycia sprawiły, że jej politykom już nie ufa. Niedawno zapisał się do partii Julii Tymoszenko, która dopiero od niedawna organizuje się na wschodzie kraju. Wierzy, że Tymoszenko coś zmieni.
Olega Sołodyna nadzieja też nie opuszcza: - Potrzebujemy czasu, żeby stać się policją. Tak jak Ukraina potrzebuje czasu, by mogła się odrodzić.
Witalij Wygołow mówi, że nie chce już w Kramatorsku żyć. Nie wie, kto tu mówi prawdę, kto jest uczciwy. Myśli o emigracji, np. do Polski. Chce normalnego życia.
Jeśli nie dla siebie, to dla swego dziecka. Nie wierzy, by mogło być szczęśliwe w Kramatorsku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















