Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wydanie specjalne "Polska Żydowska"

Siła bezsilnego

Siła bezsilnego

14.03.2006
Czyta się kilka minut
"Nie chcę żadnej rewolucji. Chcę tylko, by w tym kraju odbyły się normalne wybory - Aleksander Milinkiewicz już nie wie, ile razy odpowiadał na pytanie o rewolucję. Pytają go politycy, dziennikarze. I przede wszystkim zwykli ludzie.
Aleksander Milinkiewicz w Witebsku
N

Nie wygląda na rewolucjonistę. To naukowiec, któremu historia postawiła zadanie: walczyć o demokrację. - Jeśli będę nawoływać do protestów, grozi mi pięć lat. Nie boję się. Ale też nie chcę się tam teraz znaleźć - mówi.

Jednak każda kolejna wypowiedź Milinkiewicza jest coraz bardziej radykalna. Najpierw mówił, że w dzień wyborów 19 marca wieczorem przyjdzie na plac w centrum Mińska. Dla wspierających go Białorusinów to jasny sygnał: jeśli on, my też.

Parę dni później, podczas spotkania 2 marca w centrum Mińska, podniósł w górę niebieski szalik i powiedział, że to jego kolor. Kolor dżinsów. Kolor rewolucji.

***

Efekt kilkumiesięcznej pracy Milinkiewicza przerasta oczekiwania nawet największych optymistów z opozycji. Na spotkania z nim przychodzi nawet po kilka tysięcy ludzi. - Udało nam się przełamać barierę strachu. To największy sukces. Ale wciąż nie ma w ludziach nadziei na zmiany - mówi Milinkiewicz podczas wyborczej podróży po regionie witebskim, w której towarzyszą mu reporterzy "Tygodnika".

Rzeczywiście: podczas kolejnych spotkań - w Orszy, Witebsku, Połocku - ludzie już się nie powstrzymują. Mówią, co ich boli. Przestają zwracać uwagę na milicyjne kamery, na tajniaków. Milinkiewicz ich zachęca: - Patrzcie, tam stoi kamera, ale ja się nie boję. Niech nas filmuje. I wy się nie bójcie.

A jest się czego bać. W tym kraju za głośne powiedzenie tego, co się myśli, można mieć kłopoty. Bo taśma z nagraniem już następnego dnia wyląduje na biurku miejscowego naczelnika.

W Nowym Połocku elegancka kobieta opowiada o ciężkiej sytuacji drobnych przedsiębiorców, o wyalienowaniu władzy. - Skoro nasz prezydent tak nie lubi ludzi, może trzeba go odesłać do jakiejś izolatki - kończy, wywołując burzę oklasków.

- Jeśli ja tego nie powiem, to kto? Mam dwójkę dzieci i chcę, żeby żyły w normalnym kraju - powie nam po spotkaniu. I doda, że władza traktuje ją jak obywatela drugiej kategorii, że państwowe firmy mają zakaz współpracy z takimi jak ona.

Jej przynajmniej nikt z pracy nie wyrzuci. Ale nie wszyscy zdobywają się na publiczną wypowiedź. Niektórzy pytania podsuwają na kartkach. Dla innych aktem odwagi było samo przyjście na wiec opozycji: legalny, bo Milinkiewicz jest zarejestrowanym kandydatem na urząd prezydenta.

Najważniejszy punkt jego programu to odejście od tzw. systemu kontraktowego. Ten postulat zawsze budzi entuzjazm. Bo na Białorusi państwo zawiera z pracownikiem roczny kontrakt i po jego wygaśnięciu może go po prostu nie odnowić. To wystarczy, by wszyscy żyli w strachu i starali się nie podpaść. Choćby obecnością na legalnym wiecu opozycji.

Ale ludzie przychodzą na spotkania z Milinkiewiczem nie tylko po to, by go zobaczyć, zadać pytanie. Przychodzą się wyżalić, opowiedzieć swoją historię. Ofiary katastrofy w Czarnobylu mówią o odbierających im powoli życie chorobach. Sieroty o brakach funduszy socjalnych.

W Orszy nauczyciel informatyki żali się na warunki, w których pracuje: w szkole nie ma komputerów i to, jak działa internet, tłumaczy dzieciom przy pomocy tablicy, kredy i gąbki.

***

Gdy w Witebsku wysiadamy z busa, z ukrycia filmują tajniacy. Gdy jedziemy do Połocka, ani na moment nie opuszcza nas czarne audi. - Teraz i tak jest lepiej - mówią jadący z nami chłopcy, których zadaniem jest ochrona Milinkiewicza. - Do momentu rejestracji władza bardzo cisnęła. Ciągle łazili za nami z kamerami, żeby ludzie bali się podejść.

Odkąd komisja wyborcza zarejestrowała kandydatów, mają oni prawo spotykać się z wyborcami, ale w określonych przez władzę miejscach. A ta wyznacza zwykle ciasne salki na peryferiach miast.

- A kiedyś, mimo że władza wyznaczyła nam spotkanie w domu kultury, jego dyrekcja powiedziała, że nie może nas wpuścić do środka, bo wszystkie sale są zajęte - wspomina Aleksiej, który w sztabie Milinkiewicza odpowiada za organizację. - Odpowiedzieliśmy: dobrze, rozstawimy urządzenia nagłaśniające przed budynkiem i spotkanie odbędzie się na śniegu. Wtedy skapitulowali.

Prócz tajniaków na każdym wiecu zawsze jest kilku mundurowych. Przysłuchują się. Młodzi chłopcy, wysłani tylko po to, by zastraszyć zebranych. Z dziennikarzami nie chcą rozmawiać. Ale niektórzy przed wejściem na salę zamienią z działaczami sztabu kilka słów, chyłkiem wezmą kalendarzyki ze zdjęciem Milinkiewicza. Po cichu życzą powodzenia. Czasem uścisną rękę kandydatowi lub ludziom z jego sztabu. Ale tylko wtedy, gdy nikt nie patrzy.

Próbujemy rozmawiać z jednym z mundurowych. Pokazujemy wyłączone dyktafony. Pytamy, czy pamięta Jurija Zacharenkę, byłego ministra spraw wewnętrznych, który życiem przypłacił sprzeciw wobec Łukaszenki: w 1999 r. zniknął bez śladu.

Milicjant kiwa głową, ale milczy. Więcej mówią jego oczy: mundur, który nosi, obecna władza splugawiła.

***

- Nie wierzymy w uczciwe wybory - mówi otwarcie Wasyl, drobny przedsiębiorca z Orszy. - Ale tu żadnej rewolucji nie będzie. Na Ukrainie była rewolucja, bo tam była walka wschodu z zachodem. U nas nie ma takiej "zachodniej Białorusi".

Takich jak Wasyl na Białorusi jest wielu. W państwie jednak coś drgnęło. Ma w tym udział nie tylko Milinkiewicz, ale i drugi kontrkandydat Łukaszenki na prezydenta: Aleksander Kazulin, który wykorzystał pół godziny w telewizji, by zaatakować prezydenta, oskarżyć go o korupcję, o polityczne morderstwa, o niemoralny tryb życia.

Pozostanie tajemnicą, kim jest Kazulin i dlaczego telewizja zgodziła się wyemitować nagrane dzień wcześniej wystąpienie, które musiało przejść przez cenzurę. Ale jest faktem: Białorusini przecierali oczy ze zdumienia. Niektórzy uwierzyli wręcz, że w kraju doszło do zamachu i obalono Łukaszenkę.

- Kazulin to Łukaszenka w młodości. Tyle że podał fakty, a Łukaszenka wtedy kłamał. Ale ostrzej już nie trzeba było - mówią nam ludzie na wiecu Milinkiewicza.

Z wystąpienia Kazulina zadowolony jest też Milinkiewicz. Jednak sam by tak nie postąpił, zaznacza, personalne ataki nie są w jego stylu.

***

Rzeczywiście: Milinkiewicz to typ gentlemana. Gdy na spotkaniach padają prowokacyjne, czasem obraźliwe pytania, przez chwilę milczy, potem spokojnie odpowiada. Skąd ma pieniądze, dlaczego jeździł do Ameryki i do Unii Europejskiej? No i dlaczego chce Białorusinom zabrać ich spokój?!

Mówi: - "Żydem" i "amerykańskim agentem" byłem od 1990 r., więc już się przyzwyczaiłem do oskarżeń. Powtarza je ciągle nasza telewizja, niczego nowego nie wymyślili.

Choć białoruskie prawo pozwala skarżyć za pomówienia, Milinkiewicz o tym nie myśli. W Witebsku do mikrofonu dopycha się młody chłopak z prołukaszenkowskiej organizacji, wygłasza płomienną pochwałę prezydenta. Sala mu przerywa, wygwizduje, wyklaskuje, ale Milinkiewicz prosi o spokój. Nie ucieka się do sztuczek, które pozwalają kontrolować przebieg zebrania, chce wysłuchać młodego aktywistę, a potem odpowiada, bez irytacji.

Alosza z ochrony Milinkiewicza, członek organizacji opozycyjnej: - Na zebrania władza posyła ludzi agresywnych, czasem pijanych, którzy zadają pytania prowokacyjne albo wymagające długich odpowiedzi. Chodzi o dezorganizację naszych mityngów.

- Jeśli chcemy być demokratyczni, nie możemy dawać dojść do głosu tylko swoim, musimy wysłuchać wszystkich - tłumaczy swoją postawę Milinkiewicz.

***

Nie, on nie będzie białoruskim Wałęsą. Jego otoczenie woli szukać porównań z Vaclavem Havlem. Brak charyzmy - to najczęstszy zarzut, jaki wytaczano wobec Milinkiewicza po tym, jak jesienią 2005 r. na zjeździe różnych ugrupowań został wspólnym kandydatem białoruskiej opozycji. Jak taki człowiek ma porwać ludzi? - pytano wtedy.

Współpracowników ze sztabu Milinkiewicz wręcz denerwował spokojem. Chcieli, żeby czasem pokrzyczał. Nazwał rzeczy po imieniu.

Paweł Mażejka, najbliższy współpracownik: - Nie mogę powiedzieć, by był dla mnie ideałem polityka. Tylko skąd takiego wziąć, skoro u nas nie ma klasy politycznej? Dawno zrozumiałem, że z możliwych kandydatów jest najlepszy.

- Aleksander z powagą odnosi się do każdego rozmówcy - mówi żona Milinkiewicza, Inna. - Być może w oczach wielu to przejaw słabości. Ale to jest siła. I ja tę cechę cenię w nim najbardziej.

Na posiedzeniach swego sztabu Milinkiewicz nie dominuje. Słucha, pyta o zdanie, nie rozkazuje, co najwyżej prosi.

Jula, pracownica sztabu: - Jest tak samo naturalny, gdy rozmawia z emerytem z białoruskiej prowincji i z Manuelem Barroso. Czego się od niego nauczyłam? Rozumieć ludzi.

***

Łagodny sposób bycia Milinkiewicz wyniósł z domu. Jego ojciec uczył geografii w elitarnym warszawskim Liceum Batorego. Pracował z Januszem Korczakiem. Po wojnie był wybitnym białoruskim pedagogiem, dostał nawet order Lenina.

Milinkiewicz mówi o tym, bo wie, że na weteranach i emerytach robi to wrażenie.

- Tato był pracoholikiem. O 7.30 wychodził, o 23.00 wracał. Tylko w wolne dni poświęcał mi czas, a i to w ogródku. Ale dzięki temu dużo umiem zrobić wokół domu.

Milinkiewicz dom pod Grodnem budował sam, przez 11 lat.

Ojciec, choć z religijnej rodziny, był ateistą. Matka prawosławna. Urodzonego dwa lata po wojnie Aleksandra chrzci potajemnie.

Rodzina nie była religijna, ale święta obchodzili, i to dwa razy w roku, bo mama miała dużo katolickich przyjaciółek. Młody Aleksander też nie wierzył w Boga. Marksizm i nauki ścisłe robią swoje. Do wiary dojdzie później, głównie pod wpływem żony.

***

W Grodnie, gdzie mieszkali, ojciec zbierał starocie, stare książki i mapy. Mały Aleksander spędzał wśród nich całe godziny. I choć lubił historię, to pod wpływem brata poszedł studiować fizykę.

Zaczyna karierę akademika. Chce wyjechać do Francji, żeby szlifować język, ale znajomy z ministerstwa edukacji mówi mu, że nie ma szans, bo jest bezpartyjny.

- W 1980 r. zapisałem się do partii - wspomina. - Z oportunizmu. Ale nie czułem, że zdradzam jakieś ideały. Kariery administracyjnej nie robiłem.

Wyjeżdża do Francji w 70-osobowej grupie młodych naukowców. Jedzie z nimi oficer KGB: - Od razu się przedstawił, nie było z nim kłopotu - wspomina Milinkiewicz. Młody fizyk czuje się do tego stopnia swobodnie, że przyjmuje zaproszenie klubu dyskusyjnego. Poprosili go francuscy komuniści, którzy ciągle przegrywali publiczne dyskusje.

Wspomina: - Przyszli do mnie i mówią: "Nie możemy udowodnić, że u was w ZSRR jest lepiej, więc powiedz to ty".

Ale Milinkiewicz nawalił. Opowiedział, jak się żyje w Związku Radzieckim. Francuscy czerwoni byli załamani.

Wtedy jeszcze, choć nie był z przekonania komunistą, liczył, że jakiś socjalizm można zbudować. Pobyt na Zachodzie rozwiewał te złudzenia.

- Dobrobyt, sklepy, architektura... Ale przede wszystkim poraziły mnie spotkania z ludźmi, ich swoboda wypowiedzi - mówi dziś.

Legitymacją partyjną rzuci pierwszego dnia puczu moskiewskiego w 1991 r.

***

Za granicą Milinkiewicz spędzi cztery lata. - Dużo wtedy zwiedziłem. Jak na człowieka sowieckiego, aż za dużo - śmieje się.

Rzeczywiście, obecne władze nie miałyby z nim takich problemów, gdyby wtedy siedział na miejscu.

Na uniwersytecie w Algierze kieruje katedrą fizyki. Tęskni za Grodzieńszczyzną. - Nie potrafiłem się zaadaptować. Gdy wracałem na lato do domu, płakałem - wspomina.

O miłości do ziemi rodzinnej, do Białorusi, Milinkiewicz na spotkaniach mówi dużo. Musi, bo oficjalna propaganda czyni z niego zdrajcę, który za granicę jeździ po pieniądze i instrukcje. Jakiś emeryt na wiecu będzie się dopytywać, dlaczego obce rządy podczas ostatnich wyjazdów do stolic Europy płaciły mu - o zgrozo! - za hotele.

- Na świecie jest tak przyjęte, że zapraszająca strona pokrywa koszty noclegu - Milinkiewicz tłumaczy staruszkowi prawidła dyplomacji.

Niewiedzę Białorusinów można w gruncie rzeczy zrozumieć. Ich prezydenta ostatni raz na Zachód zaproszono w 1994 r.

Dziś Milinkiewicz też za dużo jeździ. Łukaszenkę to irytuje, bo jego rywal jest przyjmowany z honorami. Był w Strasburgu, w polskim Sejmie, w Brukseli, Berlinie. Rozmawiał z głowami państw. Ten władający pięcioma językami, elegancki mężczyzna potrafił problemem Białorusi zainteresować Europę. W Mińsku dawno nie widziano tylu zagranicznych dziennikarzy.

Białoruscy komuniści (dziś też w opozycji wobec Łukaszenki), których siedziba służy za sztab wyborczy, z dumą pokazują swoją gazetę partyjną "Towarzysz": na pierwszej stronie Milinkiewicz, obok uśmiechnięty prezydent Lech Kaczyński.

***

Do Grodna Milinkiewicz wraca w 1984 r., w przeddzień pierestrojki. Zaczyna prywatnie studiować historię rodzinnej ziemi, odkrywa białoruską tożsamość. Pojawiły się wreszcie nowoczesne książki - inne niż przedwojenne podręczniki w domu ojca. Są też pierwsze kontakty z Polakami. Milinkiewicz zaczyna się fascynować specyfiką Grodna. Wierzy w historię, w której jest miejsce dla Białorusinów, Litwinów, Polaków i Żydów. Za zaangażowanie w poszukiwania miejsca pochówku ostatniego króla Polski otrzyma medal za zasługi dla polskiej kultury. Pomaga otworzyć polską szkołę. Związek Polaków na Białorusi nada mu tytuł członka honorowego.

Michał, działacz Białoruskiego Frontu Narodowego (jednego z opozycyjnych ugrupowań), prowadzi samochód Milinkiewicza: - Kiedyś byłem ostrym narodowcem. Dzięki Milinkiewiczowi moje poglądy się zmieniły. Dziś opozycja nie opowiada się tak radykalnie za językiem białoruskim. Rozumie, że po jej stronie są też rosyjskojęzyczni.

Jula ze sztabu: - Gdy w referendum w 1995 r. uznano język rosyjski za państwowy, cieszyłam się, bo tak się mówiło u mnie w domu. Ale kiedy poznałam pana Aleksandra, zaczęłam uczyć się białoruskiego. W końcu moją ojczyzną jest Białoruś, nie Rosja.

***

Z polskich korzeni Milinkiewicz jest dumny. Ale to też historia nieprosta. Przodkowie matki walczyli w powstaniach, potracili przez to majątki. Z kolei dziadek, też Aleksander, spędził dwa lata w więzieniu za zakładanie białoruskich szkół na terenie II Rzeczypospolitej. - Widziałem jego listy do Piłsudskiego, w których apelował o autonomię dla Białorusinów, o szkoły - mówi Milinkiewicz.

Polska międzywojenna traktuje białoruską mniejszość jak balast. Milinkiewicz: - Dla ojca było zaskoczeniem, że dostał pracę w tak elitarnym liceum jak Batory. Bo ledwo skończył uniwersytet, jako Białorusin i prawosławny. Sam nie rozumiał, dlaczego go wzięli. Widać był dobry. Choć koledzy mówili: Włodek, zostań katolikiem, łatwiej zrobisz karierę.

***

Na wiecach Milinkiewicz przekonuje, że ma doświadczenie w rządzeniu. Był we władzach Grodna przez sześć lat. - Wybrano mnie jeszcze w czasach ZSRR, w czasach pierestrojki - podkreśla na każdym zebraniu.

Czy to takie ważne? - Tak, chcę ludziom przypomnieć, że nawet wtedy było więcej demokracji.

Milinkiewicz dobrze wspomina tamte czasy. Występował w telewizji z historyczno-krajoznawczym programem, był lubiany. Razem ze swoim mistrzem Michaiłem Tkaczowem tworzył nieformalne stowarzyszenie "Pochodnia".

W małym gronie dyskutowali o historii, marzyli o odrodzeniu języka, politykowali.

Potem były wiece, przemawiał do setek zgromadzonych. Ludzie przychodzili chętniej niż teraz: - Podczas głosowania też uczciwie liczono głosy. Nikt jeszcze nie wiedział, że można manipulować.

We władzach Grodna jako zastępca burmistrza odpowiada za oświatę, kulturę, zdrowie, sport, religię i kontakty z zagranicą.

Właśnie z tamtych czasów pamięta Milinkiewicza Paweł Mażejka, wtedy uczeń grodzieńskiego gimnazjum nr 1.

­ Na koniec roku przyszedł do nas i jako wicemer miasta wręczał nagrody najlepszym uczniom - wspomina Mażejka. - Oczywiście ja nagrody nie dostałem.

Ich drogi zejdą się kilka lat później. Paweł zyska "sławę" po procesie i kilkumiesięcznym uwięzieniu za artykuł w gazecie "Pagonia". Milinkiewicz będzie pomagał wtedy jego rodzinie. W kampanii parlamentarnej 2004 r. współpracują już na stałe.

Wśród grodzieńskich współpracowników sztabu jest też Jula. Milinkiewicza poznała 10 lat temu. Kierowana przez niego organizacja pozarządowa "Ratusza" wsparła pomysł Juli, by wydawać gazetkę szkolną. Kilkadziesiąt egzemplarzy, ale państwo uznało, że i tyle wolnej myśli młodzieży to za dużo. Dyrektor szkoły kazał zamknąć pisemko.

- Nie mam wątpliwości, że chodziło o wsparcie "Ratuszy" - wspomina Jula.

***

Końcówka ZSRR. Mimo partyjnej legitymacji, we władzach miasta nie był "swój". Lokalna nomenklatura wie, że wziął udział w wyborach samorządowych, bo chciał zmieniać "od środka". Jak na Litwie. W magistracie wszyscy patrzą na niego nieufnie: to jakiś nacjonalista, zaraz powyrzuca urzędników, przyprowadzi swoich.

Zamiast tego Milinkiewicz organizuje dla radnych i pracowników urzędu odczyty oraz pokazy slajdów na temat lokalnej historii.

- Te cotygodniowe spotkania bardzo mi pomogły - mówi dziś. - Radni przestali się bać kosztów odnawiania miasta.

Dzięki odczytom łatwiej przyszło także przywrócenie historycznych nazw ulic. Choć z początku było ciężko: "a nasze nie lepsze"?

- To byli sowieccy zombie, ale w końcu zrozumieli, że historia to także ich dziedzictwo.

Największa duma Milinkiewicza to remont grodzieńskich zegarów na wieży. Liczą pół tysiąca lat. Żeby zebrać ich dokumentację, siedział w archiwach Grodna, Krakowa, Wilna i Moskwy.

Chciał jeszcze wiele zrobić. Do odnowienia zostały dwa zamki. Prof. Aleksander Gieysztor i prof. Tadeusz Polak, pełnomocnik rządu do spraw polskich zabytków poza granicami kraju, obiecali pomoc. UNESCO chciało dać pieniądze. Odchodzi jednak z urzędu po referendum, zorganizowanym w 1996 r. przez Łukaszenkę, który będąc od dwóch lat prezydentem, poszerzył zakres swej władzy.

On nie chce być władzą w państwie, w którym gwałci się konstytucję.

***

Choć Milinkiewicz ma za sobą wystąpienia w telewizji, publiczne debaty i wykłady, to we wtorkowy wieczór 21 lutego jest bardzo zdenerwowany. Zaraz ma wygłosić przedwyborcze wystąpienie do kamery. Jedno z dwóch, do jakich ma prawo. Przez pół godziny ma mówić do Białorusinów.

Początkowo, bojąc się manipulacji (wystąpienia nie idą na żywo), chciał w ramach protestu zrezygnować. Sztab przekonuje, że okazji nie wolno zmarnować.

Jest jeszcze inny problem. Kandydat ma prawo tylko mówić. Żadnych spotów, gości. Nic. Dla Milinkiewicza, który nie chce - jak Kazulin - zaszokować, jest to problem: wyjdą nudy na pudy, widzowie nie wytrzymają pół godziny z "gadającą głową".

W końcu ma pomysł: po krótkim wystąpieniu będzie odpowiadać na pytania spisane na kartkach. Te najczęściej zadawane podczas wyborczych podróży. Ożywi to program i pozwoli w naturalny sposób przechodzić z języka rosyjskiego na białoruski.

Współpracownicy ręcznie przepisują pytania na karteczki. Ale w studio katastrofa: złe światło, zeszło się kierownictwo telewizji. Nieprzyjazne spojrzenia peszą. Z Milinkiewiczem jest tylko żona i Paweł Mażejka.

- Pierwsze, co zrobiłem, to zmieniłem szklankę wody - mówi Mażejka. Paweł pamięta, że pięć lat temu opozycyjny kandydat Siemen Domasz po wypiciu wody w telewizyjnym studio trafił do szpitala.

Milinkiewicz zaczyna nagranie. Dzień później Białorusini usłyszą, jak drży mu głos. - Mogłem lepiej wystąpić, strasznie się stresowałem - przyznaje potem.

- Był przygotowany, ale otoczenie było przeciw nam. To światło, ludzie - mówi żona. - Ciężko było mu zacząć.

- Później się uspokoiłem, bo patrzyłem na żonę.

***

Poznali się 10 lat temu, pobrali przed trzema laty. Oboje mają za sobą długą drogę i dzieci z poprzednich związków.

- Relacje z pierwszą żoną nie odpowiadały już rozumieniu rodziny. Nie byliśmy wrogami, ale miłość wygasła - wspomina Milinkiewicz. - I nagle poznałem Innę. To była jakaś iskra.

- Przyjechałam do Grodna i zobaczyłam najwspanialszego mężczyznę na świecie - mówi pani Milinkiewicz. - Aleksander myślał, że życie się już skończyło, że nic się nie zmieni. Okazało się, że można się zakochać w tym wieku.

Żona nie opuszcza go na krok. Jest na każdym spotkaniu. Ale nie występuje publicznie.

- W Ameryce czy w Polsce żona to ważna postać w kampanii. Czemu nie wspiera Pani męża na scenie? - pytamy.

- To patriarchalne społeczeństwo. Nie jest gotowe, abym odgrywała taką rolę. Trzeba ostrożnie.

Milinkiewicz: - Jeszcze zaczną mówić, że żona kręci wszystkim, facet nie jest nic wart.

Na spotkaniu w Orszy Milinkiewicz przedstawia Innę. Przyjmują ją oklaski.

Wbrew propagandzie, z synami z pierwszego związku Milinkiewicz ma dobry kontakt. Starszy angażuje się w kampanię, jako kierowca. Czuje się spokojny, gdy jest blisko ojca. - Dzięki obecności żony i syna w kampanii jest mi raźniej. Nie był to żaden chwyt marketingowy - mówi Milinkiewicz.

Młodszy syn mieszka z matką. Gdy dowiedział się o planach ojca, ucieszył się. Ale ponoć mina mu zrzedła, gdy usłyszał, że odtąd musi uważać, bo na dyskotece mogą mu do kieszeni włożyć narkotyki, dolać coś do piwa.

***

Jak żona zareagowała, gdy mąż postanowił kandydować? Inna Milinkiewicz: - Działam w NGO-sach [organizacjach pozarządowych - red.]. Rozumiem dylematy ludzi, którzy próbują coś zrobić. Gdy mąż podjął decyzję, miałam tylko jedno pytanie: czy wiesz, jak ciężko będzie? Gdy powiedział, że tak, pozostało mi go wspierać.

Na początku poprzedniej dekady Inna zafascynowała się NGO-sami: - Trafiłam na spotkanie grupy "Counterpart". To był nowy świat! Nie miałam pojęcia, że można w ten sposób próbować zmieniać otoczenie.

Dziś prowadzi organizację "Nasza Wieża" w Brześciu. Jej doświadczenie w pracy z ludźmi przydaje się w kampanii męża. Wspólnie omawiają wiele kwestii. Inna często się irytuje, gdy sprawy idą powoli. - Męża wspiera szeroka koalicja, więc trzeba wszystkich wysłuchać, przedyskutować. A chciałoby się działać. Wtedy nawet płaczę z poczucia bezsilności.

***

Inna jest katoliczką. Pochodzi z Brześcia, choć jej rodzice wywodzą się z Homelszczyzny. Ojciec prawnik, matka uczyła w szkole białoruskiego. - Ciągle namawiała mnie, żebym posłuchała, jaka to piękna mowa, śpiewała mi po białorusku - wspomina Inna.

Dziś jej rodzice wspierają kandydaturę zięcia. W Homelskiem została jeszcze babcia.

Inna: - Kiedyś na zimę zabraliśmy ją do Brześcia. Całą drogę patrzyła przez okno samochodu i powtarzała: "Boże, jaki piękny kraj, jaka przyroda. Wszystko dzięki Łukaszence. Jak to dobrze, że go mamy". Gdy na wiosnę odwoziliśmy ją tą samą drogą, mówiła w kółko: "Boże, co on zrobił z naszym krajem! Jak przyjadę na wieś, to wszystkim opowiem".

***

Po odejściu z magistratu Milinkiewicz poświęca się wykładom. Jest lubiany wśród studentów. Organizuje wycieczki krajoznawcze. Można go spotkać na studenckich imprezach.

- Obliczyłem, że przez moje ręce przeszło blisko sześć tysięcy studentów. Jeżdżąc teraz po kraju, spotykam ich, często do mnie dzwonią - mówi z dumą.

W 2001 r. władze zabraniają mu wykładać. Za karę, bo angażował się w kampanię prezydencką Semiona Domasza, ówczesnego kontrkandydata Łukaszenki. Pozostaje działalność pozarządowa, ale w 2003 r. władze likwidują kierowane przez niego stowarzyszenie "Ratusza". Pole manewru kurczy się.

Tworzy Fundację Wspierania Rozwoju Lokalnego, pomagającą niezależnym organizacjom. Tęskni za studentami: - Brak mi uniwersytetu.

Jednak ludzi młodych wokół Milinkiewicza nie brakuje. Większość jego sztabu to młodzież. Choćby ochrona: młode, wesołe chłopaki. Dzięki nim w busie nie można się nudzić.

- Mąż bywa jak dziecko, lubi słodycze. Czasem dziwi się, jakby nie było za nim tylu lat doświadczeń. Nie boi się być śmieszny. Jak ma humor, to cały czas jak dziecko podśpiewuje - mówi żona.

Milinkiewicz: - Gdy zaglądam w paszport, źle mi się robi. Lata lecą, a ja czuję się najwyżej na czterdziestkę.

***

Za to profesorskie nawyki dają o sobie znać na spotkaniach. Sztab chciałby, by kto inny je prowadził, a kandydat tylko odpowiadał na pytania. Ale nawyk jest silniejszy.

Mażejka: - Czasem wkurzam się, bo mamy już opracowane dokładne odpowiedzi, a on coś tam zmienia. Z drugiej strony, to dorosły człowiek, więc może lepiej wie, co powiedzieć, jak zaakcentować.

Gospodarzem spotkań jest zawsze Milinkiewicz. Gdy pytania przychodzą na kartkach, powoli nakłada okulary, czyta.

- Na Zachodzie kupiliby Panu soczewki - mówimy.

- Wyglądam jak staruszek albo profesor? Pewnie macie rację - zastanawia się. - Z drugiej strony, u nas to prawie nie ma znaczenia. Ważniejsza jest atmosfera na sali, co jest w powietrzu: prawda czy fałsz. Takie spotkania u nas zdarzają się raz na pięć lat.

***

W Polsce kampania na burmistrza ma chyba większy rozmach niż prezydenckie wybory na Białorusi. W Witebsku, w drodze na spotkanie, uformowała się kolumna zwolenników opozycji, może dwieście osób. Tyle że bez baloników, banerów, tablic.

- Materiałów mamy tyle, ile nam zamówi komisja wyborcza, to przez nią przechodzą wszystkie faktury. A wydać możemy 30 tys. dolarów.

Trochę plakatów, ulotek. To wszystko.

Dwa spotkania w Orszy, Witebsk, Nowy Połock, Połock. Po kilku dniach znamy na pamięć wyborcze przemówienie i odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania. Milinkiewicz mówi wszędzie to samo, na dobrą sprawę jego telewizyjne wystąpienie było identyczne. Już mamy trochę dość. A on?

- Wiem, że w Polsce jeśli kandydat mówiłby wszędzie to samo, to szybko by się nim znudzono. Ale w kraju, gdzie nie ma wolnych mediów, nie ma na to szansy. Ci ludzie słyszą to po raz pierwszy. Dlatego ważny jest nie tyle program i to, co mówię, ale to, że w ogóle mówię.

- Na całym świecie kandydat stara się opowiedzieć lokalną anegdotkę, poruszyć jakiś lokalny problem - nie dajemy się przekonać.

- Nie zawsze jest co przygotować. W Homlu dostałem stos materiałów o problemach związanych z Czarnobylem. Ale to było pięć minut przed spotkaniem i nie zdążyłem się nawet z tym zapoznać.

***

Takie niedoróbki to skutek skromnego budżetu kampanii. Obiad je się często nie w restauracji, ale w busie: kanapki, herbata z termosu. Bywa, że na trasie nie ma lepszego lokalu niż relikt sowieckiej epoki. W ciemnej sali równocześnie trwa stypa i spotkanie weteranów. Znad kieliszka wódki ochrypłymi głosami wyśpiewują "Katiuszę".

Menu: zupa z gotowanej wątróbki.

Czego w prowadzeniu kampanii brakuje najbardziej? Bo przecież nie dobrych restauracji. Milinkiewicz: - Bardzo przydałby się nam laptop i łącze z internetem. Moglibyśmy od razu pisać notki z wyborczych spotkań i przesyłać do sztabu. A tak, spisujemy je ręcznie na kartce i dyktujemy przez komórkę.

***

W Nowym Połocku do mikrofonu podchodzi kobieta w średnim wieku: - Pan ciągle mówi o wolności. A ja boję się wolności. Wolność to chaos.

- Tej pani nikt nie nasłał, ona naprawdę tak myśli - ocenia Milinkiewicz.

Po kilkudziesięciu takich spotkaniach nauczył się szybko rozróżniać ludzi: - Po oczach, po uśmiechu. Od razu widać, kto jest przysłany, kto za nami, kto przeciw, a kto się waha.

Nieprzekonani bywają najczęściej starsi.

- Większość z nich boi się nas, bo myślą, że jesteśmy nacjonalistami, że nie będzie wypłat, że popsujemy stosunki z Rosją. Ale jeśli z nimi porozmawiać, to łatwo znajdujemy wspólny język.

***

Choć Milinkiewicz nie jest politykiem wiecowym, determinacji mu nie brak. Ma duszę sportowca. W latach 1968-69 był mistrzem białoruskiej republiki w koszykówce. Grać przestał, gdy uszkodził obie łękotki. W latach 90. będzie prowadził klub koszykarski "Grodno 93". - Kocham koszykówkę - odpowiada podczas spotkania z wyborcami na pytanie o zainteresowania sportem. - Ale nie bójcie się, jeśli zostanę prezydentem, nie będę w każdym mieście budować wielkich boisk do koszykówki...

Ten dowcip wywołuje śmiech. Białorusini jedynie się domyślają, ile pieniędzy pochłonęło hokejowe hobby obecnego prezydenta. Łukaszenka hokeistą jest kiepskim, ale gdy wchodzi na lodowisko, bramkarz przeciwnej drużyny wie, że lepiej nie przykładać się do bronienia. Także podczas biegów narciarskich rywale prezydenta wolą się nie spieszyć.

Może więc dopiero teraz, w byłym koszykarzu, Łukaszenka zyskał godnego siebie rywala?

***

Hokej czy koszykówka? Milinkiewicz do najważniejszego meczu w życiu przystąpił ze świadomością, że jego przeciwnik to zarazem sędzia, który ustala reguły gry. Łukaszenka, gdy zechciał, przyspieszył termin wyborów o cztery miesiące. Pozostało mu jeszcze tylko ustalić zadowalający go wynik.

W kraju, w którym normalnej działalności politycznej nie można prowadzić, te pseudowybory miały być dla opozycji szansą dotarcia do społeczeństwa z posłaniem wolności. Kampania wyborcza - pracą, której owoce przyjdą później.

Ogromny wysiłek sprawił, że Białorusini po raz pierwszy od lat wychodzą na ulicę, a trzęsący krajem od lat dyktator wystraszył się skromnego fizyka.

Milinkiewicz coraz częściej podnosi w górę pięść. Białorusini już widzą, że mają lidera, na którego tak długo czekali.

***

Aleksiej nie umie przypomnieć sobie chwili, w której członkowie sztabu zaczęli wierzyć w zwycięstwo: - Zauważyliśmy ten moment, kiedy go już przeszliśmy. Nagle poczuliśmy, że nie jesteśmy tylko pionkami, że mamy siłę sprawczą. Teraz jest przed nami tylko jedno zadanie: sprawić, by ludzie też uwierzyli, że mogą coś zmienić.

Białorusini wiedzą też, że nawet jeśli 19 marca władza znów wygra, dla Milinkiewicza nie będzie to koniec meczu. Pięć lat temu ludzie także wyszli na ulice, ale opozycyjny kandydat nawoływał do spokoju, a potem zapadł się pod ziemię.

Co zrobi Milinkiewicz? - Widziałem go w różnych momentach - mówi Mażejka. - Wiem, że gdy trzeba, ten miły pan potrafi być ostry i uparty.

***

Bo Milinkiewicz jest jak żółw z rysunku Mleczki. Jak trzeba, to i słoniowi da w mordę.

Wykonał pracę trudniejszą niż przywódcy Pomarańczowej Rewolucji. Na Białorusi mawia się: Ukraina to było przedszkole: tam nikt się nie prosił o udostępnienie salki na prowincji, żeby porozmawiać z wyborcami.

Inna Milinkiewicz: - Nie, mąż nie narzeka na zmęczenie. Powtarza tylko, że chciałby w swoje ukochane Bierszty. Mówi: dajcie mi jeden dzień na odpoczynek.

Bierszty to wieś pod Grodnem.

Milinkiewicz: - Gdy jestem tam, wieczorem płynę po jeziorze i patrzę na las, to tak sobie wymyślam, że jakaś energia przodków idzie do mnie z tej wody. Mam nadzieję, że wkrótce tam pojadę.

Milknie, bo wie to, co i my wiemy, ale wszyscy boimy się powiedzieć.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]