Zabawa w polowanie

20 kwietnia 1889 roku przeszedł do historii jako dzień urodzin Adolfa Hitlera. 110 lat później w szkole średniej Columbine w amerykańskim miasteczku Littletown dwóch nastolatków hucznie uczciło tę rocznicę. Uzbrojeni w zakupione przez internet karabiny maszynowe zabili 15 osób.
Czyta się kilka minut
 /
/

Ofiarami byli ich dobrzy znajomi: uczniowie i nauczyciele. W finale krwawej jatki młodociani mordercy sami wymierzyli sobie karę.

Zdarzenia te skomentował najdobitniej znany z lewackiego temperamentu dokumentalista Michael Moore. Nagrodzony Oscarem film “Zabawy z bronią" rozpętał żywiołową dyskusję na temat powszechnej dostępności broni, amerykańskiego militaryzmu i wszechobecności przemocy w mediach.

Rok później Gus Van Sant, twórca kina niezależnego (mający na koncie również epizod hollywoodzki), powrócił do tamtych wydarzeń. Jego “Słoń" nie ma nic z oskarżycielskiego manifestu, nie próbuje konkurować z zaangażowanym filmem Moore’a, nie wpisuje się w żadne ideologiczne konteksty. Zimna rekonstrukcja zbrodni inspirowana tragedią w Columbine zapada w nas jednak głęboko.

Van Sant zdaje sobie sprawę, że kino fabularne w konkurencji z dokumentem znajduje się na pozycji przegranej. Siła dokumentalnego zapisu jest niepodważalna - czego wynaturzonym dowodem dzisiejszy sukces rozmaitych reality shows i wszystkiego, co opatrzone etykietą “na żywo". Dlatego reżyser “Słonia" nie odtwarza zdarzeń z Columbine, ale próbuje nadać im artystyczny wyraz. Próbuje pokazać, jak odbija się w nich banalne oblicze Zła - właśnie poprzez swoją swojskość jeszcze bardziej przerażające.

Akcja filmu ogranicza się do jednego tylko dnia i niemal całkowicie zamknięta zostaje w murach szkoły. Columbine u Van Santa to świetnie funkcjonujący kombinat, w którym nie ma nic demonicznego. Żaden represyjny system nie przyjdzie nam w sukurs, byśmy mogli usprawiedliwić to, co wydarzy się za chwilę. Van Sant zmierza do kulminacji nieśpiesznie, każąc nam sunąć labiryntami korytarzy, zatrzymywać się w salach lekcyjnych, bibliotekach, stołówkach, przyglądać się zwykłym zajęciom z w-f i banalnym flirtom podczas przerw. A jednak cała ta zwyczajność od początku przesiąknięta jest jakimś zimnym, trupim oddechem. Szkoła, która stara się wychowywać podopiecznych w duchu tolerancji, już za chwilę stanie się miejscem krwawego polowania.

Poznajemy po kolei przyszłe ofiary: Johna, który ma problemy z ojcem alkoholikiem, Eliasa, który nie rozstaje się z aparatem fotograficznym, anorektyczne nastolatki... Poszczególne epizody zazębiają się, nakładają, budynek szkoły jest dla kamery niczym szklany sześcian, który oglądamy z różnych stron. Kamera patrzy na bohaterów z oddalenia, sunie za nimi powoli - jak snajper z ustawionym do strzału celownikiem. Czasem, niczym anioł stróż, niezdarnie próbuje zapobiec temu, co nieuchronne - podchodzi bliżej, zagląda w twarze, by zaraz znowu się wycofać. Ekspresjonistycznie zniekształcony dźwięk wzmacnia jeszcze poczucie grozy. I wreszcie zaburzające linearność narracji niepokojące wstawki - w dźwięku i w obrazie - nie pozostawiają cienia wątpliwości co do makabrycznego finału.

Kim są Alex i Eric? W filmie Van Santa nie dostaniemy wyczerpującej odpowiedzi. Reżysera nie interesuje socjologiczne tło ani psychologiczne motywacje. Informacje na temat ich środowiska są zdawkowe. Ot, zwyczajni nastolatkowie lubiący gry komputerowe i buszowanie w internecie, ale też umiejący z uczuciem zagrać na pianinie “Sonatę księżycową" Beethovena. Rodzice? Pojawiają się w tle, ale nie widzimy nawet ich twarzy.

Z czasem odkrywamy nieco więcej - chłopców łączy ocierająca się o homoseksualizm przyjaźń i fascynacja militariami. Ale to nie tłumaczy, dlaczego z tak absurdalną precyzją przygotują całą logistykę zbrodni, przypominając sobie na odchodnym, że “najważniejsze to dobrze się bawić". Zupełnie jak Mickey i Mallory z “Urodzonych morderców" Stone’a - powtórzy się nawet ta sama upiorna wyliczanka, kiedy Alex i Eric będą trzymać na muszce swoje ostatnie ofiary. Van Sant jednak traktuje swoich antybohaterów odpowiedzialnie. Nie mitologizuje ich stylu życia, nie czyni z nich ikon popkulutury. Pokazuje nagą przemoc, bezinteresowne zło, pospolitych wyrostków, w których nie ma nic fascynującego. Ktoś taki nie może stać się medialną gwiazdą.

Skojarzenia z “Mechaniczną pomarańczą" Kubricka (jej bohater również nazywał się Alex i również fascynował się Beethovenem) mogą być tylko powierzchowne. Kubrick, co zresztą przez lata mu zarzucano, w sofistyczny sposób rozgrzeszał Alexa, czyniąc go w finale ofiarą zinstytucjonalizowanej przemocy. U Van Santa nie znajdziemy podobnego rozgrzeszenia, nie dostaniemy też gotowej oceny. Reżyser odmawia mordercom nawet statusu głównych bohaterów: wmieszani w szkolny tłum, nie zaznają ani za życia, ani po śmierci swoich 15 minut sławy.

Zbrodnia jest dla reżysera czymś niepojętym, zgoła monstrualnym - stąd, być może, tytuł filmu. Bezpośrednio odnosi się on do przypowieści o ślepcach, którzy spotkali słonia i nie rozpoznali w nim monstrualnego stwora, biorąc jego ogon za sznurek, ucho za wachlarz, a kieł za włócznię. Film Van Santa pozostawia nas z tym stworem sam na sam, nie przynosząc żadnej racjonalizacji ani pocieszenia. Urywa się, zanim padnie ostatni strzał, i nie pozwala łatwo wrócić do równowagi. I chwała mu za to.

Filmy takie jak “Słoń": zimne, sprawozdawcze, stroniące od komentarza, przywracają ciężar temu wszystkiemu, co kultura masowa przetrawiła, zbanalizowała i w końcu ośmieszyła. Zła i przemocy nie potrafimy tu ogarnąć ani wytłumaczyć - ale cały czas czujemy jego konkretną, jak najbardziej realną obecność.

“SŁOŃ" (“Elephant"). Scen., reż. i mont.: Gus Van Sant, zdj.: Harris Savides, wyst.: Alex Frost, Eric Deulen, John Robinson, Elias McConnell, Jordan Taylor, Carrie Finklea i inni. Prod.: USA 2003. Dystryb.: SPInka. Premiera: 7 maja.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 20/2004