Reklama

Z archiwum „gdańskiej alternatywy”

Z archiwum „gdańskiej alternatywy”

26.03.2008
Czyta się kilka minut
Jeżeli ta książka czegoś dowodzi, to na pewno tego, że istnieją twórcy, którzy nigdy nie dorosną. 43-letni Stamm napisał powieść utrzymaną w stylistyce swoich młodzieńczych wystąpień. Najgorsze, że wcale nie chce nas gorszyć, on chce nas bawić. I to jest prawdziwy dramat!
W

Wojciech Stamm, Czarna Matka

Powieść Wojciecha Stamma "Czarna Matka" to wydawnicza ciekawostka i nic poza tym. Jej obecność w serii "Archipelagi" Wydawnictwa W.A.B. może odrobinę dziwić. Na pewno nie zdecydowała o tym ranga artystyczna utworu. Skąd się tedy wziął? Wiele wskazuje na to, że z legendy środowiskowej i poniekąd pokoleniowej, legendy, co tu kryć, mocno naciąganej.

Są osoby w pewnym wieku, którym nie trzeba tłumaczyć, czym była gdańska formacja TotArt, grupa poetycka Zlali Mi Się Do Środka lub kim był - dajmy na to - Zbigniew Sajnóg. Ale już dzisiejszym studentom kierunków humanistycznych wyjaśniać trzeba, i to sporo. Wiedza o "dokonaniach artystycznych" związanego z TotArtem i "bruLionem" Lopeza Mausere (pseudonim Wojciecha Stamma) wydaje się bardziej niż ekskluzywna. W literacką doniosłość zbiorku żartobliwych wierszyków "AIDS albo szwedzki obóz koncentracyjny" (na dobrą sprawę jedyna zwarta publikacja Stamma do czasu opublikowania powieści) wierzył wyłącznie Robert Tekieli. Z urzędu, jako naczelny "bruLionu". Aktywność Lopeza i jego kolegów miała charakter efemeryczny, była serią młodzieńczych wygłupów raczej niskich lotów. Nikt z kręgu "gdańskiej alternatywy" nie wszedł na ścieżkę kariery literackiej, nieliczni odnaleźli się po latach w show-biznesie (Tymon Tymański, Paweł Konnak).

Czy zatem osoby i zdarzenia funkcjonujące ongiś na marginesie zjawiska, które nazywamy pokoleniem "bruLionu", posiadają dziś zdolność elektryzowania publiczności czytającej? Wątpię. Innego zdania był wydawca "Czarnej Matki". Postanowił opublikować rzecz literacko kiepską z uwagi na osobę autora i być może pamięć o pewnej epoce. Bardzo odległej epoce, kiedy to tzw. brzydkie wyrazy wplecione w wierszyki-grepsy lub humorystyczne ogrywanie polsko-niemieckich zadr (specjalizował się w tym Lopez) miało wymiar bez mała wywrotowy. Ech, stare dzieje...

Jeżeli "Czarna Matka" czegoś dowodzi, to na pewno tego, że istnieją twórcy, którzy nigdy nie dorosną. 43-letni Stamm napisał powieść utrzymaną w stylistyce swoich młodzieńczych wystąpień. Nie dziwi więc wcale, że w ekspozycji utworu czytamy o "pokazywaniu ptaszka" kosmicie pedofilowi, a w  finale mamy brawurową scenę okaleczenia tegoż "ptaszka" przez bankomat. Motywami przewodnimi tej powieści są - jakże inaczej - praktyki onanistyczne oraz rozpaczliwe poszukiwanie partnerek seksualnych, jedno i drugie ujęte w poetyce klozetowych napisów. Najgorsze zaś jest to, iż Stamm wcale nie chce nas gorszyć, on chce nas bawić. I to jest prawdziwy dramat!

Debiutancka powieść Stamma to coś w rodzaju quasi-autobiografii. Z narratorem-bohaterem (Włodek Wolek) autor podzielił się własnym życiorysem, ale w sposób szczególny. Ukształtował bowiem sobowtóra i zarazem powołał do życia figurę literacką, która wydaje się całkowicie autonomiczna. Dzięki temu zabiegowi rzecz Stamma można czytać poza kluczem personalnym i kodem pokoleniowym, bez świadomości, do jakich osób lub zdarzeń nawiązuje autor. To, że np. Synagoga jest wspomnianym Sajnogiem, można zignorować; nawiasem mówiąc, jakim cudem miałby rozpoznać tę aluzję czytelnik, któremu nazwisko gdańskiego guru nic nie mówi? Ale wtedy zniknie ostatni powód, dla którego warto się nad tą książką pochylić. Bez perspektywy - by tak rzec - osobliwego świadectwa, czytana poza aspektem "kronikarskim" powieść jest wręcz nieznośna. Drażni pretensjonalnością, irytuje wysilonym i prymitywnym, sztubacko-koszarowym dowcipem, męczy koślawym warsztatem.

Spróbuję choć przez chwilę, niejako wbrew literze "Czarnej Matki", potraktować prozatorskie wystąpienie Stamma poważnie. Niech będzie, że utwór ten przynosi barwną opowieść o latach 80. i 90. ubiegłego wieku, o dążeniach i postawach, wyobrażeniach i emocjach pewnej generacji, do której zresztą sam należę. "Czarna Matka" czytana w tych kontekstach - społeczno-kulturowym, formacyjnym, pokoleniowym - jest przede wszystkim powieścią bardzo spóźnioną. Właściwie wszystkie obrazowe i pojęciowe "wynalazki" Stamma zostały już literacko zagospodarowane, stały się kliszami, zastygły jako schematy. Bodaj nie ma - by dać jakiś przykład - niczego bardziej oczywistego i zgranego, jak opisywanie atmosfery stanu wojennego poprzez analogię do okupacji hitlerowskiej. Klasyka klasyki.

To, że inni pisarze ubiegli spóźnionego debiutanta, nie jest specjalnie istotne. Ważniejsze, że węzłowe doświadczenia, które stały się udziałem Polaków urodzonych w latach 60. XX wieku (pewnej części tej zbiorowości, rzecz jasna), zostały wcześniej opisane z nieporównanie większym talentem i rozmachem. Na przykład doświadczenie masowej emigracji zarobkowej z końca lat 80. lub perypetie młodych ludzi, którzy próbowali osiąść w Niemczech, powołując się na rzekome niemieckie pochodzenie. Ten ostatni fenomen jest dość szeroko opisany w "Czarnej Matce"; niestety o kilka klas słabiej, niż to ongiś uczynił Janusz Rudnicki, a całkiem niedawno Brygida Helbig.

Tak więc powieść Stamma czytana socjologicznie czy "historycznie" sprawia wrażenie, jakby była wiązką przeróżnych cytatów i nawiązań, opowiadaniem już opowiedzianego. Owszem - "Czarna Matka" ma pewną wartość "dokumentarną", lecz jest to walor, delikatnie mówiąc, umiarkowany. Jako rówieśnik autora nie chcę też wyjść na niewdzięcznika - kilka razy się wzruszyłem, rozpoznając ikony pokoleniowego kultu czy młodzieżowe rytuały ze słodkich lat 80.

Możliwy jest nieco inny scenariusz lektury, nastawiony na to, co indywidualne, na odczytanie pojedynczego losu. Byłaby to wtedy historia zrazu młodzieńca, a potem mężczyzny, który jest wyjątkowo odporny na każdy rodzaj socjalizacji, który robi wszystko, żeby do końca życia nie tylko pozostać chłopcem w krótkich spodenkach, ale i ekscentrykiem, ni to niepokornym artystą, ni to niebieskim ptakiem. Ale czy w ten sposób sprofilowana lekturowo opowieść Stamma jest zajmująca? Pewnie tak, tyle że znam tuzin ciekawszych.

Być może dałem się nabrać, być może w powieści Stamma nie ma żadnego serio. Może rzeczywiście jest to jedna wielka zgrywa naznaczona absurdem. Tak jak absurdalny jest tytułowy motyw Czarnej Matki, afrykańskiej prarodzicielki, "od której pochodzą wszyscy ludzie" (emblemat wpleciony w niedorzeczną historyjkę zatytułowaną "Piko siedzi na Moabicie"). Stamm pisze, co mu ślina na język przyniesie, a ja, ku swemu utrapieniu, zastanawiam się, co chciał mi powiedzieć. Wolno założyć, że nic takiego, że ta cała niezgrabna i niedowcipna gadanina powstała tylko po to, żeby była. No więc jest - ciekawostka.

Wojciech Stamm, Czarna Matka, Warszawa 2008, Wydawnictwo W.A.B.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]