Wszyscy byli odwróceni

W historii zabrzańskiego ośrodka dla dzieci przeraża nie tylko przemoc, ale również liczba odwróconych plecami świadków wydarzeń. O tym, jak to było możliwe, rozmawialiśmy z przedstawicielką zgromadzenia boromeuszek.

04.05.2015

Czyta się kilka minut

 / il. Marcin Bondarowicz
/ il. Marcin Bondarowicz

To nie będzie tylko opowieść o siostrach zakonnych, które z przymusu, przemocy i upokarzania powierzonych im do opieki dzieci uczyniły codzienną praktykę.

Niewiele będzie o siostrze Bernadetcie, która – jak mówią jej wychowankowie – nigdy nie biła przy wszystkich, a raczej w pokoju, sam na sam. Podobnie jak o siostrze Patrycji, która wedle tak wielu relacji stosowała kary najbardziej poniżające. I o siostrze Monice – ta miała uderzać najmocniej i bez powodu, zwłaszcza najmłodszych oraz dziewczynki, na których „trenowała boks” i którym wyrywała włosy.

Czy Bóg wybaczy

Odnotujmy – dla znajomości kontekstu – podstawowe fakty. W 2006 r. ruszyło prowadzone przez gliwicką prokuraturę postępowanie w zupełnie innej sprawie – zaginięcia ośmioletniego Mateusza z Rybnika. Podejrzanym o zabójstwo chłopca, którego ciała nie odnaleziono do dzisiaj, okazał się Tomasz Z., były wychowanek prowadzonego przez siostry boromeuszki Specjalnego Ośrodka Wychowawczego w Zabrzu. Pokłosiem jego zeznań było dochodzenie w sprawie przemocy i gwałtów dokonywanych pod dachem zabrzańskiej placówki.

W 2010 r. sąd w Zabrzu uznał siostrę Bernadettę (cywilnie Agnieszkę F., byłą kierowniczkę ośrodka) i siostrę Franciszkę (jedną z wychowawczyń) za winne fizycznej oraz psychicznej przemocy, a także pomocnictwa w aktach pedofilskich (gwałty w placówce odbywały się za wiedzą, a nawet aprobatą sióstr, które traktowały je jako sposób wymierzania kar – przez jednych wychowanków innym).

Siostra Franciszka otrzymała wyrok ośmiu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu, Bernadetta – po zaostrzeniu orzeczenia przez sąd w Gliwicach w 2011 r. – wyrok bezwzględnego pozbawienia wolności na dwa lata. Trzy lata później – po okresie odraczania wykonania kary – była kierowniczka specjalnego ośrodka trafiła do więzienia, w którym przebywa do dzisiaj.

Mimo że już wcześniej media opisywały sprawę, głównie w kontekście toczącego się procesu, dopiero w kwietniu 2014 r. usłyszała o niej cała Polska – a to za sprawą reportażu Justyny Kopińskiej opublikowanego w „Dużym Formacie” (dodatku do „GW”). W kwietniu tego roku ukazała się z kolei książka będąca rozszerzeniem tekstu – wydana nakładem Świata Książki „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”.

Historia dzieje się dzisiaj

Po co w ogóle pisać dziś o boromeuszkach? Skąd kolejny pomysł na przedstawienie jakiegoś ponurego wycinka kościelnej rzeczywistości, gdy przy zakonach i parafiach dzieje się również wiele dobrego, także w dziedzinie opieki nad potrzebującymi? I dlaczego ta akurat historia, zakończona – jak wolno wierzyć – dobre osiem lat temu?

Po pierwsze, zakończona tylko pozornie: dzisiaj, kiedy ośrodek boromeuszek ma już nowoczesną infrastrukturę, pokoje trzyosobowe zamiast wielkich sal dla dzieci, wymieniony cały personel – dawne cierpienie multiplikuje się i roznosi. Krzywdzący i krzywdzeni podopieczni placówki z lat 70., 80. i 90. są teraz dorośli. Niosą na plecach bagaż doświadczeń, który przytłacza i nie pozwala normalnie żyć (Kopińska pisze w książce o problemach w relacjach, a nawet o próbach samobójczych byłych wychowanków boromeuszek).

Po drugie, to właśnie teraz otrzymaliśmy pierwszą, całościową próbę rozrachunku z historią zabrzańskiego ośrodka – opowieść, która musi zrobić wrażenie nawet na tych, którzy wcześniej znali ją z mediów. Mamy też pierwszy – i prawdopodobnie nie ostatni – pozew skierowany przeciw zakonowi boromeuszek: jedna z ofiar żąda od zgromadzenia zadośćuczynienia w wysokości miliona złotych i dożywotniej renty za doznane krzywdy.

Jest też i inny powód: choć od rozpoczęcia procesu przeciw zakonnicom minęło osiem lat, od wyroku na siostrę Bernadettę i Franciszkę – pięć, siostry w zasadzie nie odpowiedziały na pytanie, jak to możliwe, że w ich placówce dzieci były bite, poniżane, molestowane i gwałcone. Otrzymaliśmy, owszem, krótkie oświadczenie obecnej (od 2013 r.) przełożonej zakonu, siostry Claret Król [patrz oświadczenie na końcu tekstu], a także słowa skruchy samej siostry Bernadetty [ramka], ale oba głosy były ogólne i pojawiły się – co musi wpłynąć na ich ocenę – wiele lat po rozpoczęciu dochodzenia, w dodatku w czasie największej medialnej burzy wokół sprawy. Żaden z nich nie przybliżył nas do zrozumienia, dlaczego w zabrzańskim ośrodku działo się to, co się działo; żaden nie dawał pewności, że dramatyczna historia z sierocińca została przez zaangażowane w nią siostry przepracowana.

Wreszcie powód ostatni: sprawa placówki z Zabrza może być ostrzeżeniem i otrzeźwieniem dla innych. Chodzi nie tylko o to, że wśród zakonnic mających służyć słabszym znalazły się jednostki, które – jak siostra Bernadetta – z przemocy uczyniły normę. Chodzi również o to, że za normalną tę sytuację uznało ich otoczenie: siostry zakonne, urzędnicy, policjanci, nauczyciele – ludzie, którzy konsekwentnie lekceważyli kolejne sygnały o dziejącym się w ośrodku dramacie.

Prestiżowa placówka

– Dlaczego do tego doszło? – o to chcemy zapytać boromeuszki z Zabrza. Najlepiej siostrę Franciszkę, Bernadettę albo Patrycję.

„Siostry sporo już przeszły”, „mają swój wiek” – tłumaczy ich dotychczasowe milczenie siostra Marta (imię zmienione), boromeuszka, która zgodziła się z nami porozmawiać. Zakonnica w średnim wieku, energiczna, dobrze do naszego spotkania przygotowana – w zabrzańskim sierocińcu pracowała przez kilka lat. Siostrę Bernadettę poznała jeszcze jako szeregową wychowawczynię – w czasach, gdy placówką kierowała siostra Scholastyka, poprzedniczka skazanej.
Zanim przejdziemy do rozmowy, zakonnica chce uzgodnić kwestię autoryzacji (później wycofa się z wypowiedzi pod nazwiskiem). Mediom już nie ufa. Prokuraturze, policji, kuratorom zresztą też nie.

– Siostra Franciszka jest mocno przytulona do Jezusa. Chce być jak On, a On też się nie bronił – zaczyna opowieść s. Marta. Drugą ze skazanych poznała w kandydaturze. Razem zajmowały się też grupą chłopców podczas jednego z pobytów s. Marty w Zabrzu.

– Jezus był niewinny – zauważamy.

– Był doskonały. A my, pomimo próby bycia blisko Niego, mamy swoje grzechy i słabości – przyznaje s. Marta.

Co wydarzyło się w Zabrzu?

– Nie wiem, czy po ośmiu latach wałkowania i wciskania ludziom do głowy, że „u boromeuszek było piekło”, moja opowieść jest w stanie cokolwiek zmienić – mówi s. Marta. Po chwili jednak próbuje.

Na tę historię – jej zdaniem – składa się kilka wątków. Dlatego zanim zacznie odnosić się do istoty sprawy, usłyszymy z jej ust opowieść o kontekstach, które – z punktu widzenia boromeuszek – muszą być wzięte pod uwagę.

Pierwszy z wątków: wychowankowie. W latach 70., 80. czy 90. – inaczej niż w czasach powojennych, kiedy w ośrodku było wiele sierot biologicznych – trafiały tu sieroty społeczne, dzieci z tzw. rodzin patologicznych. – Trudne, często upośledzone. Takie, którymi nikt nie chciał się zajmować, a państwo najwyraźniej uznało, że z tych dzieci nie będzie miało żadnego pożytku – mówi zakonnica.

Drugi: czasy. – Kiedyś dzieci wychowywano inaczej. Np. poprzez pracę, co dziś nazywane jest kieratem albo niewolnictwem. Inaczej też podchodzono do przemocy, np. kary fizyczne, uderzenie linijką, były powszechnie stosowane, choćby w szkołach – słyszymy od siostry Marty.

Trzeci: przygotowanie pedagogiczne personelu. – Siostry nie miały, tak jak dzisiaj, możliwości kończenia szkół państwowych, uniemożliwiał im to system. Miały za to wielkie serce – mówi zakonnica. – Do Zabrza, które było dla zakonu placówką prestiżową, wysyłano te najgorliwsze, najambitniejsze. Skierowanie tam było nobilitacją, nie wybierano byle kogo.

Wreszcie wątek czwarty: ciężka praca. – Ja się w tym domu nauczyłam kochać – mówi nam s. Marta drżącym głosem i ze łzami w oczach, bodaj jedyny raz tracąc panowanie nad emocjami. – Myśmy tam pracowały 24 godziny na dobę. Nie miałyśmy nic swojego. Siostry oddawały życie dla dzieci.

Żeby nie biły warzechą

– Jak to możliwe, że przez tyle lat dochodziło do przemocy? – pytamy boromeuszkę. W odpowiedzi znowu słyszymy opowieść o wychowankach, którzy trafili do ośrodka – to w swoich domach dzieci miały być bite i molestowane przez ojców. To tam miały przyglądać się, jak „ich matki zarabiają ciałem”. Także tam miały być zaniedbywane, głodzone i pozbawiane miłości. A w konsekwencji, przyzwyczajone do przemocy i obeznane w jej zasadach, miały być jej prawdziwymi sprawcami w ośrodku.

Słyszymy historię o osobach z zewnątrz: o pracownikach pomocy społecznej, kuratorach i przedstawicielach władz miasta, do których – jak twierdzi zakonnica – boromeuszki niejednokrotnie (już po roku 2006) zwracały się z prośbą o radę, jakich standardów i wytycznych powinny przestrzegać w ośrodku. Wedle naszej rozmówczyni – bez skutku.
Także opowieść o mediach, dzięki którym obraz „sióstr-potworzyc”, i placówki – „szkoły zboczeńców i siedliska zwyrodnialców” – poznali wszyscy.

– Na razie słyszymy od siostry tylko rachunek cudzego sumienia. Czy widzi siostra jakąkolwiek winę w postępowaniu samych wychowawczyń? – pytamy.

– Nie raz i nie dwa dawałyśmy się ponieść emocjom – mówi siostra Marta. – Tak, puszczały siostrom nerwy, bo nie zawsze dało się inaczej. Czasem trzeba było krzyknąć, przy- trzymać za kark, żeby się nie podziało nic gorszego. Pamiętam klapsy, które sama stosowałam, i za które jest mi wstyd. Gdybym spotkała dzisiaj któregoś z wychowanków uderzonych kiedyś przeze mnie, chętnie bym z nim o tym porozmawiała. Ale nigdy nie byłam świadkiem niczego, co by można nazwać znęcaniem się. Nie wiem, czy coś podobnego odbywało się, gdy mnie w ośrodku nie było.

– Jeśli była przemoc, to tylko wtedy, gdy próbowałyśmy powstrzymać dzieci przed agresją – słyszymy. A także: że siniaki pojawiały się niejednokrotnie po powrotach wychowanków z domów rodzinnych; że jeśli zakonnice (o czym nasza rozmówczyni słyszała z opowieści) zamknęły w jednym pokoju chłopaka ze starszymi wychowankami (którzy, jak się później okazało, w nocy go gwałcili), to tylko dlatego, by on sam nie molestował jeszcze młodszych dzieci; że jeśli ktoś musiał – w ramach kary – suszyć przez wiele godzin uprane prześcieradło, machając nim do omdlenia rąk, to dlatego, że od suszenia wielokrotnie się wykręcał...

Jak ta opowieść – siłą rzeczy fragmentary- czna, bo pochodząca od jednej siostry, która pracowała w Zabrzu przez kilka lat – ma się do obrazu wyłaniającego się z procesowych akt i książki Justyny Kopińskiej? W ich świetle odpowiedź na pytanie, czy „u boromeuszek było piekło”, czy też zostało ono stworzone przez media, wydaje się oczywista.
W pamięci zostają opisy katowania (trudno inaczej nazwać bicie dziecka bez opamiętania, różnymi przedmiotami, które kończy się dla niego licznymi obrażeniami), codziennych gwałtów, których dopuszczali się starsi wychowankowie na młodszych. Albo relacje dotyczące obowiązujących nakazów (m.in. zachowywania absolutnej ciszy podczas posiłków; zjadania wszystkiego z talerza – także tego, co się zwymiotowało) i zakazów (np. kontaktowania się dzieci między grupami, nawet jeśli w ten sposób rozdzielano rodzeństwo).

Również surowy porządek tygodnia (chodzenie w tych samych ubraniach i bieliźnie przez cały tydzień; kąpiel raz w tygodniu w wannie, do której wychowankowie wchodzili jeden po drugim; wycieranie się wspólnym ręcznikiem; niedostępność zabawek).

Przesłuchiwane dzieci, zapytane o to, co chciałyby zmienić w ośrodku, w jednym szeregu wymieniały: „żeby były wyjścia z ośrodka, np. do koleżanek, na spotkania ze znajomymi, na urodziny; aby można było oglądać filmy, które mogą wybierać wychowankowie; aby można było iść spać później niż o 20.00; aby można było organizować w ośrodku różne imprezy; aby siostry nie biły warzechą, wieszakiem, zmiotką, przyrządem do mycia podłogi (mopem) i innymi podręcznymi przyrządami” (cytaty z akt sprawy).

Uzwyczajnione zło

„W tej placówce zło się uzwyczajniło. Było jak powietrze, którym wszyscy oddychają i nikt już nie zwraca na nie uwagi” – mówi w książce „Czy Bóg wybaczy...” Paweł Moczydłowski, socjolog, były szef polskiego więziennictwa. Dlaczego zło stało się pod dachem zabrzańskiego ośrodka jak powietrze?

Na to pytanie można by pewnie odpowiadać na różne sposoby. Bo niektóre przynajmniej siostry uwierzyły, że „patologia” – i w aktach sprawy, i w książce Kopińskiej, i w naszej rozmowie z zakonnicą to słowo pada w kontekście wychowanków nader często – to stan niezbywalny, a jeśli dający się wykorzenić, to tylko żelazną dyscypliną i karami.

Bo w szeregach boromeuszek panowały – choć z pewnością nie zawsze i nie u wszystkich – całkowita wychowawcza bezradność i niewydolność, nadrabiane agresją, z czasem traktowaną jako jedyne narzędzie dla zaprowadzenia jako takiego ładu. Wreszcie: bo wychowankowie, mający za sobą bagaż tragicznych doświadczeń w rodzinach, ale też – co przerażające – niektóre wychowawczynie nie znały dla logiki kar, wyzwisk, przemocy żadnego punktu odniesienia. Nie znali (nie znały) po prostu innego świata.

Tylko tym można tłumaczyć, dlaczego niektórym obciążającym zakonnice zeznaniom wychowanków towarzyszą oznaki wyrzutów sumienia, że swoimi wypowiedziami wychowawczynie „pogrążą”. I tylko tym daje się wyjaśnić niezdolność niektórych sióstr do oceny skali deprawacji, do jakiej dochodziło w Zabrzu.

Ale „uzwyczajnieniem zła” nie można wyjaśnić wszystkiego. Nietrudno przecież w tej historii znaleźć i inne momenty: kiedy na obserwatorach zło, albo przynajmniej przejawy nieczułości robiły wrażenie, a nawet skłaniały do jakiejś reakcji.
W naszej rozmowie z siostrą Martą był też taki moment. Zakonnica, mówiąc o siostrach Bernadetcie i Franciszce, które – według niej – zostały zbyt surowo osądzone, wspomniała o poprzedniej kierowniczce ośrodka, siostrze Scholastyce. Ważąc słowa, co chwila je łagodząc, a jednak oddając ważną prawdę o klimacie ośrodka: – Była surowa, wymagająca, dzieliło nas kilka pokoleń. Wydawała nam się oschła, czasami wymagająca nie wiadomo czego. Z pewnością były dzieci, których nie lubiła. Jeśli my okazałyśmy temu dziecku serce, to nam to wypominała. Trochę to nawet wyśmiewała, a nas to zniechęcało. Ale nawet wtedy nie pamiętam żadnych drastycznych sytuacji.

Kiedy zatrzymaliśmy się na tej wypowiedzi zakonnicy – zauważając, że kierowniczka ośrodka dla najbardziej wymagających opieki i ciepła dzieci uważała za niestosowne okazywanie tego ciepła – siostra Marta dodała: – Rzeczywiście, była to dodatkowa trudność w pracy, ale zdawało się nam, że wynika to z różnicy pokoleń. I że ta surowość pomaga utrzymać ośrodek w odpowiedniej karności.

Dlaczego przez lata żadna z sióstr nie reagowała? Dlaczego wszystkie uznały, że „odpowiednia karność” to nadrzędna wartość w pracy z dziećmi? I dlaczego nie reagował nikt spoza ośrodka – wszak przykłady znieczulicy przedstawicieli kolej- nych, świeckich instancji mających kontakt z placówką można by mnożyć. Można wspomnieć np. o jedynej świeckiej opiekunce ośrodka, która – widząc niepokojące sygnały – ograniczyła się do rozmów z samymi siostrami, bo „donoszenie na osoby duchowne to śmiertelny grzech”. Dodać do tego nauczycieli, którzy widzieli u dzieci z zabrzańskiego ośrodka ślady po razach, ale ich jedyną reakcją była – znowu! – interwencja u zakonnic. Oraz lekarza, który zetknął się z próbą samobójczą wychowanka, ale przekonany przez siostry („proszę mu nie wierzyć”) odstąpił od dalszych działań...

Pewnie w wielu przypadkach powodów takiego zachowania można by szukać w czymś najbardziej prozaicznym – kompletnym braku profesjonalizmu i przygotowania do pełnienia tak trudnej roli. Inne z kolei przypadki można tłumaczyć tradycyjną (zwłaszcza na Śląsku) estymą, jaką cieszył się i cieszy nadal habit („To niemożliwe, by siostra zakonna dopuszczała się czegoś takiego”), a także manipulatorską zręcznością szefowej ośrodka, która nie tylko podporządkowała sobie własne podwładne, ale potrafiła wpływać na osoby z zewnątrz.

Odwrócenie się plecami „sióstr i braci siostry Bernadetty” musiało mieć jednak także głębsze przyczyny. „Jest takie afrykańskie powiedzenie, po polsku brzmiałoby: »Aby wychować dziecko, potrzebna jest cała wioska« – mówiła w „TP”, przy innej okazji, ale pasującej do obecnego kontekstu jak ulał, terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska. – Powstają książki, prace naukowe na temat wychowywania dzieci, ale nikt chyba nigdy nie powiedział na ten temat niczego mądrzejszego. Ta »wioska« to umowny termin na określenie nas, ludzi dookoła, którzy czujemy, że to dziecko biegające w pobliżu na podwórku też w jakimś sensie do nas należy. Tyle że dzisiaj większość dzieci wychowuje się już w zupełnie inny sposób. Nawet szkoła, przedszkole, zdają się mówić: »To nie nasze dziecko«”.

„To nie moje dziecko” – tak przez lata mogli mówić sobie kolejni pośredni świadkowie zabrzańskich wydarzeń: niewtrącanie się w „cudze życie” to przecież schemat wielu dramatów z przemocą w tle, by wspomnieć tylko te najczęstsze, w których bicie dzieci przez rodziców nie natrafia przez lata na reakcje otoczenia – sąsiadów, nauczycieli, lekarzy, a nawet dalszej rodziny.

To kulturowe tło przemocy, jej swoista „prywatyzacja”, nie powinny nam w tej historii umknąć.

Odpowiedzialność zakonów

Podobnie jak nie powinien nam umknąć wspomniany już kontekst systemowy dramatu. Niebędący w żadnej mierze usprawiedliwieniem tego, czego dopuszczały się boromeuszki – będący raczej dopełnieniem fatalnego obrazu.

– Do nas przychodziły dzieci, których nie chciały nie tylko ich rodziny biologiczne, ale nawet zastępcze – mówi nam siostra Marta. – Są takie dzieci, których nie chce nikt, bo są już tak skrzywdzone, że nikt sobie z nimi nie poradzi. Co wtedy zrobić? Najlepiej podrzucić zakonnicom!

Pytamy, dlaczego przez kilkadziesiąt lat funkcjonowania ośrodka nie znalazła się wśród sióstr żadna, która wydałaby z siebie choćby krzyk rozpaczy: „Nie radzimy sobie, nie kierujcie do nas kolejnych dzieci!”.

– Z pewnością to jest nasza wina – mówi boromeuszka. Ale przekonującej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się działo i żadna z sióstr nie reagowała, od niej nie usłyszymy.

To problem szerszy: co powinni zrobić prowadzący kościelne placówki wychowawcze, by podobnych tragedii unikać?

– Powołanie do zakonu czy do kapłaństwa nie musi się koniecznie wiązać z powołaniem do wychowywania czy do nauczania – mówi nam s. Małgorzata Chmielewska, przełożona Wspólnoty „Chleb Życia”, opiekującej się ludźmi w trudnej sytuacji życiowej. – Zarówno zakony, jak i organizacje kościelne, powinny bardzo dokładnie dobierać kadrę. A jeśli nie mają własnej, zatrudniać ją z zewnątrz – dodaje. – Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie poradzić sobie z problemem przemocy rówieśniczej, która w takich miejscach jest na porządku dziennym.

Według s. Chmielewskiej ważna jest też kontrola, zwłaszcza ze strony przełożonych. – Do tak trudnej pracy musimy wybierać najlepszych. Szczególnie, gdy wychowankami są, tak jak było w Zabrzu, dzieci trudne, także niepełnosprawne – mówi zakonnica. I przyznaje: – To odpowiedzialność nie tylko kierujących samymi placówkami, lecz także przełożonych zakonów.

Skala bezkarności

„Są takie dzieci, których nie chce nikt, bo są już tak skrzywdzone, że nikt sobie z nimi nie poradzi” – nad tymi słowami warto się zatrzymać. „Trudne dzieci” z Zabrza i okolic były kierowane do boromeuszek jakby z automatu. Trudno w to uwierzyć, ale urzędnicy odsyłali je do prowadzonego przez zakonnice ośrodka nawet wtedy, gdy było już wiadomo, że pod dachem placówki źle się dzieje.

„Nie moja sprawa, czy Bóg wybaczy pani Agnieszce. Obchodzi mnie za to bardzo, czy jest szansa, abyśmy żyli w państwie, które będzie umiało realnie bronić swoich najsłabszych” – pisał rok temu, tuż po ukazaniu się reportażu Kopińskiej w „DF”, na prowadzonym przez „Krytykę Polityczną” portalu „Dziennik opinii” socjolog i filozof Adam Ostolski. W innym miejscu dodawał: „Czekam na prawodawców, którzy zrozumieją, że fundamentem systematycznej przemocy nie jest psychologia jednostki, lecz instytucjonalna bezkarność”.

Jak duża jest skala tej bezkarności, dowiedzieliśmy się dopiero na początku tego roku, kiedy minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska zleciła – za sprawą afery zabrzańskiej – wykonanie raportu na temat funkcjonowania specjalnych ośrodków wychowawczych. Czym są SOW-y, a więc placówki takie jak ta prowadzona przez boromeuszki? To ośrodki, które od lat były pod kuratelą MEN-u, gdyż ich głównym zadaniem miało być edukowanie dzieci z problemami wychowawczymi bądź dzieci niepełnosprawnych. Tyle że większość z nich z biegiem lat przekształciła się de facto w domy dziecka. Efekt? Placówki, które spełniały tak naprawdę rolę przypisaną pieczy zastępczej, były poza zajmującym się nią systemem, czyli niemal poza kontrolą.

Raport MEN wykazał, że do ośrodków kierowano nawet dwulatki, a 85 proc. wysyłanych do SOW-ów dzieci lądowało w nich na podstawie orzeczeń sądów o... umieszczeniu w pieczy zastępczej. Taką sytuację przez lata tolerowali samorządowi urzędnicy: pewnie dlatego, że gdyby dzieci trafiały do placówek znajdujących się rzeczywiście w systemie pieczy zastępczej (obejmującej m.in. rodziny zastępcze; finansowanej ze środków samorządu), byłby to dla nich dodatkowy koszt, podczas gdy pobyt dziecka w SOW-ach finansuje MEN.

– Jak to możliwe? – zapytaliśmy Joannę Luberadzką-Grucę, szefową Koalicji na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej.

– Decyzje dotyczące losu dzieci spoza rodzin biologicznych są podejmowane w Polsce powiatowej – odpowiada działaczka. – Generalnie to dobrze, bo ta Polska jest bliżej ludzi. Ale jeśli nie ma dobrej współpracy między poszczególnymi instancjami, czyli sądami rodzinnymi a organizatorami pieczy zastępczej, która znajduje się w gestii powiatu, to może się dziać bardzo źle. Nie mieści mi się w głowie, że urzędnicy w Zabrzu nie brali pod uwagę orzeczeń sądu!

Luberadzka-Gruca dodaje: – Podzielam opinię, że państwo polskie zawodzi, jeśli idzie o ochronę najsłabszych. Kiedy to państwo przyjmuje zasadę, że dziecku w rodzinie biologicznej dzieje się krzywda, jednocześnie musi podjąć decyzję o skierowaniu go do pieczy zastępczej. To ten kluczowy moment, w którym bierze pełną odpowiedzialność za los każdego konkretnego człowieka! Tymczasem historie z Zabrza, ale też tragedie wokół rodzin zastępczych, takie jak ta sprzed trzech lat w Pucku [w 2012 r. zabita została dwójka wychowujących się w rodzinie zastępczej dzieci – red.], świadczą o tym, że takiej odpowiedzialności nie ma.

Strefa eksterytorialna

Odnosząc się już tylko do dramatu z Zabrza, można więc powiedzieć: dziesiątki dzieci krzywdzonych przez lata pod dachem Specjalnego Ośrodka Wychowawczego były poza jakąkolwiek pieczą państwa. Ośrodek boromeuszek stał się instytucjonalną strefą eksterytorialną, w której wychowawcy – czasami powodowani bezradnością, innym razem okrucieństwem – mogli robić z dziećmi, co uznali za stosowne.

Czynili to przy biernej postawie przedstawicieli instytucji (poza chwalebnymi wyjątkami, których nie sposób nie wymienić: opisywanej w książce Justyny Kopińskiej zdeterminowanej prokurator Joanny Smorczewskiej, policjanta Leszka Gajosza czy nauczycielki Zofii Włodarskiej, jedynej, która skutecznie zareagowała na skargi wychowanka placówki), ale też pośrednich i bezpośrednich świadków zabrzańskiego dramatu.
Ile podobnych miejsc jeszcze zostało? ©℗

OŚWIADCZENIE SIÓSTR BOROMEUSZEK

Informujemy, że w dniu wczorajszym, tj. w środę 21 maja 2014 roku, s. Bernadetta rozpoczęła odbywanie kary pozbawienia wolności na okres dwóch lat.

Pragniemy raz jeszcze przeprosić za wszelkie zło, którym zostali dotknięci wychowankowie ośrodka w Zabrzu. Zrobimy wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, by zapobiec wszelkim przypadkom jakichkolwiek nieprawidłowości w przyszłości. Dochowamy wszelkich starań, by wszyscy nasi wychowankowie zostali otoczeni opieką o najwyższych standardach na wszystkich płaszczyznach działań, a pracujące w nich siostry otaczały w swojej posłudze wszystkich miłością pełną troski i oddania potrzebującym.

By zapobiec podobnym przypadkom w przyszłości oraz pomóc pokrzywdzonym, został powołany zespół specjalistów i ekspertów. W jego skład wchodzi m.in. terapeuta i prawnik. Deklarujemy także pełną współpracę ze służbami państwowymi w tej sprawie.

s. Claret Król, przełożona generalna

OŚWIADCZENIE SIOSTRY BERNADETTY

Ze szczerego serca przepraszam wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób czują się pokrzywdzeni przeze mnie. Proszę o wybaczenie tych, których z mojego powodu dotknęło cierpienie, ból czy poczucie zgorszenia. Przepraszam za wszystko, co w moim życiu kogokolwiek zraniło, i proszę również Boga, aby mi przebaczył.

W duchu skruchy za to, co wydarzyło się w czasie kierowania przeze mnie Specjalnym Ośrodkiem Wychowawczym w Zabrzu, podjęłam decyzję o cofnięciu zażalenia. Dziś stan mojego zdrowia nie jest najlepszy. Moje cierpienie i trudności ofiaruję za tych wszystkich, których w jakikolwiek sposób pokrzywdziłam.

W tym trudnym dla mnie okresie życia – proszę o wybaczenie i o modlitwę.

s. Bernadetta

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego (… więcej
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem – nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzykrotny laureat… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 19/2015