Zmiany w rzeczywistości da się czasami wychwycić z danych statystycznych, pomiarów i porównań. Można prześledzić, co na nie wpłynęło: datę wejścia w życie jakiegoś prawa (które, na przykład, wymogło zatrzymywanie się kierowców przed przejściem dla pieszych albo ukrywanie danych osobowych bez zgody użytkownika) lub decyzję administracyjną (jak przekierowanie transportu publicznego z tramwajów do autobusów czy budowę galerii handlowej w centrum miasteczka). Takie ruchy mają konsekwencje i realnie zmieniają życie ludzi – ale da się dotrzeć do „punktu zero”, który ten ruch, w kierunku lepszym lub gorszym, zainicjował. „Od kiedy zostaliśmy miastem powiatowym” albo „wszystko dzięki decyzji o komputeryzacji naszego urzędu”.
Są jednak i takie zmiany, które można wyczuć własnym, subiektywnym wszakże nosem. To zjawiska, które wkradają się w świat znienacka i bez zapowiedzi. Wtedy coś, co dobrze znaliśmy, przestaje być takie znajome, pojawiają się nieoczekiwane przeszkody, zagadki, coś staje się bardziej, a coś mniej. Ponieważ nie są to zmiany mierzalne od ręki (i czasem trzeba sięgnąć po obszerne analizy), łatwo je zakwestionować: „czy to tylko ja, czy naprawdę jest inaczej?”. Dlatego, by je opisać, ludzie chwytają się czasami pojęć cokolwiek mglistych, jak „nastrój” czy „atmosfera” (tym samym narażając się na to, że ich opinia może zostać łatwo podważona, bo w atmosferach to się w końcu mierzy ciśnienie). Często dotyczą one jednak jakości stopniowalnych i odnotowują różnicę. „Ostatnio wieczorami jest ciszej na ulicach”, „ludzie dzisiaj są wyjątkowo nieuprzejmi”, „nasza okolica się ożywiła”; chodzi o tego rodzaju spostrzeżenia. Albo takie, które zaryzykuję tutaj: że w świecie w ostatnich kilku latach znacząco nasilił się powszechny, agresywny, nienasycony pośpiech.
Zapewne ktoś będzie chciał mnie zapytać, na jakiej podstawie tak twierdzę. To, że niezależnie od siebie kilkoro moich rówieśników wspominało o podobnym doświadczeniu – że trudniej niż rok, dwa temu umówić się z kimś znajomym, bo wszyscy pracują dzisiaj niemożliwie dużo i stało się to w okamgnieniu. Scenariusze okołopandemiczne o powszechnym docenieniu znaczenia równowagi w życiu wtedy brzmiały nieco baśniowo, a z dzisiejszej perspektywy – po prostu jak szwindel. Nie tylko nic takiego się nie wydarzyło, ale świat popadł wręcz w nieumiarkowanie. Treści kultury żyją bardzo krótko i ekspresowo znikają z dystrybucji. Podobnie virale, memy i internetowe trendy; eksplodują fajerwerkiem, a po kilku, kilkunastu dniach – szukaj wiatru w polu. Menedżerka promocji pewnego hotelu nakręciła o nim zabawny film; dwa dni później nie tylko pół polskiego internetu go udostępniało, lecz wcielało się w panią Barbarę Przybycień. Trzeciego dnia wszyscy mieli już dość.
Tempo przemiału dotyka nie tylko memy, ale wypowiedzi i zdjęcia z potencjałem zmiany biegu historii. Ktoś w mediach społecznościowych niedawno zauważył przytomnie, że jak na zdjęcie, które miało przesądzić o wyborach w USA, kadr Evana Vucciego zrobiony zaraz po próbie zamachu na Donalda Trumpa został wyjątkowo szybko zapomniany. W samej kampanii oczywiście może zdarzyć się nadal wszystko, ale nastąpiło po drodze tyle zwrotów, że debata wokół zdjęcia sprawia wrażenie, jakby toczyła się w poprzednim stuleciu.
To jednak wirtual – a real? Mój osobisty znak czasów to coraz szybsza, cięższa i bardziej ekspansywna flota, jaką poruszają się kurierzy z jedzeniem. W tej pracy płace są niewysokie, a presja duża, więc czas to dosłownie pieniądz i niesprawiedliwie byłoby zżymać się na samych kurierów; to raczej firmy, które najwięcej na tym pośpiechu zyskują, wyposażają ich w futurystyczne jednoślady, które gnają po chodnikach, ścieżkach rowerowych i w poprzek trawników. Staje się jasne, że pieszy, a nawet rowerzysta, musi znaleźć się na przegranej pozycji, bo jest zbyt wolny.
Prawdopodobnie za każdym razem, gdy zauważę przejaw przyspieszenia, mówię – w duchu lub donośnie na głos – że to nienormalne i że tak być nie powinno. Jednocześnie sama jestem grzesznicą: nadmiernie ekscytuję się wizją dojazdu z Warszawy do Szczecina nowym połączeniem w zaledwie cztery godziny (co w pociągu znaczy tyle, co nic).
Promotorka literatury Anna Karczewska niedawno przypomniała, jak Sándor Márai pisał (dobra, nieco autoironicznie) w „Księdze biednych” o wyrzeczeniu się pomiaru czasu, bo nic na pośpiechu nie zyskał oprócz zażenowania samym sobą: „Jadłem obiad w pośpiechu, żeby kawę móc wypić w innym już miejscu – po fakcie czerwienię się ze wstydu, gdy pomyślę o tych przykrych gafach”. Przyznawałam rację raz po raz. Tymczasem paczkomat gratuluje mi, gdy zaoszczędzę jakieś 0,002 sekundy na odbiorze przesyłki. Co ja zrobię z tym darowanym czasem? Prawdopodobnie nic godnego.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















