Zobaczyłam na słupie paszkwil. Jego autor naprawdę się postarał

Scenariusz bardziej prawdopodobny i zapewne ten realny jest dla całkiem wielu ludzi zapewne po prostu banalny, nudny. Dlatego rodzi się pokusa, by wybrać nieco bardziej niebezpieczną i wywołującą dreszcz wersję...
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Jakiś człowiek wywiesił na słupie wydrukowaną na komputerze ulotkę. Zadał sobie nawet nieco trudu, żeby ją zalaminować – dzięki temu treść nie straci na czytelności po zmianie pogody. Treść zawierała informacje ostentacyjnie fałszywe i dosyć paskudne, można nawet zaryzykować, że spełniające kryteria ściganego przez prawo pomówienia. Ulotka ta z pewnością nie należała do kategorii twórczości właściwej ludziom, którzy czasem rozlepiają lub wypisują na murach manifesty motywowani chorobą. Możliwe, że każdy z nas spotkał się kiedyś z takim człowiekiem i wie, że prześladujące kogoś treści mają swoją własną, rozpoznawalną strukturę i logikę. Takimi działaniami się tutaj nie zajmujemy. Tę ulotkę przykleił ktoś, kto raczej na nic nie choruje, lecz po prostu natrafił, zapewne w internecie, na treści tyleż nieprawdziwe, co ekscytujące, jak to czasami bywa z pomówieniami i zniesławieniami, i w nie uwierzył, choć dlaczego – tego się nie dowiemy.

Na mało wiarygodne treści każdy z nas natrafia przez cały czas i zapewne nieraz bierze je za dobrą monetę. Jednak to, że komuś chciało się tracić czas i pieniądze na zalaminowanie pogłoski (albo raczej paszkwilu), mocniej działa na wyobraźnię. Mam czasem podejrzenie, że ludzie, przynajmniej niektórzy, są w stanie poświęcić wiele, żeby udowodnić, że mieli od początku rację albo tzw. nosa, żeby móc triumfalnie wypalić: „a nie mówiłem?”. Taki ktoś kieruje się poszukiwaniem specyficznej ekscytacji płynącej z rozwiązania zagadki, z wpadnięcia na trop tajemnicy, z dysponowania wiedzą, która innym nie jest dostępna, a na którą świat uporczywie pozostaje obojętny. Czasem obojętność ta bywa zasadna – wtedy, gdy tajemnicy nie ma, gdy ludzi i wydarzeń nie łączą żadne nitki, a świat jest rozczarowująco banalny i nudny. Wyobrażam sobie, bez żadnej ironii czy śmieszkowania, że dla niejednego taki stan rzeczy musi być nie do zniesienia.

Umieszczenie w przestrzeni publicznej ulotki to w takiej optyce już niebanalny akt i pewnie nieprzypadkowo ktoś decyduje się właśnie na takie medium. W końcu w reżimach, w których ludzie są naprawdę prześladowani za wolność myśli i wypowiedzi, taki z pozoru błahy czyn bywa prawdziwym bohaterstwem. Próbuję iść śladem mojego wyobrażonego ulotkarza ze współczesnej Polski – w której może nie wszystko mówić wypada, ale można na pewno dużo, a z pewnością się za takie rzeczy nie ginie – i przypuszczam, że chciałby być on głównym bohaterem swojego własnego filmu, rozgrywającego się pod jakimś butem. Intryga polega tu na konieczności podzielenia się wyzwalającą wiedzą, której szerokie masy nie mają lub odmawiają przyjęcia do wiadomości – i próbie otwarcia im oczu, niczym w „Wojnie światów” Szulkina (gdzie, swoją drogą, próba taka spełzła na niczym, bo ludzie nie byli zainteresowani). Chciałby być kimś, kto obnaży zło i uratuje porządek.

Specjalnie nie piszę, czego dotyczyła ulotka – była to w oczywisty sposób nieprawda, lecz nie chcę i nie zamierzam wciągać się w polemiki, nie będę również publikować wyrazów oburzenia w mediach społecznościowych; poza tym, być może podobnie jak jej dystrybutor, jestem zwolenniczką wolności słowa (również głupiego), choć zapewne inaczej to pojęcie rozumiemy. Interesuje mnie raczej coś innego: fakt, że scenariusz bardziej prawdopodobny i zapewne ten realny jest dla całkiem wielu ludzi zapewne po prostu banalny, nudny. Dlatego rodzi się pokusa, by wybrać nieco bardziej niebezpieczną i wywołującą dreszcz wersję tego, co w terminologii mediów społecznościowych nazywa się ostatnio, w dość niezgrabny sposób, „romantyzowaniem swojego życia”.

Ulotkarz wiedziony potrzebą donioślejszych przeżyć decyduje, że porywająca nieprawda, w której rzeczy i zdarzenia muszą mieć swoje tajne podszewki, jest lepszym sposobem na życie niż trzymanie się jakiejś nudziarskiej sprawdzalności. Coś traci – np. względny spokój ducha (który łatwiej osiągnąć, gdy przyjmiemy, że zagadki miewają zwykle rozczarowujące rozwiązania), ale też coś zyskuje – np. wciągające poczucie misji, nawet kosztem cudzego dobrego imienia (w tym wypadku bohatera ulotki). Uznaje to za nieprzystawalność umysłów, z której istnieniem trzeba się liczyć. Choć niewykluczone, że w jakimś kafkowskim twiście to zupełnie nieznajoma mu osoba z gazety, jak ja, mogłaby zostać mimo woli obsadzona w jego opowieści.

Sekrety nie są, jak widać, aż tak sekretne. // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Pewna ulotka