Orbánie, wróć! O ile prościej było na ciebie wszystko zwalić. Groziłeś wetem, jeśli ci za mało podsypano, i nikt nie musiał się tłumaczyć z przykrych decyzji lub jeszcze bardziej przykrego ich zaniechania. Byłeś jako jedno z tych żyjątek obsługujących najmniej eleganckie odcinki wielkiego cyklu obiegu materii i energii, po to, żeby pospinać łańcuchy pokarmowe ekosystemu, i aby najwyższy w hierarchii kierownik bajora mógł najeść się do syta i w chwale.
A może ja to wszystko niepotrzebnie opowiadam, bo nie jecie paluszków rybnych i w ogóle was to nie dotyczy. Poetycko dosadna to nazwa, w punkt, albowiem ryba nie ma kończyn, więc od razu, na samo brzmienie słów włącza się alert, że to coś sztucznego. Żeby móc w świetle unijnego prawa cieszyć się rybim przydomkiem, paluszek musi zawierać co najmniej (tylko?!) 65 procent mięsa z ryby.
Reszta to wypełniacze i panierka, zoptymalizowana pod kątem chrupkości, która wytrzyma mrożenie, a następnie szok termiczny na patelni lub w mikrofali. Chrupka i pachnąca zrumienioną bułeczką. Reakcja Maillarda działa bez pudła i nadaje mdłemu kawałkowi fileta z mintaja (podobnie jak strzępowi kurzej piersi w tzw. nuggetsach) taki rodzaj apetyczności, która zadziała na najbardziej apatyczne niejadki.
Statystyki nie kłamią: paluszkowy biznes jest kolosalny. Strategiczny wręcz, bo przecież gdyby tak nie było, to nie płacilibyśmy prawie miliarda euro rocznie Putinowi za dostawy mintaja i dorsza. W 2022 r. sprawiedliwe narody Europy ogarnęła sankcyjna furia i zablokowały import kawioru i niektórych skorupiaków. Ale zwyczajnej, codziennej rybki nikt się nie zamierzał wyrzekać.
W przeciwieństwie do wielu innych produktów, ryby i ich 65-procentowe przetwory w sklepie są oznaczone tylko kodem akwenu, a nie krajem, który zarobił na jej złowieniu. Ale nie jest to jakaś skomplikowana kabała, żeby zapamiętać, że napisy „FAO 61” (w praktyce Morze Ochockie) albo „FAO 27.1” (Morze Barentsa) oznaczają mniej więcej tyle co: „wujek Wowa życzy smacznego i dziękuje za wpłatę na rakiety”.
Kraje bałtyckie od paru lat naciskały w Brukseli, żeby jednak i te pieniądze Moskwie odciąć, ale, jak się wyraził nasz wiceminister rolnictwa podczas posiedzenia jednej z komisji sejmowych (pamiętacie, że mam takie perwersyjne hobby: czytam stenogramy i protokoły głosowań, bywa tam zakopane złoto), inne kraje były wstrzemięźliwe. Aż w końcu Łotysze wraz z resztą nordyckiej czeredy jednak dopięli swego: Komisja w czerwcu tego roku wpisała stopniowy zakaz sprowadzania ochockiej ryby do najnowszej listy sankcji.
Minął miesiąc, nadszedł dedlajn na klepnięcie sankcji (bo właśnie zaczynają się w Brukseli ponadmiesięczne wakacje wszelkich instytucji, a cyniczne pytanie Kissingera „do kogo mam dzwonić, jeśli chcę rozmawiać z Europą” pozostanie jeszcze bardziej bez odpowiedzi), tymczasem mintaj i dorsz wywinęły się z sieci. Nie ma ich na liście. '
Kiedyś brudną robotę przy osłabianiu sankcji wykonywał Orbán, a innym krajom wystarczała owa zbawienna wstrzemięźliwość – schowanie się za większym łobuzem. A dziś? Trzeba było ubabarać ręce, albo chociaż paluszki, samemu. Niemcy, Polska, Holandia – to najwięksi odbiorcy rosyjskich dostaw, te dwa pierwsze kraje są potęgą w produkcji mrożonek.
Rzetelne źródła opowiadają, że „były naciski” z Berlina. Czy Polska też wzięła udział w tej grze i wymusiła korzystną dla Rosji zmianę z uwagi na nasze „bezpieczeństwo żywnościowe”? Ten argument międlą na okrągło lobbyści każdego sektora spożywczego, któremu chce się – czy to z przyczyn polityki wojennej, czy ekologicznej – utrudnić biznes.
Może to i ma głęboki sens, ale czy ktoś przytomny wylicza równania, w których po obu stronach pojawia się słowo „bezpieczeństwo”? Po lewej bajońskie sumy wydane – mam nadzieję, że zawsze rzetelnie – na obronę przed Rosją, a po prawej pieniądze, którymi pomagamy się jej naoliwić?
Może każdy postęp odbywa się metodą „dwa kroki w przód, jeden wstecz” (plus długa pauza na nawodnienie). A mi jest łatwo wypominać, bo w ogóle mrożonej ryby w kostce nie jadam, mój kot również.
Z podobnego dystansu obserwuję zamieszanie wokół zwolnienia paru tysięcy kurierów przez jedyną w Polsce platformę dowozową, która jeszcze ich zatrudniała na zlecenie – a nie poprzez patologiczne obejścia prawne z udziałem tzw. partnerów flotowych. Paradoksalnie, do zwolnienia doszło wskutek zmian w prawie pracy, które ułatwią zamianę fikcyjnych zleceń na etaty.
Wystraszona platforma szybko więc dołączyła do konkurencji i, jak stwierdził nieco obłudnym wywiadzie jej szef, oddała ludzi „pod skrzydła” partnerów, gdzie będą mogli cieszyć się wymarzoną elastycznością pracy. Oj, będzie elastyczna jak dobrze natłuszczony bat.
Tania i szybka dostawa to jest, o czym tu kiedyś dokładnie pisaliśmy, rzecz niemożliwa do uzyskania, gdyby ludzi na rowerach przestać traktować jak niewolników. Do końca roku polskie władze muszą wpisać do prawa unijną dyrektywę porządkującą ten rynek. Jeśli zrobią to tak, jak z przepisami o najmie mieszkań dla turystów, to nie wróżę niczego dobrego.
Wiem, zbyt łatwo mi pisać, że powinniśmy więcej płacić, bo w ogóle nie korzystam. Nie jestem samotnym rodzicem na dalekim osiedlu, który nie ma kogo poprosić o pilne zakupy. Kiedy sprawy robią się skomplikowane i trudno wyważyć sprzeczne racje, dobrze by było chociaż, żeby nie uciekać przed tą paskudną świadomością. I widzieć tego, kto akurat w danym rozdaniu dostał od losu gorsze karty.
Jakkolwiek rozumiem racje stojące za przemysłem przetwórczym, który wie, że mógłby stracić niemal jedyne źródło surowca, nie umiem nie sprzyjać w tej sprawie Bałtom, którzy dodatkowo muszą, tak jak nasi rybacy, ponosić skutki ogałacania przez Rosjan i tak nędznych zasobów dorsza na Bałtyku.
Na szczęście populacja bałtyckiego szprota ma się całkiem dobrze. Szkoda, że nie tak dobrze ma się nasza opinia o tej rybce, która pokutuje chyba za niegdysiejszy status taniej i wygodnej w użyciu zagrychy. Od kiedy mamy dość łatwy dostęp do sardynek oraz sardeli w postaci anchois, szprotki schowały się w kącie na niższej półce.
Tymczasem można je z dużym pożytkiem dla podniebienia zajadać nie tylko na chlebie z odrobiną twarogu, ale i jako umamiczny dodatek do niektórych warzyw. Z tym że wolę używać ich łagodniejszej wersji w oleju, produkowanej właśnie przez Łotyszy – są u nas dostępne w słoikach z napisem Riga Gold. Dlatego pozwoliłem sobie nazwać pewien daleki wariant cime di rapa właśnie na cześć Rygi.

Brokuł po rysku
- 1 pęczek brokuła gałązkowego lub 1 duży brokuł
- 70 g szprotek z oleju
- czosnek
- cytryna
- 50 g ziaren słonecznika
Obcinamy suche końcówki łodyżek i brzydkie listki z brokuła gałązkowego – a jeśli mamy zwykłego, dzielimy go na małe różyczki i zachowujemy też część głąba, którą możemy pokroić w kosteczkę.
Wrzucamy do osolonego wrzątku na co najmniej 5 minut, czasem potrzeba nawet 10 – chodzi o to, by brokuł wyraźnie zmiękł, ale dalej stawiał opór zębom.
Przekładamy na dużą patelnię, na której uprzednio udusiliśmy na oliwie najpierw rozgnieciony ząbek czosnku, potem szprotowe fileciki – po paru minutach rozgniótłszy je i drewnianą łyżką i dodawszy skórkę z połowy cytryny.
Po przełożeniu brokułów delikatnie wszystko mieszamy, podlewamy paroma łyżkami wody, w której się gotowały, podgrzewamy kilka minut, aż dobrze wchłoną smaki. Jeśli boimy się, że wyszły nam za twarde, możemy dolać więcej wody i dusić pod przykryciem kilka minut.
Pod koniec, już po wyłączeniu ognia, posypujemy skórką drobno otartą z połowy cytryny i mocno uprażonymi na patelni ziarnami słonecznika (albo zamiennie drobno posiekanymi i też uprażonymi migdałami).
Jeśli podamy na zimno, to niegłupio będzie to lekko zakwasić sokiem z cytryny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











