Wióry lecą

Sytuacja, w której ks. Mieczysław Maliński, popularny autor książek religijnych, powszechnie znany jako przyjaciel Jana Pawła II, jest zmuszony wobec całej Polski dowodzić, że nie jest wielbłądem, miała w sobie coś surrealistycznego. Oczywiście słowo musiał nie znaczy, że ktoś go do studia telewizyjnego doprowadził siłą. Usłyszał nawet i to, że niepotrzebnie się tłumaczy, z drugiej strony jednak, gdyby odmówił przyjścia, nie byłby w lepszej sytuacji. Wiadomo: qui tacet, consentire videtur (kto milczy, ten potwierdza). Można nawet uznać, że ks. Maliński do zabrania głosu w swojej sprawie miał prawo.
Czyta się kilka minut

Od bodaj dwóch lat “jedna pani drugiej pani" (a łańcuszek ten się oczywiście wydłużał) powtarzała bowiem ze zgrozą, że podobno ks. Mieczysław był “TW" i donosił na Papieża. Za szeptaną pocztą w końcu podążyły media. Jacyś dziennikarze dopadli Malińskiego i spytali, czy rzeczywiście był? A on im odpowiedział, że nic podobnego, co już było naruszeniem dobrej sławy, bo ludzie odruchowo zwykle myślą, że przecież nie ma dymu bez ognia.

I oto wróciliśmy do początku, bo skąd mogła wyjść plotka, jak nie z IPN-u: przed widzami i przed Moniką Olejnik stanęli ks. Mieczysław Maliński i Leon Kieres. Ks. Maliński nie mógł się bronić, bo poza “mówi się" nie przedstawiono dowodów. Ale stamtąd właśnie, skąd wyciekły pomówienia, usłyszeliśmy, że zweryfikowanych, niezbitych dowodów nie ma. Było oczywiste, że ten trudny do wytrzymania, absurdalny spektakl uczyniony z udręki księdza jest ewidentnym owocem “dzikiej lustracji", opartej na strzępach nieodpowiedzialnie wyniesionych z IPN informacji o tym, że Maliński figuruje w jakimś katalogu. Teraz już wszyscy mogli zobaczyć, na czym taki sposób “oczyszczania pamięci" i “ujawniania prawdy" polega.

Ks. Mieczysław na szczęście wyszedł z tego cało. Nie dlatego, że coś udowodnił, bo przy takim ustawieniu sprawy niczego się udowodnić nie da. Nawet nie z braku dowodów, ale dlatego, że absurd i koszmar stawiania człowieka w takiej sytuacji stał się chyba dla wszystkich oczywisty. Nie wiem, co myślą głosiciele poglądu, że trudno, bo gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Chciałbym tylko przypomnieć to, co ongiś powiedział abp Życiński: “Panowie, tu nie o drwa chodzi, ale o człowieka".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 18/2005