Cztery papierosy dziennie – skąpo, ale dobre i to. Dziś to nie do pomyślenia, żeby państwo zachęcało do palenia. Dawne to były czasy, kiedy oficerowie z Pentagonu zdecydowali, żeby do racji żywnościowej, którą fizjolog Ancel Keys (stąd znana wszem wobec „racja K”) opracował dla US Army idącej na wojnę z Japonią i Niemcami, dorzucić papier toaletowy i fajki. Dobry dowódca widzi ludzi z ich potrzebami, naukowiec-moralista widzi wykresy i ideały. Keys najpierw sprawił, że całe pokolenie amerykańskich chłopców znienawidziło czekoladę i suchą kiełbasę. Potem zaś, gdy nad połową świata zapanowała dzięki tymże chłopcom Pax Americana, zagościł w cywilnych spiżarniach i jadalniach: otóż opracował i narzucił dietę środziemnomorską.
Gdy przez kuchenny lufcik wpada mi kakofonia sprzecznych teorii na temat tego, co począć, gdy Ameryka bierze rozbrat z Europą, choć raz czuję się na siłach, by zabrać głos w sprawie geopolitycznej. Skoro już nie należy padać na twarz przed Ameryką, dajmy sobie wreszcie spokój z ową dietą. To amerykański wymysł, postulat zdrowotno-moralny, a nie żaden opis rzeczywistości znad ciepłego morza. Ludzie nad nim mieszkający są niewatpliwie szczęśliwsi, ale niekoniecznie dlatego, że jedzą chleb z oliwą, warzywa i owoce.
Ancel Keys był pionierem epidemiologii chorób serca, które kosiły Amerykanów, i słusznie założył, że ma to coś wspólnego ze sposobem odżywiania (prasa go nazywała Mr Cholesterol). Kupił sobie willę nad morzem w Kampanii i stamtąd prowadził rozległe badania terenowe – pobierał kampańskim i kalabryjskim kmieciom krew i prowadził kronikę ich jadłospisów. Willę nazwał Minnelea – pierwszy człon od rodzinnego Minneapolis, drugi od starożytnej Elei, która była w pobliżu. Tak, to ta Elea od Parmenidesa. Kolebka ontologii. To tam po raz pierwszy umysł grecki, a więc także – bądźmy dla siebie łaskawi – nasz, dumał o bycie niezmiennym, niedostępnym zmysłowo, poddanym wyłącznie rozumowi.
Tak jak bytu Parmenidesa nikt na oczy nie widział, tak też było z dietą śródziemnomorską w latach 50., kiedy ekipa Keysa prowadziła swoje „badania”. Istnieją świadectwa, jak to Amerykanie odchodzili z domów z kwitkiem, bo akurat tego dnia śródziemnomorska rodzina nie miała nic na obiad. Niezbywalnym składnikiem, podstawą piramidy każdej tzw. kuchni ubogiej, jest głód. Niedostatek. Chłopi z Kampanii jedli więc mało albo nie to, co trzeba – wypieki z mąki kasztanowej lub żołędzi, wszelkie zielsko, a jeśli z rzadka maścili, to świńskim tłuszczem. Oliwa była dobrem luksusowym. I aż do XIX w. szła w lwiej części na eksport jako paliwo do lamp. Zresztą, smalec czy oliwa – dla tętnic żadna różnica, jeśli się jada tłusto nie częściej niż co parę tygodni.
Keys wiedział, że Amerykanie w szczycie powojennego bogacenia się nie będą słuchać o zaletach niedojadania. Żeby wpłynąć na zmianę jadłospisów, mógł podczepić się pod świeże tropy kultury masowej. Rzym z „Rzymskich wakacji” mało miał wspólnego z prawdziwym miastem. Co z tego, skoro dobrze się sprzedawał? Ameryka zakochiwała się w dalekiej Arkadii, gdzie na skuterach jeżdżą sami piękni, szczęśliwi i zdrowi. Wystarczy jeść tak jak oni. W późnym wydaniu swojej najważniejszej książki Keys przyznał, że jego dieta to „względnie nowy wynalazek”. Dla dobra ludzkości.
Po 50 latach ten wynalazek zaczyna niestety służyć jako alibi dla promocji każdego produktu made in Italy, nawet takiego, który należałoby jeść raz na miesiąc. Oraz obrony przed każdą próbą wprowadzenia np. rekomendacji zdrowotnych. Powściągliwość w jedzeniu parmezanu i szynki San Daniele byłaby ciosem dla i tak konającej gospodarki.
To jak? Zaczniemy wreszcie jeść z umiarem po naszemu, bez czerpania wzorców z amerykańskiej fabryki snów? Zgodnie z własnymi tradycjami doprawionymi rozsądną dawką dobrodziejstw globalizacji? To by była dopiero cenna autonomia strategiczna!
Skumbrie w tomacie
Dobrodziejstwem globalizacji są np. łatwo dostępne przetwory pomidorowe Mutti z Włoch, dzięki którym danie z polskiej tradycji poetycko-politycznej staje się naprawdę świetnym, łatwym i zaskakująco smakowitym obiadem.
- dwie tuszki makreli
- 400 ml przecieru pomidorowego (czyli tzw. passata)
- 150 g dobrych zielonych oliwek
- garść kaparów w soli
- oliwa
- sól
- skórka cytrynowa
W garnuszku podgrzewamy oliwę, wlewamy przecier, dodajemy pozbawione pestek i pokrojone oliwki oraz przepłukane kapary. Dusimy na wolnym ogniu kwadrans, żeby się przegryzło. Wlewamy sos na dno brytfanki (warstwa ok. 0,5 cm), układamy umyte i posolone rybki, do których włożyliśmy kawałki skórki z cytryny. Nacinamy w paru miejscach skórę, pieczemy w 180 st. C pół godziny. Podajemy np. z kaszą jaglaną albo polentą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















