Reklama

W imieniu buraka

W imieniu buraka

14.11.2016
Czyta się kilka minut
Maciej Płaza, pisarz: Do dzisiaj brzydzimy się wsi. Dla mieszczucha słowa „obora” czy „chlew” są obelgą. A ja wolałbym, żeby za oknem śmierdział mi obornik niż samochodowe spaliny.
Fot. Marek Zakrzewski dla „TP”
A

ARKADIUSZ GRUSZCZYŃSKI: Debiutuje Pan powieścią o polskiej wsi lat 80. „Skoruń” został doceniony i nominowany do wszelkich literackich nagród. Dlaczego temat wsi jest dla Pana taki ważny?

MACIEJ PŁAZA: Nie chcę się silić na socjologiczną czy antropologiczną analizę wsi. Wolę mówić o osobistym doświadczeniu. Po latach na nowo zdefiniowałem w sobie tożsamość prowincjusza, mającego silne związki z wsią, choć niekoniecznie z niej pochodzącego.

Nie wychował się Pan na wsi?

I tak, i nie.

Jeździł Pan tam chociaż na wakacje?

Też. Mieszkałem w warunkach małomiasteczkowych na skraju Sandomierza, na pograniczu miasta i okalających go wsi. W Sandomierzu działa duża giełda owocowa, która jest głównym miejscem zbytu tego, co produkuje się w pobliskich wsiach. A moi rodzice do niedawna mieli sad...

19061

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Szlachty, panie wieśniaku (ja też używam tego określenia w sposób nienacechowany), było w Polsce nie promil, ale średnio od 7 do 10 procent, a były chwile i miejsca, gdzie ten odsetek był znacznie wyższy. Jak pan widzi, teza jakoby mentalność (post)szlachecka musiała być w Polsce czymś sztucznym, nie ma oparcia w faktach, nawet gdyby przyjąć ryzykowne założenie, że wpływ poszczególnych grup ludności na dzieje i kulturę kraju mierzy się tylko ich liczebnością.

Zwłaszcza, ze owa szlachta w niektórych regionach (np. na płn. Mazowszu) nie różniła się wiele od chłopów: ani stanem posiadania, ani kulturą. Nie jestem tez w stanie zgodzić się z wizją społeczeństwa rzekomo pogardzającego wsią i jej mieszkańcami. Autor źle interpretuje przyczynę nieprzyjęcia przez Wojciecha Smarzowskiego nagrody na korytarzu. Wszyscy chyba się zgodzimy, ze ani korytarz, ani teren wedle gumna nie nadaje się na takie gesty. Gospodarstwo wiejskie słuzy do innych celów, zwłaszcza gumno, a stwierdzenie tego faktu nie jest zadnym wyrazem lekceważenia wsi i jej mieszkańców. Własnie czytam "Tygodnik Ilustrowany" z 1919 roku, gdzie zamieszczony jest reportaż opisujący nastroje społeczne w Warszawie na wieść o wybuchu powstania na Śląsku. Autor wyśmiewa mieszczuchów wypowiadajacych się o sytuacji na froncie i zauwaza, że owe mieszczuchy znaja z "frontów" jedynie front Hotelu Europejskiego. Chyba nie wysnujemy stad wniosku, że autor pogardza mieszkańcami dużych miast?

To co opisuje Pan Płaza to jakaś taka wieś: ni to pies ni wydra, coś na kształt świdra. To raczej post wieś. Pamiętam wieś z lat 50/60 właśnie 40 km od Sandomierza w stronę Rzeszowa, czyli jak to dzisiaj powiadają „zapyziałe Podkarpacie”. Wychowałem się tam do 5 klasy SP. Dziadkowie niepiśmienni, ale byli autorytetami z którymi się nie dyskutowało tylko których się słuchało. Rodzina była trzypokoleniowa. Powrót ze szkoły i do krów na łące. To było w ramach bezstresowego wychowania dzieci. Nie było wydawanych poleceń krzykiem. Takie sprawy jak pacierz rano, wieczorem, w niedzielę do kościoła, znak krzyża na chlebie przed rozpoczęciem krojenia, znak krzyża po przyjściu na pole, przed rozpoczęciem koszenia, pozdrowienie Szczęść Boże i wiele, wiele innych drobiazgów to były normalności, nad którymi nikt się nie zastanawiał, one należały do rytuału codzienności. Ja to dopiero teraz „odkrywam” przypominając sobie. Rola księdza. Ksiądz przysyłał umyślnego do dziadka z wiadomością: Franciszku, do chorego trza! Tyle tylko, taki sms . Dziadek zaprzęgał półkoszki i jechał, niezależnie od stanu robót u siebie. No i nie wyobrażam sobie aby dziadek przed księdzem stał póługięty z pomiętym kapeluszem w obu dłoniach. Ksiądz był od dusz a Franciszek od roli i żyć bez siebie nie mogli, musieli się uzupełniać, to była zasada wedle której postępowali. Dziadek Franciszek i ksiądz Feliks to byli równorzędni partnerzy, nawiedzali się. Proboszcz szanował starych gospodarzy a oni jego z prostego powodu. Jakież to miało zdrowe fundamenty. Było tylko radio bateryjne, jedyny kontakt dziadka ze światem. Kiedy słuchał Wolnej Europy musiała być zupełna cisza w izbie, których było tylko dwie i komora. Jasne, że ja to dopiero teraz rozpamiętuję i zastanawiam się, skąd oni te zasady posiedli, pewnie od swoich dziadków. Gdzieś czytałem, że to iż prawosławie przetrwało w Rosji czasy komunizmu to tylko i wyłącznie zasługa wiejskich babuszek, wcale nie popów, bo ci przetrwali tylko dzięki NKWD i potem KGB. Teraz mieszkam w mieście i jeżdżę tam nadal kilka razy w roku To już nie ma nic z wsi dawnej poza luźną zabudową, mnogością samochodów w obejściach i całkowitym zanikiem krów, koni. Może jedynie ptactwo pozostało i psy. Kiedyś obejścia odgrodzone były pojedynczymi żerdziami, teraz szczelne płoty drewniane lub betonowe. A te wszystkie kolumienki przed budynkami to żadne nawiązanie, to żadna sztuka, to kicze budowlane, które sprawiają sobie snoby wcale nie pochodzący ze wsi. Tak samo jak i ks. Rydzyk wybudował w Toruniu świątynię - kicz z betonu i stali wzorując się chyba na pałacu Juliusza Cezara. Żołnierze wyklęci. Raczej przeklęci. Zbili dziadka pasami wojskowymi bo zażądali pieniędzy i byliby go zabili gdyby nie wielki krzyk czwórki dzieci, w tym mojej kilkunastoletniej wtedy mamy. Więcej ani słowa na ten temat, bo kiedy uzmysłowię sobie to, co teraz rządzący nam wciskają to katorga mojego dziadka mi się uzmysławia, a miał już za sobą niewolę w Italii jako jeniec austriacki z I wojny. Tak więc panie Macieju, proponuję aby pan szukał śladów takiej wsi, bo to o czym pan mówi to obrazek już zdegenerowanej wsi, to tylko nieudolna atrapa. Tym ucieszy pan serce moje i chętnie przeczytam taką książkę. Natomiast funkcjonujące słowo „wiocha” to tylko nazwa pewnych postaw, które występują bardziej w mieście, we władzach wszelkich stopni ze stolicą włącznie i faktycznej wsi w ogóle to nie obraża.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]