Reklama

Nowe prowincjałki

Nowe prowincjałki

11.09.2017
Czyta się kilka minut
Nie powinniśmy traktować prowincji ani jako schronienia przed zgiełkiem współczesnego świata, ani jako siedliska wszelkich patologii. Wieś staje się inspirującym tematem literackim, gdy tylko przestaje być mitem.
Międzynarodowy Zlot Ciężarowych Pojazdów Tuningowanych, Polska Nowa Wieś, lipiec 2015 r. ROMAN ROGALSKI / AGENCJA GAZETA
W

W 2004 r. Wiesław Myśliwski na łamach czasopisma „Kresy” obwieścił definitywny i bezapelacyjny kres kultury chłopskiej. W swoim elegijnym tekście wymienia rozliczne powody takiego stanu rzeczy: przede wszystkim przemiany cywilizacyjne, które doprowadziły do zaniku grupy społecznej dającej się określić mianem chłopstwa. Symbolem tych zmian, które wymiotły z chałup mistrzów literatury oralnej „o niepospolitych, surrealistycznych wyobraźniach, prawdziwych kreatorów słowa i pamięci”, czyni Myśliwski telewizor (dziś byłby to zapewne internet). Jego zdaniem interwencja obcego medium ostatecznie zabiła wyjątkowy i kruchy ekosystem językowy i kulturowy, który istniał na polskiej wsi od dekad, jeśli nie od stuleci, a w to miejsce, niczym zły szeląg, wkradła się byle jaka, uniwersalna kultura popularna, w której nie może być już mowy o wyjątkowości języka, wyobraźni i pamięci.

Myśliwski, choć rozumie, że jest to niezbędny skutek uboczny modernizacji i demokratyzacji polskiej wsi, przeprowadza bezwzględną krytykę prowincji. Jego zdaniem „degradacja duchowa wsi jest widoczna gołym okiem, i to na wszystkich planach”. O ile można zgodzić się z pisarzem, że struktura polskiej prowincji w ostatnich dekadach uległa radykalnej zmianie, o tyle jego wnioski są krzywdzące. Wyłania się z nich całkowicie fałszywy obraz tego, czym dziś jest i co może nam zaoferować kultura mocno i świadomie osadzona w wiejskim krajobrazie. A zaoferować może dużo – szczególnie w czasach niepokoju.

Kronikarki bez sentymentów

Przywołuję Wiesława Myśliwskiego nie tyle w celach polemicznych, ile po to, by dać odpór powszechnemu wyobrażeniu na temat polskiej wsi, któremu jego tekst, być może nie zawsze świadomie, dostarcza intelektualnego zaplecza.

Polska kultura (choć oczywiście nie jest to wyłącznie nasza rodzima specyfika) cierpi z powodu nadmiernej centralizacji – nie tylko w wymiarze instytucjonalnym, ale przede wszystkim na odcinku samej wyobraźni. Nasze imaginarium, mimo licznych prób zmiany tego stanu rzeczy, koncentruje się na dużych ośrodkach miejskich, dlatego niejednokrotnie opowieści o prowincji okazują się do bólu schematyczne: albo uciekamy w naiwną sielankę, albo w równie fałszywą patologizację. Horyzont naszego myślenia determinuje serial „Ranczo” z jednej strony, a „Wesele” Smarzowskiego z drugiej.

Na szczęście w ostatnich latach sytuacja zmienia się za sprawą pisarzy, którzy oprowadzają nas po krainie dzieciństwa, porzucając przy tym kompleksy i nie przybierając pretensjonalnych póz. „Podkrzywdzie” Andrzeja Muszyńskiego, „Skoruń” Macieja Płazy, „Sztuczki” Joanny Lech czy „Przemytnicy” Konrada Janczury (żeby sięgnąć tylko po przykłady z ostatnich dwóch lat) to powieści na nowo pokazujące prowincję, przede wszystkim jako przestrzeń, w której tkwi olbrzymi potencjał fabularny. Z niego właśnie korzysta Weronika Gogola, autorka debiutanckiego tomu prozatorskiego „Po trochu” oraz Wioletta Grzegorzewska, której zawdzięczamy „Guguły” oraz wydane właśnie „Stancje”. Obie autorki dobitnie pokazują, wbrew czarnym proroctwom Myśliwskiego, że polska wieś to miejsce wprost wymarzone dla literatury. Aby to jednak w pełni dostrzec, należy porzucić ciążące uprzedzenia i kategorie, które już od dłuższego czasu nie przystają do naszej rzeczywistości.

Zarówno w „Po trochu”, jak i w „Gugułach” zostajemy zaproszeni do uniwersum setek, jeśli nie tysięcy opowieści, które krążą wokół nas, co chwilę rozbłyskując sensami i układając się w coraz to nowe konstelacje. Co znaczące, obie książki zaprojektowane zostały jako zbiory kilkunastu krótkich opowiadań, w których pewne wątki powracają i przenikają się, brak tu jednak linii przewodniej. Nie chodzi o efekt przypadkowości, lecz o stworzenie literackiego mikrokosmosu, w którym kolejne historie przewijają się przed naszymi oczami.

Dużą rolę odgrywa tu również praca pamięci. Zarówno Gogola, jak i Grzegorzewska podejmują zadanie ponownej kreacji świata swojego dzieciństwa, jednak ważniejsza zdaje się dla nich żywiołowość samego języka opowieści. Nie jednej opowieści, lecz właśnie wielu historii, pierwotnie przekazywanych ustnie, wędrujących od domu do domu, a w niektórych wypadkach z pokolenia na pokolenie. Narratorka „Po trochu” przyjmuje wręcz rolę samozwańczego kronikarza swojej wsi: „Wujek opowiadał bardzo ciekawe historie o tym, jak to kiedyś życie wyglądało. Wiedział o wszystkim. Tak jak wiedział o wszystkim jego ojciec, który był wiejskim pisarzem. I dziadek Staszek. Gogole już tak mieli, że ludzie przychodzili do nich z różnymi historiami. A oni te historie zapamiętywali. I opowiadali dalej”. Z kolei bohaterka „Guguł” idzie jeszcze dalej i wsłuchuje się w odgłosy samej rzeczywistości, która kryje w sobie wiele tajemnic: „później usiadłam przy stole zastawionym talerzami z makaronem, położyłam na nim głowę i poczułam pulsowanie drewna. W jego szparach i sękach wyprawiano chrzciny, stypy, imieniny, korniki grały w dwa ognie ziarnkami maku, które opadły ze skórek świeżo upieczonego chleba”.

Nie ma tu mowy ani o sentymentalnym zapisie przeszłości, ani o nostalgicznej rekonstrukcji minionego świata, gdyż autorki pokazują nam przede wszystkim pracę języka i wyobraźni, które rządzą światem prowincjonalnych opowieści.

Na ich specyfikę składa się kilka elementów. Po pierwsze zaludniają je setki barwnych i oryginalnych postaci i każda z nich, niczym w klasycznych mitologiach, dysponuje niezwykłą cechą lub umiejętnością. Mają też swoje przydomki (np. Gienek Kombajnista) i historie, które ciągną się za nimi od lat, trwale wyznaczając ich miejsce w zbiorowej pamięci.

Po drugie opowieści nie mają wyraźnie zaznaczonego początku i końca. Zarówno w „Gugułach”, jak i w „Po trochu”, narratorki, nie tracąc czasu i energii na kreślenie dalszych planów czy zbędnego tła, wrzucają nas w sam środek akcji, po czym niespodziewanie przerywają snutą przez siebie opowieść, by błyskawicznie przenieść nas w kolejną.

Po trzecie opowieści, które genetycznie wywodzą się od owych genialnych gawędziarzy, o których wspominał Myśliwski, przedefiniowują znacząco samą literaturę i jej funkcję. Nie mamy tu do czynienia z zamkniętym i wyizolowanym artefaktem estetycznym, który może, ale nie musi pozostawać w relacji z rzeczywistością, lecz z podstawowym żywiołem szczelnie wypełniającym świat, bez którego ten nie mógłby funkcjonować. Nie oznacza to, że literatura dostarcza nam pełnego i całościowego obrazu. Opowieści na siebie nachodzą, czasem się uzupełniając, a czasem korygując, ale z pewnością energia, która je generuje, nie może zostać wyczerpana.

Co słychać na wsi?

Prowincja, o której piszą obie autorki, to przede wszystkim miejsce, z którego można z dystansu obserwować resztę świata. Czas historyczny w przypadku „Guguł” to ostatnia dekada PRL-u; w „Po trochu” obserwujemy lata transformacji i początki polskiego kapitalizmu. Wielka historia wkracza w ten świat w sposób nieoczywisty, jakby tylnymi drzwiami. I choć nie odgrywa nigdy pierwszoplanowej roli, jest niezwykle ważna, gdyż wpływa znacząco na codzienne życie mieszkańców wsi.

Brak tu wielkich wydarzeń: nie ma stanu wojennego, Solidarności czy centralnej polityki. Jest natomiast zmaganie się z drobnymi uciążliwościami, o których zazwyczaj milczą podręczniki. Mdławo-sielankowy obraz wsi, z którym często się spotykamy, zakłada m.in. jej apolityczny charakter, zanurzenie w podszytą beznadziejnością obojętność na to, co dzieje się w „wielkim świecie”.

Grzegorzewska i Gogola obalają ten mit, pokazując, że małe społeczności na prowincji aż kipią od politycznych problemów i dyskusji. Wspólnoty, w których więzi społeczne są bardzo silne, nieustannie prowadzą debatę w sprawach kluczowych dla swojego funkcjonowania. Ów ferment rzadko jednak jest obecny w publicystyce głównego nurtu, gdyż wyraża się w języku niekompatybilnym z abstrakcyjnymi pojęciami politycznymi. Pomóc może literatura, gdyż z jednej strony jej źródła biją w politycznych niepokojach małych wspólnot, z drugiej zaś owe niepokoje literatura pozwala wyartykułować w sposób dużo bardziej uniwersalny. Innymi słowy: opowieści są środkiem politycznej ekspresji, ale również narzędziem, przy pomocy którego możemy skutecznie nie tylko opisywać świat, ale również go zmieniać.

Struktura tak rozumianej opowieści jest wyjątkowo otwarta i pozwala na uzupełnianie kroniki o kolejne elementy, które ubogacają rzeczywistość. Dzięki temu dużo łatwiej poradzić sobie z dynamiką zachodzących dookoła zmian. Inaczej niż w przypadku zamkniętych narracji, nie jest tu konieczna wymiana całego zestawu opowieści o świecie. Świetnie widać to u Gogoli, w której opowiadaniach transformacja ustrojowa, skądinąd bolesna i trudna, pokazana jest przede wszystkim jako chwila wyłonienia się nowych postaci i gadżetów, które gładko wkomponowują się w dotychczasowe imaginarium wiejskiej wspólnoty.

W ten sposób rodzi się alternatywny, dużo mniej konfrontacyjny, a za to bardziej afirmatywny model myślenia polityczno-historycznego, w którym rozmaite niepokoje i lęki są szybko wychwytywane oraz identyfikowane, a ich destruktywny potencjał może zostać łatwo rozbrojony.

Po nowe opowieści

Nie oznacza to oczywiście, że w efekcie otrzymujemy obraz łatwy, prosty i przyjemny. Przeciwnie. Grzegorzewska i Gogola zabierają nas do świata pełnego napięć, lęków, ale też przemocy, zarówno fizycznej, jak i symbolicznej, w szczególności wobec kobiet.

Często pod fasadą dewocyjnej religijności kwitną najróżniejsze patologie i perwersje, a codzienne i szare życie objawia swoją mroczną podszewkę. Najważniejszym jednak elementem dychotomii jawnego i zakrytego jest śmierć, która przenika obydwie książki.

Co ważne – występuje ona zawsze w obu tych porządkach. Rozbudowane obrzędy żałobne i widzialność śmierci (co w kulturze późnej nowoczesności jest coraz rzadsze) zawsze idą w parze z doświadczeniem bardzo intymnym, mającym posmak obcowania z metafizyczną tajemnicą. W obu książkach pojawia się doświadczenie śmierci ojca, które, choć oczywiście skrajnie trudne i traumatyczne, zostaje ostatecznie przepracowane, a w procesie tym szczególną rolę odgrywają właśnie gotowe struktury narracyjne i językowe.

Podobnie wygląda sytuacja z innymi trudnymi kwestiami, od których nie stronią obie autorki. Opowieści, które snują o świecie prowincji, mają charakter afirmatywny, ale nie są bezkrytyczne. Często np. powraca niezwykle ważny wątek wychowywania dziewczynek zgodnie z konserwatywnym podziałem genderowym, co zostaje jednoznacznie potępione. Właśnie dzięki takiemu modelowi opowieści możliwe jest opisywanie świata i zarazem poddawanie go twórczej krytyce.

Siła prozy Gogoli i Grzegorzewskiej polega na bardzo świadomym wykorzystaniu tradycji, która zdaniem Myśliwskiego i wielu innych dawno już wyczerpała swój potencjał i nie ma nam nic ciekawego do zaoferowania.

Żeby ów potencjał dostrzec, należy porzucić elegijną perspektywę, w której automatycznie dowartościowuje się każdą formę życia i opowieści. Współczesna literatura opowiadająca o wsi ma w sobie olbrzymi potencjał, szczególnie w czasach niepokoju. Nie chodzi jednak o to, by na prowincji szukać schronienia, w którym można przeczekać gorsze czasy, lecz aby znaleźć tam nowe opowieści o świecie. ©

MICHAŁ SOWIŃSKI (ur. 1987) jest redaktorem literackim Conrad Festival, krytykiem. Doktorant na Wydziale Polonistyki UJ, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Weronika Gogola (ur. 1988) jest pisarką i tłumaczką, urodziła się w Nowym Sączu, wychowała w Olszynach, gdzie toczy się akcja jej debiutanckiej powieści „Po trochu” wydanej w tym roku. Jest absolwentką ukrainoznawstwa (studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim), przekłada z ukraińskiego i słowackiego.

Wioletta Grzegorzewska (ur. 1974) jest prozaiczką i poetką, absolwentką filologii polskiej na WSP w Częstochowie (obecnie Akademia im. Jana Długosza). W latach 2003-05 prowadziła magazyn literacki i niezależne wydawnictwo „Bulion”. Organizatorka licznych warsztatów literackich. Na swoim koncie ma siedem tomików poetyckich, a także trzy książki prozatorskie – druga z nich, czyli „Guguły” (2014), nominowana była do Nagrody Literackiej Gdynia, a także znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike. Angielskie tłumaczenie powieści w tym roku zostało nominowane do The International Man Booker Prize. Niedawno ukazała się jej kolejna powieść „Stancje”.

W jaki sposób nowa literatura polska przedstawia polską prowincję? Czy rację miał Wiesław Myśliwski, który przed laty wieścił kres nurtu chłopskiego we współczesnej prozie i poezji? Na jedną z festiwalowych dyskusji zaprosiliśmy pisarki, które w nowatorski sposób ukazują dzisiejszą prowincję. Przede wszystkim zrywając z mitami, którymi obrosła. Ich wieś nie jest ani sielskim matecznikiem, ani tym bardziej siedliskiem patologii. Jest osobnym światem, w którym żyją ludzie pielęgnujący sztukę opowieści. Nie jednej opowieści, lecz wielu nakładających się na siebie, zazębiających się historii, których niezwykła struktura i niespotykany rytm są alternatywą dla głównonurtowych narracji. Weronika Gogola i Wioletta Grzegorzewska opowiedzą o specyfice owych opowieści, ich wyjątkowym języku, a także o ich wpływie na nasz sposób odnoszenia się do świata.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]