Reklama

A u nas życie takie małe

A u nas życie takie małe

01.04.2019
Czyta się kilka minut
W tekstach Murek nie ma zbawienia ani nadziei. Autorka obserwuje krzątaninę swych postaci na pozór z dystansem i czarnym humorem, nigdy jednak nie traci dla nich cichego współczucia.
W

Weronika Murek zasłynęła dotąd głównie jako prozaiczka, ale nim za debiutancką „Uprawę roślin południowych metodą Miczurina” otrzymała Nagrodę Gombrowicza i szereg nominacji, wiosną 2015 r. zdobyła laur dramatopisarski: Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną za sztukę „Feinweinblein”. Wydany teraz zbiór, zawierający ten dramat i dwa nowsze, potwierdza, jak wyjątkowym zdarzeniem był w polskiej literaturze ten podwójny debiut.

„Feinweinblein”: czasy powojenne, jakby brzask kończący straszną noc, ale do słońca daleko. Panuje strach przed Niemcami, którzy ponoć wciąż wytwarzają z polskiej krwi guziki i rączki do parasoli; z gazety patrzy „gęba niesympatyczna” Adenauera, jeszcze gorszy jest tylko mityczny Feinweinblein, którym straszą się dzieci. Ludzie pomału wracają do życia – grają w karty, zakładają sady, chodzą na pocztę, próbują cieszyć się tym, co podsuwa nowy świat. We wsi jest świetlica, telefon. Największą pociechę daje radio: muzyka, audycje z poradami, gimnastyka, telefony od słuchaczy; w radiu coś się dzieje, toczy się prawdziwe życie. Radio to taki skarb, że chłopi Knauerowie wymienili na nie swojego głupiego synka, który „nie podlegał próbom pracy”. Błahe audycje niby łagodzą ludzką udrękę, ale zarazem urągają jej, pogodna muzyka nie rozprasza mroku: ni stąd, ni zowąd wiesza się nauczycielka; świetlicowa wzdycha, że gdyby mogła wybrać rodzaj śmierci, chciałaby udławić się czymś smacznym, najlepiej sernikiem. Jakieś dziecko (jak to dziecko) lepiej zbratane z mrokiem niż dorośli, którzy (jak to dorośli) uwierzyli w życie, powtarza, że „jest jedno lekarstwo na śmierć: liść polnej babki”.

Postacie z „Feinweinbleina”, szkicowane lekką, sugestywną kreską, czasem jednym dialogiem, kilkoma kwestiami, stają nam przed oczyma w swoim bezradnym człowieczeństwie, złożonym z bólu, strachu, głodu, tęsknoty i ukrytej głęboko czułości. Są rzeczywiste i symboliczne zarazem: do szpiku polskie w swoich odzywkach, gestach, jednocześnie dźwigając ciężar istnienia, który jest uniwersalny – przez co ich małe, trudne życie nabiera wymiaru tragedii. To godni następcy bohaterów Becketta, Ionesco i Mrożka, i z tej tradycji wyrasta ten dramat: mroczny, ale subtelny, pełen wisielczego, ale nie cynicznego humoru, prosty i oszczędny, ale głęboki, niedający spokoju.

„Wujaszki”, drugi z trzech dramatów zawartych w tomie, rozgrywa się po odzyskaniu niepodległości, gdy „pokój wybuchł w Polsce ze zdwojoną mocą”, ale już w mniej konkretnej przestrzeni; obecny w niej Narrator wyczarowuje poszczególne sceny, zmienia dekoracje. Murek odchodzi od teatru realistycznego i teatru absurdu w stronę polskiej tradycji dramatu wizyjnego, doprawiając go gombrowiczowską ironią. Narodowe upiory, jak wiadomo, przychodzą od święta, zbudzone mocą obrzędu – tu przy wieczerzy wigilijnej. Czterech poczciwych wujaszków snuje opowieści, w których kłębią się fantazmaty II Rzeczypospolitej: zjawia się dziarski, podobny do Wieniawy-Długoszowskiego Mr Automobil, który, jak powiada, „nawiedza kuriozalne narracje historyczne”, jest „eine kleine Premierministerklavier” Paderewski, kasztanka Piłsudskiego, są Dmowski i Eligiusz Niewiadomski; w saloniku „dworku ziemiańsko-pańskiego” gawędzą „polskie konie bojowe”. W tym kłębowisku pulsują też niby-schulzowskie fantazje erotyczne, przemykają artefakty lepszego świata, jak sandwicze czy napój Dr. Pepper; wódczane rytuały sprowadzają wujaszków „na dno męskich anegdot”; nie brak też oczywiście mocarnych postaci-symboli, jak Chopin, w którym „jest wszystko, czego nam trzeba: kontusze kolorowe, pasy złotem lite, posępne czamarki, krakowskie rogatywki, szlacheckich szabel brzęk, kos chłopskich połysk (…). Jęk piersi, bunt ducha, kościółek”.

Czemu to wszystko służy? Gadaniu. Polska jest pogrążona w niekończącej się ględźbie: opowiadamy siebie i jesteśmy opowiadani, archaicznym i głupim, ale niezawodnym, uświęconym językiem szlachetczyzny i tromtadracji. „Trans-Atlantyk”? Nie, właśnie nic podobnego. Humor „Wujaszków”, soczysty i pyszny, nie osuwa się w szyderstwo. Śmiejemy się z wujaszków, bo dobrze ich znamy, są ulepieni z tej samej siermiężnej tradycji co my – zresztą przecież takie wujaszki ględzą różne głupstwa na weselach i wigiliach. Murek nie uprawia jednak zjadliwej satyry, nie pastwi się nad przaśnością naszych obyczajów, jałowością rodzinnego rytuału, maczyzmem narodowych mitów. Przeciwnie, obśmiewa je z wdziękiem; jeśli nawet polskość jest zlepkiem fantasmagorii nietworzących sensownej całości, ma w sobie przynajmniej dziwnie piękną poezję.

Poetyckie „Morowe”, ostatni utwór w zbiorze, sięga do sfery najgłębiej egzystencjalnej: choroby. Kilkoro chorych gra ze sobą w ślepą babkę, przekomarza się, opowiada sobie wzajem historie, wymienia żale. Łatwo rozpoznać w nich owe doraźne wspólnoty w nieszczęściu, jakie zawiązują się co dzień w niezliczonych poczekalniach szpitali i przychodni. Narracją nie steruje już żaden opowiadacz-zaklinacz: z didaskaliów przemawia do nas narratorka, ale zamaskowana w swym gąszczu tajemniczych komentarzy, z rzadka tylko wychylająca się zza ich bezosobowej formy. Mieszka ona w tej samej bolesnej przestrzeni co postacie, tak jak one wydaje się słabsza od choroby, nie mniej niż one lęka się krwi, która w kolejnych scenach dramatu co krok „występuje” w różnych porach i miejscach – przeklęty omen śmierci jakby rodem z Poego. Chorzy w „Morowym” nie chcą wyzdrowieć: choroba ich uwzniośla, nadaje ich życiu sens, trzymają się jej więc kurczowo, boją się, czy aby tabletki im nie pomogą, czy nie zostaną wypisani ze szpitala. Wstępując między chorych, wkraczamy w inny świat, wspólny nie tylko im, ale i lekarzom. „Choruj zdrów, jeśli tylko masz siłę”, mówi Chory Lekarz, a Chora Lekarka tak ujmuje prostą filozofię choroby, zjawiska rozrąbującego ludzką wspólnotę na dwie połowy, których nie da się scalić żadnym współczuciem, żadną pomarańczą przyniesioną w odwiedziny: „Zdrowi ludzie są, jacy są: zdrowi. Oni mają swoje zwyczaje, oni mają własne kraje na to, nas zrozumieć jest trudno i trzeba chociaż w jakimś momencie życia być chorym, pochorowanym lub przynajmniej chcieć tego od siebie”.

Każdy z tych dramatów jest inny w swej tematyce i poetyce, ale wypełnia je podobna materia, wyciągnięta zarazem z przaśnego rodzimego gruntu i z tej powszechnej ciemnej dziedziny, w której mieszkamy wszyscy, nieznający początku i bojący się końca. Bohaterowie Weroniki Murek żyją z cieniem trwogi nad głowami, pod chmurą cierpienia, która nigdy nie odsłania słońca; malutcy, robaczkowaci, śmiertelnie zabawni, śmieszni przez łzy, bo przecież, jak powiedziałby Beckett, nic nie jest tak śmieszne jak nieszczęście. Miarą wielkości pisarza, który mierzy się z mrokiem, jest to, czy wrzucając weń swoich bohaterów, potrafi oddać im godność, należną każdemu człowiekowi, nawet wymyślonemu, a więc stanąć po ich stronie. Murek, choć w jej utworach nie ma zbawienia, właściwie nie ma nawet nadziei, i choć obserwuje krzątaninę swych postaci na pozór z dystansem, często też najczarniejszym z czarnych humorem, nigdy nie traci dla nich cichego współczucia. Czytelnik, choć bynajmniej nie zmuszany do płaczu, mimo woli staje się członkiem tej zbolałej wspólnoty, w której, z braku innych sensów, najbardziej sensowną rzeczą jest opowiadać własny los.

Murek ma nadzwyczajną umiejętność wyciągania zewsząd – z historii, z kultury, z religii, z wierzeń, z folkloru, z zabaw, z obyczajów – rzeczy pierwszych, definiujących: akcesoriów i obrzędów chorobowo-szpitalnych, które w jej rękach stają się metaforami ludzkiej kondycji; artefaktów tworzących imaginarium narodowe; pierwotnych rytuałów, które sprawiają, że człowiek jest człowiekiem; dorosłych i dziecięcych sposobów obłaskawiania ciemności, cierpienia i śmierci. Murek ociosuje z kory pień polskiej i ludzkiej kondycji, i wydłubuje rzeczy z samego rdzenia. To pisarstwo głębinowe, i to w sposób intuicyjny: widać w nim zaplecze kulturowe, wpływ tradycji literackiej, ale widać też, że jego treść jest przeżyta, wzięta z serca.

Autorka „Feinweinbleina” ma też naturalny talent dramatyczny, maszynerię teatralną puszcza w ruch z wielką łatwością. Postacie aż przebierają nogami, by wyjść na scenę, od razu tę scenę widać i widać też, że wszystko zagra. Ich przeobrażenia, przebieranki, zjawienia się, posiadówki, ględzenia, przekomarzania i inne interakcje, doskonałe wyciemnienia w „Feinweinblenie”, gdy gra tylko radio – wszystko to jest niewymuszone, nie czuje się oporu materii. Wiele sytuacji przyjmuje dynamikę gier, zabaw czy rytuałów – i to też jest trafione, zwłaszcza w dramacie, nazwijmy to, nierealistycznym; nie inaczej jest przecież u wielkich patronów Murek: Becketta, Gombrowicza, Mrożka. W jej dramatach widać dziedzictwo absurdalno-groteskowo-egzystencjalistycznego teatru, ale są one wypełnione tak osobnymi i osobliwymi treściami, że nie ma mowy o wtórności.

Tyle w nich też przeszywających spostrzeżeń, jak to: „Cudze ciała chwalimy, a swoich nie znamy, choć jest w ziemi wybór nieprawdopodobny”. I oryginalny język, soczysty, bogaty; kto z młodych pisarzy umiałby znaleźć sercowinę jabłka? I mądrość, i dojrzałość. Wybitna pisarka, wyjątkowa książka. ©

Weronika Murek FEINWEINBLEIN. DRAMATY, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019


Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]