Upadłem na raty. Zakupy stały się nałogiem

REPORTAŻ MARKA RABIJA | Czasem śnię, że jestem w centrum handlowym, nonszalancko przechadzam się wśród wystaw, a potem wychodzę bez zakupów. Czuję się wtedy szczęśliwy.

11.04.2022

Czyta się kilka minut

Poświąteczne wyprzedaże, Warszawa, 31 grudnia 2021 r. / WŁODZIMIERZ WASYLUK / FORUM
Poświąteczne wyprzedaże, Warszawa, 31 grudnia 2021 r. / WŁODZIMIERZ WASYLUK / FORUM

Dzień dobry, mam na imię Jerzy i jestem osobą uzależnioną od zakupów. Zakupoholika darujmy sobie od razu. To słowo sugeruje, że lubię kupować, tak jak „urlopoholik” nie może się doczekać wakacji. Mój stosunek do zakupów to raczej mieszanka strachu i ekscytacji, wstrętu i pożądania. Im dłużej pracuję z terapeutą, tym łatwiej oddzielić mi tę chorobę od siebie, co oczywiście nie znaczy, że przychodzi mi to już z łatwością. W każdym razie nauczyłem się tolerować siebie z nałogiem, a to naprawdę dużo, biorąc pod uwagę punkt wyjścia. Był czas, gdy czułem do siebie tylko wstręt. Co gorsza, nienawidziła mnie także Marzenka.

Do końca życia zapamiętam piątkowy wieczór, kiedy żona zorientowała się, że wbrew danej jej obietnicy, zrobiłem to po raz kolejny. Wyszła z pokoju i w milczeniu zaczęła pakować rzeczy. Próbowałem bagatelizować sprawę, przekonywałem, że przesadza, że to tylko kolejny kredyt ratalny, który spłacę tak jak poprzednie.

– A poza tym to moje hobby – wykrzyczałem.

– Człowieku – przerwała mi Marzena. – Ty nigdy nie miałeś żadnego hobby. Masz ciągle to samo uzależnienie od zakupów. Zmieniasz jedynie towar.

1.

Moje hobby? Byłem już audiofilem, fotografem, nawet didżejem z profesjonalnym mikserem do muzyki elektronicznej. Jeździłem rowerami górskim w cenie niezłego używanego samochodu, co prawda głównie wokół jeziora obok naszego domu, ale zawsze w najdroższych rowerowych ciuchach. Z kolei po okresie fascynacji motocyklami została mi dziesięciocentymetrowa blizna na przedramieniu i kask za 3 tys. zł, którego nikt nie chciał odkupić po stłuczce. Drobniejszych fascynacji w rodzaju wędkarstwa spinningowego, rzeźbienia w drewnie, domowej produkcji piwa czy gry w tenisa – wliczać do rachunku nie będę. Pozostawiły po sobie stosunkowo niewielkie spustoszenie w naszym budżecie.

Zdecydowanie najgorsze było fotografowanie. Był czas, kiedy jednocześnie spłacałem kredyty ratalne za sprzęt wart łącznie ponad 27 tys. zł. W sumie na aparaty, obiektywy, lampy, statywy i inne rzeczy do fotografii wydałem chyba z 70 tys. W ratach oczywiście. Bez nich mój koszmar pewnie by się nie zaczął.

A zaczął się wiosną 2014 r.

– Wyświetla mi się pan na zielono – powiedział do mnie wtedy pracownik sklepu rowerowego.

Nie zrozumiałem o co mu chodzi.

– Ma pan w systemie zgodę na kredyt ratalny do 15 tys. zł, bo jest pan dobrym klientem – wyjaśnił. – Nie musimy czekać na odpowiedź banku, możemy od razu podpisać umowę i wydać towar.

Chciałem kupić rower za najwyżej 5 tys. zł. Wyjechałem ze sklepu prawie dwa razy droższym. Do tego wziąłem kask, ubrania, buty i parę innych drobiazgów. Łącznie na 2,3 tys. zł. Rata wyszła coś koło 470 zł miesięcznie, na trzy lub cztery lata, nie pamiętam już dokładnie. W każdym razie był to drobiazg przy moich ówczesnych zarobkach i wydatkach.

Żonie oczywiście powiedziałem, że rower kosztował 5 tys. Mogłem zdradzić, ile zapłaciłem naprawdę, ale czułem, że mnie wyśmieje.

Pół roku później miałem już rower za 17 tys. zł. Cena dla Marzeny wyniosła oficjalnie 7 tys. zł i w dodatku miała być wielką okazją. Uwierzyła, ale czemu miałaby mi nie wierzyć. Nawet się ucieszyła, że chcę uprawiać sport.

Wtedy zaczęła się moja choroba. Odkryłem drogę na skróty do nagrody, jaką dają zakupy. Trochę przypominało mi to polowanie. W dzieciństwie chodziłem z dziadkiem na kaczki. Trzeba było wstać o chorej porze i łazić po mokrych łąkach. Z dziadka był dupa nie strzelec i rzadko wracaliśmy do domu z ptactwem, ale to mi akurat nie przeszkadzało. Uwielbiałem same podchody, tropienie. Niepewność, którą rekompensowało znalezienie zwierzyny.

Tamtego feralnego dnia w sklepie z rowerami poczułem się właśnie tak, jak z dziadkiem na łące. Dostrzegłem okazję.

2.

Pochodzę z tak zwanej zwykłej rodziny. Mama uczyła biologii w szkole. Ojciec był urzędnikiem, ale pod koniec lat 80. zaczął się bawić w biznes. Z upadającego zakładu kupił maszynę do odlewania plastikowych form i zainstalował w szopie u wujka. Produkowali tam wspólnie plastikowe zabawki, które kupowali potem od nich handlarze ze straganów. Głównie karabiny. Nieźle się im to nawet kręciło aż gdzieś do Balcerowicza. Ja nie znosiłem tego miejsca, nie tylko dlatego, że śmierdziało rozgrzanym plastikiem. Nie wolno mi było się też bawić tym arsenałem. Matka uważała, że dzieci nie powinny dotykać nawet zabawkowej broni, a ojciec chyba chciał mieć spokój i nie oponował.

Ostatnio na terapii zapytano mnie, kiedy po raz pierwszy poczułem nieodparte pragnienie kupowania i wtedy przypomniałem sobie, jak na jakimś odpuście, po mszy, mijam, idąc z babcią, stragan z takimi samymi plastikowymi karabinami, jakie mój stary odlewał w swojej szopie. Mam wtedy może osiem lat, czyli jest końcówka lat 80. Babcia ciągnie mnie dalej, ja się wyrywam, wzrok mam dosłownie wczepiony w te karabiny. W końcu, zniecierpliwiona, puszcza moją rękę i znika w tłumie. Odnajduję ją, zapłakany i przerażony, po dłuższym czasie – choć pewnie tylko tak mi się wydawało, a wszystko nie trwało dłużej niż kilkanaście sekund. Babcia chyba na mnie krzyczy, ale za bardzo mnie to nie przeraża. Przed oczami mam znowu tamte karabiny.

Potem, już jako nastolatek, wyobrażałem sobie, że na ulicach nie ma nikogo poza mną. Mogę wejść do każdego sklepu i wziąć, co zechcę. Wieczorami wręcz planowałem w myślach eskapady, układając marszrutę w taki sposób, aby trwała na przykład jak najkrócej, albo tak, by najcenniejsze fanty dostarczyć jak najszybciej do domu. W głowie miałem nawet ustaloną listę łupów, sukcesywnie aktualizowaną wraz ze zmianą asortymentu. Pamiętam dokładnie zestaw stereofoniczny pewnej japońskiej marki, z frontem w gustownym grafitowym kolorze i z fajnymi pomarańczowymi lamówkami wokół potencjometrów, który uśmiechał się do mnie z wystawy salonu audio-wideo, gdy każdego dnia mijałem go w drodze do szkoły. Gdy pewnego dnia po prostu zniknął, poczułem się jak okradziony.

Ojciec uczył mnie cnoty oszczędności. Mimo że w domu niczego nam nie brakowało, nie mogłem po prostu poprosić rodziców o jakąś rzecz i ją dostać, jak niektórzy rówieśnicy. Musiałem uzbierać na udział własny, a stary wspaniałomyślnie dokładał resztę, kiedy uznał, że już wycierpiałem dostatecznie dużo. Może gdyby mnie nie przymuszał do oszczędzania, jako dorosły nie rzuciłbym się tak kompulsywnie na zakupy? To chyba nie zbieg okoliczności, że pierwsze większe pieniądze, które zarobiłem po studiach, wydałem co do grosza na sprzęt audio. Znacznie lepszy od tamtego, który mijałem w drodze do szkoły. Po trzech latach wymieniłem go na lepszy. To znaczy droższy. Rok później znów kupiłem droższy. Czyli lepszy. Sprzedałem go, kiedy wkręciłem się w rowery. Potem pozbyłem się roweru, żeby kupić sprzęt fotograficzny, ale żeby jeździć na zdjęcia w fajne miejsca wymyśliłem motocykl.

Trudno mi w to dziś uwierzyć, ale wtedy jeszcze nie widziałem, że jestem w pułapce.

3.

Najgorzej było wieczorami. Żona wtedy bardzo źle sypiała. Budziła się koło drugiej-trzeciej w nocy i następnego dnia koło dwudziestej pierwszej oczywiście padała ze zmęczenia. Nieraz zasypiała na sofie. Zanosiłem ją wtedy do sypialni, kładem do łóżka w ubraniu, a sam siadywałem w fotelu z książką lub zaczynałem oglądać film. I po jakimś czasie łapałem się na tym, że już nie czytam ani nie oglądam, bo grzebię w telefonie za czymś do kupienia. Wystarczyło na przykład słowo „zdjęcie” lub „zbliżenie” w tekście i po chwili lądowałem na jakiejś stronie lub forum o fotografii, a stamtąd – w sklepie internetowym.

Reklamy kontekstowe w internecie to straszne cholerstwo, jak dealer narkotyków, którego masz w każdej chwili na zawołanie. Czy zdawałem sobie sprawę, że daję sobą manipulować? Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Bardzo sprawnie wynajdowałem za to rozmaite samousprawiedliwienia.

Najczęściej tłumaczyłem sobie, że naprawdę potrzebuję tego, co chcę kupić. Albo że to inwestycja w przyszłość. „Może kiedyś będę musiał zmienić zawód? Fajnie byłoby robić coś, co się lubi” – wmawiałem siebie, zamawiając kolejny obiektyw.

„Czysta oszczędność paliwa w porównaniu z jazdą samochodem, nie mówiąc o czasie, który tracę w korkach” – to o motocyklu.

„Nie stać cię na tanie rzeczy” – podczas zajawki na kolarstwo i w trakcie krótkiego, ale burzliwego romansu z wędkarstwem.

W końcu nie chciało mi się już nawet wymyślać pretekstów do zakupów. ­„Jestem dorosły, stać mnie, mam prawo” – ten argument z czasem zastąpił wszystkie inne.

4.

Nie wiem, kied y straciłem nad tym kontrolę. Przez lata zarabiałem tyle, że bez trudności spłacałem zadłużenie. W efekcie doszedłem chyba do 17 czy nawet 19 kredytów ratalnych, łącznie na prawie 7 tys. zł miesięcznie. Marzenka długo nie miała pojęcia, co się święci. Mówimy o sobie mąż i żona, ale ślubu nie mamy, mogłem więc zadłużać się bez jej zgody. Konto mamy wspólne i raty spłacałem początkowo z niego, ale kiedy kredyty zaczęły się mnożyć, nowe zlecenia przelewu zacząłem puszczać z drugiego rachunku, który założyłem oczywiście w tajemnicy przed Marzeną i zasilałem kasą z firmowego konta.

Problemy zaczęły się po wakacjach 2018 r. Holendrzy, którzy korzystali z usług mojej firmy, zerwali umowę i z miesiąca na miesiąc zyski skurczyły mi się o ponad połowę. To, co zostało, musiałem w pierwszej kolejności przeznaczyć na bieżącą działalność, pensje i podatki. W ten sposób z ponad 20 tys. zł, które bez trudu wypłacałem sobie co miesiąc jako wynagrodzenie, zrobiło się nagle najwyżej 9 tys. Na kredyty, wliczając leasing samochodu, potrzebowałem prawie 11 tys. zł.

Marzena bez słowa wyszła z domu, kiedy jej o tym powiedziałem. Wróciła po kilku godzinach, zapłakana i zrezygnowana. Gadaliśmy do świtu. W końcu oświadczyła, że zostanie ze mną, jeśli jej przysięgnę, że bez jej wiedzy nie kupię już nic na raty. Miałem też sprzedać wszystko, co do tej pory kupiłem za jej plecami, i pieniądze przeznaczyć na spłatę kredytów.

Udało mi się znaleźć kupca na mikser do muzyki i sześć wędek. Ze sprzętu foto, który trzymałem w pracy (kiedy jechaliśmy na wakacje, oficjalnie brałem sprzęt pożyczony od znajomego) zdołałem spieniężyć tylko jeden z trzech aparatów i dwa z pięciu obiektywów. Za mniej więcej 60 proc. ceny zakupu.

Cztery miesiące później kupiłem taki sam aparat, jaki sprzedałem. Oczywiście w systemie ratalnym. Marzenie nic nie powiedziałem.

5.

Ten, kto wymyślił raty przez internet, powinien smażyć się w piekle. Kiedy kredytów udzielano jeszcze w sklepie, człowiek musiał się przynajmniej wyspowiadać pracownikowi przy biurku i naczekać na decyzję. Ekscytacja mieszała się z poczuciem lekkiego upokorzenia. ­Teraz wszystko odbywa się w kilkadziesiąt sekund, do tego z domu. Można siedzieć w brudnym dresie, chrupać chipsy, zapijać browarem i się zadłużać na tysiące.

W niektórych bankach nie musiałem nawet wpisywać kompletu danych osobowych, bo system miał zapamiętaną większość informacji. Kupując ten nieszczęsny aparat po raz drugi, zauważyłem, że w tabeli deklarowanych zarobków widnieje kwota podana jeszcze ze starych dobrych czasów. W pierwszym odruchu chciałem to poprawić, ale coś mnie powstrzymało. „Zobaczymy, co ­będzie, najwyżej powiem, że to przeoczyłem” – przemknęło mi przez głowę.

System gładko przełknął wniosek i kredyt dostałem. Powtórzyłem tę sztuczkę po raz drugi czy trzeci i wtedy zrozumiałem, że nikt tego nie weryfikuje, bo bankowi zależy na wciśnięciu mi tego kredytu co najmniej tak samo, jak mnie zależy na tym, żeby pożyczkę uzyskać. Mogę więc kłamać do woli. Dopóki spłacam raty, dopóty nikt nie będzie zadawać trudnych pytań.

Dzięki temu prostemu odkryciu kredyty znów zaczęły mi się mnożyć, choć z powodu żony zjechałem z ich liczbą do ośmiu. Półtora roku po rozmowie, w której przyznałem się do zadłużenia, znowu miałem ich 14 – nie licząc oczywiście raty leasingu na auto. W pracy nie szło wcale lepiej. Bywały miesiące, że na spłatę wszystkich rat musiałem wziąć kasę na VAT. Zacząłem wyprzedawać kupione niedawno rzeczy, żeby na bieżąco obsługiwać zadłużenie.

Marzena już nie ufała mi bezgranicznie. Wiedziałem, że od czasu do czasu sprawdza moją pocztę, do korespondencji z bankami założyłem więc nowe konto. Przesyłki adresowałem oczywiście na firmę. Czułem się jak świnia, ale nie umiałem się powstrzymać.

Wsypał mnie współpracownik. ­Zadzwonił do mnie akurat, gdy byłem w kotłowni. Telefon zostawiłem w salonie. Odebrała Marzena.

– I pani jeszcze przekaże mężowi – ­rzucił na pożegnanie – że ten obiektyw jednak przyszedł. Kurier go właśnie przyniósł.

6.

Już drugi rok jestem w terapii. Nie wiem, czy żona mnie jeszcze kocha. Na pewno się o mnie troszczy, skoro jest nadal przy mnie pomimo tylu świństw, które jej zrobiłem. Bardzo jestem jej za to wdzięczny, kocham ją, ale już nie obiecuję niczego. Pierwszym osiągnięciem terapii było pogodzenie się z tym, że nie mam hobby, lecz problem. Jestem po prostu chory. Nie wiem, czy pewnego wieczoru znów nie poczuję pulsowania w skroniach i nie narobię głupot na raty. Chciałbym mieć poczucie, że nad tym panuję. Czasami nawet śnię, że jestem w centrum handlowym, nonszalancko przechadzam się pośród wystaw, a potem wychodzę bez zakupów. Czuję się wtedy szczęśliwy.

Znaleźliśmy jednak pewne rozwiązanie. Kiedy czuję, że jest ze mną bardzo źle, mówię o tym Marzenie. Siadamy wtedy razem do komputera, składamy zamówienie z opcją zapłaty w ratach i w ostatnim momencie rezygnujemy z zawarcia umowy. Kilka razy z rzędu w różnych sklepach i bankach. Internetowy subiekt robi się wtedy podejrzliwy wobec tak niestandardowego zachowania. „Decyzja odmowna. Wykryto podejrzaną aktywność” – odpowiada i na jakiś czas mamy spokój, bo wiadomo, że nigdzie nie dostanę kredytu.

Marzenę ten komunikat potwornie śmieszy. Najwyraźniej – mówi – podejrzany jest każdy, kto nie chce się zadłużyć. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2022