Zapożyczenie

W problemach z kredytami mieszkaniowymi przegląda się jak w lustrze polski analfabetyzm ekonomiczny. Każde narzędzie finansowe w niewprawnych rękach staje się niebezpieczne.

31.10.2017

Czyta się kilka minut

 / MAREK TROJANOWSKI / ADOBE CC
/ MAREK TROJANOWSKI / ADOBE CC

Rada Polityki Pieniężnej nie należy do ciał przesadnie usportowionych, a jednak udało się jej ustanowić swoisty rekord. Listopad będzie już 32. miesiącem z rzędu bez zmiany stóp procentowych, które dla rozpędzenia silnika polskiej gospodarki obniżano w ostatnich latach sukcesywnie, aż spadły do rekordowo niskiego poziomu. W rezultacie mamy dziś nad Wisłą jednocześnie inflację, solidny wzrost gospodarczy oraz – co najdziwniejsze – pieniądz, który można pożyczyć na bardzo niski procent. To z kolei oznacza, że i kredyty w Polsce prędzej czy później będą musiały podrożeć.

Członkowie Rady przekonują, że do końca roku niemal na pewno nie tkną stóp procentowych, bo nie widzą takiej potrzeby. W kolejnych miesiącach nie mogą jednak już tego obiecać – zwłaszcza w obliczu szybko rosnących pensji w firmach prywatnych, licznych protestów płacowych w budżetówce, nie wspominając o kolejnych podwyżkach stóp w innych krajach, na czele z USA. Zasiadający w RPP Jerzy Kropiwnicki mówi wprost, że epoka taniego pieniądza skończy się w Polsce wraz z bieżącym rokiem szkolnym.

Dla wielu spośród 2,8 mln Polaków, którzy na mieszkania zadłużyli się w polskiej walucie, mogą to być zatem smutne wakacje.

Uzależnieni od inflacji

Czwartek, 15 stycznia 2015 r. Analitycy i sprzedawcy w największych bankach inwestycyjnych od rana esemesują do siebie, że coś dużego może wkrótce stać się „na franku” – czyli ze szwajcarską walutą. Tuż po południu plotki krystalizują się w oficjalną informację, którą prezes Szwajcarskiego Banku Narodowego Thomas Jordan podaje z opanowaniem właściwym rasowemu bankierowi świadomemu, że zaraz rozpęta piekło: Szwajcaria kończy z obroną minimalnego kursu franka do euro.

W kilka minut frank drożeje o kilkadziesiąt procent. Blisko 600 tys. Polaków spłacających kredyty mieszkaniowe w tej walucie przelicza najbliższą ratę po kursie, który w pewnym momencie skacze z 3,56 do 5 zł, by pod koniec dnia ustabilizować się na poziomie ok. 4,2 zł – nadal koszmarnie wysokim, zwłaszcza dla tych, którzy siedem lat wcześniej brali kredyt we franku po 2 zł.

Podniesienie stóp procentowych w Polsce nie ma na szczęście aż tak silnego potencjału wstrząsowego, co nie znaczy, że nie ma go wcale. Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, przeciętny posiadacz kredytu mieszkaniowego w złotym zadłużony jest obecnie na ok. 250 tys. zł, co przy 30-letnim horyzoncie spłaty daje ratę na poziomie 1,2 tys. zł miesięcznie. Kredyt tej wysokości może dostać osoba zarabiająca już średnią krajową, czyli ok. 3,2 tys. zł na rękę. Po odliczeniu raty i reszty rachunków w kieszeni takiego kredytobiorcy pozostaje więc co miesiąc ok. 1,2 tys. zł na inne wydatki. Przy równie wąskim marginesie kredytowego bezpieczeństwa już niewielki wzrost raty może stanowić poważny problem.

infografika: Lech Mazurczyk

Rzecz jasna, większość kredytów hipotecznych mają rodziny z co najmniej dwoma źródłami dochodu, w takim gospodarstwie domowym rzadko jednak spłaca się tylko kredyt na mieszkanie. Samochód, wyposażenie, sprzęt AGD, nawet wakacje coraz częściej kupujemy na kredyt. Łączne zadłużenie polskich gospodarstw domowych w połowie 2017 r. sięgnęło 579 mld zł i wzrosło o 32,7 mld zł w ciągu zaledwie dwóch lat. Średni limit na karcie kredytowej w ciągu pięciu ostatnich lat skoczył z 4,7 do blisko 6 tys. zł. Jak szacuje BIK, w grupie polskich gospodarstw domowych mających do spłaty przynajmniej jeden kredyt łączna wartość zadłużenia sięga obecnie średnio już 40 proc. wszystkich dochodów. Potencjalna odporność domowych budżetów na wzrost rat nie jest więc w praktyce tak duża, jak podpowiada samo porównanie dochodów z wysokością jednej raty kredytu hipotecznego.

Ostatecznie wszystko zależeć będzie zatem od inflacji, z którą NBP musi walczyć statutowo, właśnie podnosząc stopy procentowe. Jeszcze pięć lat temu zależny od niej wskaźnik WIBOR 3M utrzymywał się na poziomie około 5 proc. Teraz jego wartość spadła do około 2 proc. Oznacza to, że w przypadku wspomnianego kredytu na 250 tys. zł zaciągniętego na 30 lat rata jest dziś niższa o przeszło 500 zł niż przed pięciu laty. Gdyby jednak – jak na początku ubiegłej dekady – WIBOR 3M skoczył do 10 proc., rata tego samego kredytu wzrosłaby aż do 2,6 tys. zł.

Finansiści na sucho ćwiczą już takie scenariusze. Analitycy firmy Open Finance szacują np., że przy rocznej inflacji na poziomie 4-5 proc. raty kredytów ­złotówkowych musiałyby zwiększyć się aż o 42 proc. Wróćmy więc na chwilę do statystycznej polskiej rodziny zarabiającej dwie średnie krajowe i obciążonej kredytami w wysokości 40 proc. comiesięcznych dochodów. Suma pożyczek, które musiałaby spłacać co miesiąc, rośnie w takim scenariuszu z 2,5 tys. aż do 3,6 tys. zł.

Harmonogram klęski

Co prawda NBP szacuje dziś ryzyko wystąpienia aż tak ostrej inflacji najwyżej na 20 proc., lecz każdego z 3,7 mln Polaków mających kredyty mieszkaniowe (włącznie z walutowymi) od poważnych tarapatów i tak dzielą średnio trzy miesiące. Już jedna niezapłacona rata zmienia wzorowego kredytobiorcę w klienta specjalnej troski. Po kolejnych dwóch status kredytu zmienia się z „opóźnionego” na „zagrożony”, a dla banku zwykle to sygnał, by przystąpić do strzyżenia tego, co jeszcze jest do odzyskania.

Strzyc. To nie chwytliwa figura stylistyczna, lecz synonim windykacji w żargonie bankierskim, który nie pozostawia również wątpliwości, że klient w całej tej transakcji dobrowolnie występuje w roli barana. W polskim prawie zabezpieczeniem kredytu jest cały majątek dłużnika, nie tylko hipoteka mieszkania kupionego za pożyczone pieniądze. Pracownik banku na pewno nie będzie jednak tłumaczyć tego przy podpisywaniu umowy. Z kolei większość klientów nie zada sobie trudu, by choćby przejrzeć jej warunki. W ankiecie przeprowadzonej w ub. roku przez firmę PBS aż 41 proc. badanych przyznało, że przy zawieraniu umów nie czyta dokładnie wszystkich paragrafów, bo odczuwa przy tym irytację; 5 proc. ankietowanych składa od razu podpis bez lektury.

Z zaprzysiężonych zeznań pracownika jednego z polskich banków w sprawie wytoczonej przez klienta o umorzenie kredytu frankowego:

„Zarówno wynagrodzenie banku, jak i moje było dużo wyższe w przypadku przekonania klienta do zawarcia umowy kredytu indeksowanego. (…) Istniał cały arsenał argumentów, które miały sugerować, że rozwiązanie w postaci kredytu indeksowanego jest lepsze. (…) Zasadniczo staraliśmy się nie wchodzić w szczegóły, aby klient nie zadawał trudnych pytań. Komunikowaliśmy mu, że taki kredyt oznacza ryzyko, ale nie analizowaliśmy z klientem, jakie to ryzyko. Podawaliśmy po prostu informację, że w takim kredycie występuje zmienność kursu walutowego. (…) Aneksy nie oferowały klientowi zbyt dużo korzyści, ale horrendalnie dużo kosztów. (…) Każdy kolejny niwelował klientowi korzyści, które dostawał z tytułu wcześniejszego aneksu. Większość klientów nie potrafiła tego policzyć, więc nie wiedzieli, jakie osiągną korzyści i ile ich to kosztuje. Po dwóch latach trwania aneksu saldo zadłużenia klienta rosło o kilka procent”.

No właśnie. Co to takiego to saldo?

Krach edukacji

Nauczanie ekonomii w Polsce nie istnieje. W szkole nie ma na nią właściwie miejsca, z domu też mało kto wynosi więcej niż zbiór ludowych mądrości i przysłów krążących wokół oszczędności i pracowitości – czyli też bardziej sfery etosu niż solidnego warsztatu codziennego obcowania z pieniędzmi. Media mogłyby w części wypełnić te braki, wolą jednak przemawiać do odbiorców ezopowym językiem raportów analitycznych, w którym polski złoty, zamiast po prostu drożeć lub tanieć w stosunku do innych walut, podlega na przemian aprecjacjom i deprecjacjom. Po giełdzie wałęsają się z kolei byki i niedźwiedzie (jako symbole hossy i bessy), a w bankach centralnych gołębie dziobią się z jastrzębiami (tłumaczenie na polski: rywalizują ze sobą frakcje przeciwników i zwolenników zdecydowanych interwencji walutowych).

O tym, jakie ryzyko niesie dla przeciętnego Polaka włożenie oszczędności do takiego zwierzyńca, publicyści ekonomiczni przypominają odbiorcom najczęściej po kolejnym przesileniu spod znaku krachu na giełdzie czy upadku jeszcze jednego parabanku, który obiecywał złote góry. Na co dzień w mediach ekonomicznych łatwiej o hagiograficzne powiastki o karierach czołowych przedsiębiorców czy o publicystyczne połajanki na temat wyższości keynesizmu nad neoliberalizmem niż o porcję rzetelnych informacji. Edukację ekonomiczną w Polsce utożsamiliśmy niestety z ideologizacją konkretnych planów gospodarczych. Sprawa z kredytami hipotecznymi, które w pewnym momencie przedstawiono jako lekarstwo na wszystkie problemy polskiego mieszkalnictwa, idealnie to podejście ilustruje.

W Polsce od wielu lat oddaje się do użytku po około 150-160 tys. mieszkań. Blisko 60 proc. z nich stanowią obiekty w budownictwie jednorodzinnym, a powyżej 40 proc. – mieszkania budowane na sprzedaż przez deweloperów. Jak łatwo podliczyć, budownictwo spółdzielcze i komunalne pozostaje wąskim marginesem rynku. Mieszkać po polsku nadal oznacza przede wszystkim mieszkać na swoim, co jest czymś zrozumiałym po dekadach mieszkaniowego deficytu epoki PRL. Według organizacji European Mortgage Federation, dług hipoteczny odpowiada w Polsce jedynie 18 proc. krajowego PKB. W Europie wynosi on tymczasem średnio 51 proc. Rekordzistami są Dania i Holandia, gdzie stosunek zadłużenia hipotecznego do PKB przekroczył 100 proc. Czysto statystycznie Polska może więc zadłużyć się jeszcze bardziej. Tylko że nawet bankowcy, zainteresowani wciśnięciem kredytu jak największej liczbie klientów, czasem dziwią się polskiemu pędowi na swoje na kredyt za wszelką cenę.

– Kilka miesięcy temu obsługiwałem małżeństwo. On administrator baz danych, ona nauczycielka, czyli żadna elita rynku pracy, jedno i drugie zresztą cztery lata po studiach. Od rodziców dostali pieniądze na obowiązkowe 20 proc. wkładu własnego i złożyli wniosek o kredyt na 517 tys. zł – wylicza Piotr, doradca klienta w PKO BP. – Wysyłam papiery do analiz, dostają odmowę, bo rata wraz z wcześniejszymi zobowiązaniami pochłonie im ponad połowę comiesięcznych dochodów. Sugeruję zmniejszenie kwoty kredytu przy niezmienionym wkładzie własnym, czyli po prostu zakup tańszego mieszkania. Klienci się obrazili. Pan na odchodne rzucił, że są na szczęście inne banki.

infografika: Lech Mazurczyk

W kraju, gdzie aż 80 proc. mieszkańców nie umie tak zaplanować wydatków, by osiągnąć zamierzony efekt, np. zaoszczędzić (badanie firmy DB Maison dla Fundacji im. Leopolda Kronenberga), sprzedaż kredytów, polis, programów inwestycyjnych czy nawet kart kredytowych nie jest wielkim wyzwaniem. Górny próg udziału zadłużenia w miesięcznym dochodzie czy wymóg posiadania wkładu własnego Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła bez większego oporu środowiska bankowego, które zdawało sobie sprawę, że zaczyna stąpać po cienkim kredytowym lodzie. Udział tak zwanych kredytów zagrożonych w całym rynku hipotecznym jest nadal niski i oscyluje wokół 3,5 proc., ale liczba pożyczek, których klienci nie opłacają od co najmniej trzech miesięcy tylko w latach 2009-15 wzrosła o 277 proc. – dla kredytów w obcych walutach, i o 64 proc. dla złotówkowych. To problem wykraczający zresztą poza rynek hipoteczny. Jeszcze w 2014 r. średnia kwota kredytu konsumpcyjnego zaciągniętego w polskich bankach nieśmiało sięgała 13,1 tys. zł. Dziś przekracza już 17 tys. zł. Odsetek tzw. klientów nadaktywnych (mających więcej niż 10 pożyczek do spłaty) i jednocześnie zalegających ze spłatą którejś z nich dłużej niż trzy miesiące, w łącznej liczbie wszystkich posiadaczy kredytów wzrósł tylko w ciągu ostatnich dwóch lat z 17,2 do aż 24 proc. Ci, których nie chcą już kredytować banki, wpadają w łapy parabanków i ich drakońskich odsetek. Jak szacuje BIK, przez pierwsze dwa miesiące od podpisania umowy niemal 100 proc. kredytów w parabankach jest spłacana terminowo. Po czterech miesiącach 8 proc. z nich ma już status opóźnionych. Po szesnastu – blisko 14 proc.

Kultura suplementacji

Rosnąca dysproporcja sił między sprzedającymi a kupującymi nie jest oczywiście wyłącznym grzechem bankowości, bo w innych branżach widać ją jeszcze wyraźniej. Po jednej stronie wielkie firmy z coraz grubszymi budżetami na badania rynkowe, marketing i promocje. Największy polski reklamodawca, firma Aflofarm Farmacja Polska, znana z produkcji suplementów diety, tylko od stycznia wykupiła (nominalnie, bez rabatów) reklamy za 1,54 mld zł – kwotę porównywalną z zeszłorocznymi dochodami budżetowymi całego województwa śląskiego. Co może w konfrontacji z takimi gigantami statystyczny konsument uzbrojony w średnią krajową oraz własne doświadczenia zakupowe? Widać to doskonale właśnie na przykładzie wspomnianych suplementów diety, preparatów, które same nie leczą, a jedynie wspomagają (a i to czasem bywa naukowo dyskusyjne) naturalne funkcje organizmu. Medyczne autorytety – na czele z głównym toksykologiem kraju – od lat mówią o postępującej polskiej lekomanii, lekkomyślnie nakręcanej przez producentów takich preparatów, ale nie potrafią przedrzeć się z tymi argumentami przez marketingowe unisono branży farmaceutycznej. W ciągu ostatnich pięciu lat wydatki przeciętnego Polaka na suplementy diety wzrosły o blisko 40 proc. Do końca dekady, jak szacuje firma badawcza PMR, sprzedaż parafarmaceutyków nad Wisłą będzie rosnąć w tempie około 8 proc. rocznie.

Kompulsywne zakupy tu i teraz („kup dziś, pierwszą ratę zapłacisz w lutym”), za pożyczone lekką ręką pieniądze („decyzja kredytowa już w 15 minut” czy „rata tak lekka, że jej nie poczujesz”), rzadko są tak samo trafione, co zakup dokonany z namysłem poprzedzonym oszczędzaniem na konkretny cel. Ale tego trzeba się nauczyć. Z polskich szkół dawno zniknęły tymczasem książeczki Szkolnej Kasy Oszczędności, programu założonego jeszcze w latach 20. XX wieku, którego po zmianie ustroju nie tknęła nawet władza ludowa. Zabił go dopiero wolny rynek, który rzekomo kręci się wokół pieniędzy. Program SKO próbuje od jakiegoś czasu reanimować państwowy bank PKO BP, ale bez większych sukcesów.

Efekty? Z danych NBP wynika, że na lokatach i kontach oszczędnościowych w polskich bankach leży obecnie jakieś 500 mld zł. Mniej więcej tyle samo zgromadzili ośmiokrotnie mniej liczniejsi jako społeczeństwo Norwegowie. Niemcy odłożyli ponad 1,7 bln euro. Przeciętny Polak ma dziś 2,8 tys. euro oszczędności – aż 9 razy mniej niż Belg i dwa razy mniej niż Czech.

Od niedawna towarzyszy mu również dyskretny komunikat płynący z niektórych mediów i od autorytetów ekonomicznych. Nadchodzi inflacja. Pieniądze tracą na wartości, zwłaszcza przy rekordowo niskich stopach procentowych, które pozbawiają lokaty bankowe racji bytu.

Może w tej sytuacji najlepiej wybrać się na zakupy? ©℗


RODZINY NAPRAWDĘ NA SWOIM

Przez 10 ostatnich lat ponad 200 tysiącom uczestników programu „Rodzina na Swoim” Skarb Państwa spłacał co miesiąc aż połowę raty odsetkowej. Dzięki temu na własne mieszkanie mogli pozwolić sobie ci, którzy nie mieli zdolności kredytowej obliczonej na zwykłych wolnorynkowych warunkach. Sęk w tym, że „Rodzina na Swoim” przechodzi do historii. Kredytobiorcy zostaną naprawdę na swoim.

Rata kredytu na 200 tys. zł, która z państwową dotacją nie przekraczała 800 zł, po zakończeniu programu wzrośnie do ponad tysiąca złotych. Jeśli – co wielce prawdopodobne – wzrosną także stopy procentowe, wówczas przy stawce WIBOR na poziomie 4 proc. miesięczne obciążenie takim kredytem może się zwiększyć nawet do 1,6-1,7 tys. zł. ©℗ MR

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2017