Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Towarzysz drogi

Towarzysz drogi

28.09.2011
Czyta się kilka minut
Mimo cholerycznego temperamentu promieniował spokojem. Może przeżycia wojenne pomagały mu zachować dystans, może przyczyniała się do tego religijna dojrzałość, dość, że nigdy nie widziałem, by ogarniały go pesymizm czy przygnębienie.
F

Funkcję asystenta kościelnego redakcji wymyślono w czasach PRL na użytek "Tygodnika Powszechnego" - by w ten sposób włączyć go do "stanu posiadania Kościoła", co z kolei uzasadniało występowanie władz kościelnych w obronie pisma. Mianowany na to stanowisko­ ks.­ Andrzej­ Bardecki okazał się dla redakcji prawdziwym darem niebios. Był znakiem obecności Kościoła w środowisku bynajmniej nieprzypominającym kółka ministrantów. Obecności wyrazistej, bliskiej ludziom i im przyjaznej, mądrej mądrością dwóch tysiąca lat doświadczeń.

Ksiądz Andrzej lubił powtarzać, że przez czas jego asystentury nikt nie wytknął "Tygodnikowi" doktrynalnych błędów. Taka jest prawda, co nie znaczy, że takowych nie było. Były, ale w tamtej Polsce mogły jakoś ujść na sucho.

Inna sprawa, że ks. Andrzej bywał w tej materii bardzo stanowczy. Wprawdzie w rozmowie z Januszem Poniewierskim i Adamem Szostkiewiczem ("Zawsze jest inaczej", Znak 1995 r.) mówił o co najwyżej "gorących dyskusjach" z Tadeuszem Żychiewiczem, ja jednak muszę potwierdzić to, o czym kilka stron wcześniej napisał Artur Sporniak: czasem były to straszliwe awantury. Żychiewicz wychodził z nich, owszem, pokonany (często rozstrzygającą spór decyzją Naczelnego), jednak wcale nie przekonany, a przy tym często obrażony i wściekły. Takie bitwy, może nie aż tak gwałtowne, staczał zresztą ks. Bardecki nie tylko z Tadeuszem. A trzeba było wielkiej siły charakteru, żeby w nich nie ulec.

Choć wyczulony także na to, co określał łacińskim słowem "opportunum" (dogodny, stosowny), ks. Andrzej nie był oportunistą. Potrafił śmiało iść przeciw prądowi, ale tylko wtedy, kiedy był doskonale pewny swego. Tak było z przekazywaniem nauki Soboru Watykańskiego II.

Dzięki przyjaźniom z dobrze poinformowanymi watykańskimi osobistościami jako jeden z pierwszych w Polsce promował niewiarygodne wtedy soborowe nowości, nie bacząc na groźne reakcje samego Prymasa Wyszyńskiego, który zresztą mimo sporów bardzo go szanował. Na miejscu miał oparcie w krakowskich biskupach: najpierw w Eugeniuszu Baziaku, potem w Karolu Wojtyle. Te relacje nie były czysto formalną delegacją Bardeckiego na funkcję stróża ortodoksji, ale wspólną troską i wspólnym poszukiwaniem dróg Kościoła w aktualnym świecie. Nie wiem, jak częstym bywał gościem u biskupa, arcybiskupa, kardynała Wojtyły, wiem jednak, że była to przyjaźń i wzajemne zaufanie, które zresztą przetrwało po wyborze krakowskiego metropolity na papieża.

Przyznam, że nie wszystkie jego batalie były dla mnie zrozumiałe. Nigdy np. nie pojąłem sensu wojny, którą podjął z kard. Wyszyńskim w sprawie opisywanej tu przez Sporniaka hostii z wytłoczonym wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Może chciał pokazać, że nawet najwyżsi hierarchowie są obserwowani przez media? Wiem, że ta akcja sprawiła mu sporą satysfakcję...

Jak my wszyscy wtedy, ks. Andrzej musiał się borykać z cenzurą własnych oraz cudzych tekstów, dotyczących spraw religii. Tak np. w jego artykule na Boże Narodzenie znalazło się zdanie, że Jezusa witali prości pasterze i mędrcy. Półinteligentów tam nie było - spuentował swoją myśl, ale cenzor tę puentę wykreślił. Na pytanie redakcji, czemu, odpowiedziano: wszyscy pomyślą, że to o nas. Ze zdania (w moim reportażu) "widzę tłum dzieci idących na katechizację" wykreślono "tłum" i tak dalej - konsekwentnie, stale. Trzeba było chodzić krawędziami kompromisu, decydując, czy tekst zostawić ze skreśleniem, czy w całości wycofać. Tak, a nawet więcej uczyniono w przypadku pokiereszowania przez cenzurę wywiadu Jerzego Turowicza z kard. Stefanem Wyszyńskim (marzec 1953 r.).

Wobec takich szykan postanowiono zaprzestać wydawania "Tygodnika". Ksiądz Andrzej z Antonim Gołubiewem pojechali zawiadomić o tym Prymasa. Był Wielki Czwartek - Prymasa spotkali, kiedy ten powrócił z nabożeństwa. Cierpko zareagował na widok księdza Andrzeja: "Dziwię się, że w Wielki Czwartek kapłan nie jest z wiernymi w swoim kościele", powiedział. Oczywiście wyjaśnienie sprawy, która ich przywiodła, zmieniło klimat spotkania.

Jednak nie batalie z władzą były najtrudniejszą misją kościelnego asystenta. "Tygodnik" musiał się zderzyć i nieustannie się zderzał z mentalnością, religijnością i sposobem mówienia o Kościele ukształtowanym przed wojną i w czasach tuż­powojennych. Wielu księży, a także wiernych świeckich nie akceptowało stylu i filozofii pisma, nawiązującego do tradycji "Odrodzenia", Lasek i tym podobnych środowisk. Dla wielu "dobrych katolików" trudny do przyjęcia był stanowczy sprzeciw wobec wszelkich postaci antysemityzmu, w kwestiach społecznych swojego rodzaju "lewicowość" i wreszcie krytyczny stosunek do pewnych zjawisk w Kościele jako instytucji.

Ten ostatni problem rozrósł się do rozmiarów gigantycznych w okresie Soboru. Sprawa była delikatna, bo w tym samym czasie władze starały się wykorzystać Sobór do podzielenia i podporządkowania sobie Kościoła w Polsce.

Istniała niepisana umowa, że Kościoła, który jest zwalczany jako oaza wolności i przyzwoitości, porządni ludzie nie krytykują, nawet jeśli na to zasługuje. Naruszenie tej zasady traktowano jako przejście na przeciwną stronę barykady. W "Tygodniku" o tym oczywiście wiedzieliśmy i o krytyce wprost nie było mowy, jednak sygnalizowanie zachodzących na Zachodzie zmian posoborowych siłą rzeczy było odbierane jako krytyka.

O ile zresztą instytucja źle znosiła ten rodzaj zaangażowania pisma, zwykli czytelnicy doświadczali tego, co słynnym gestem wyraził Jan XXIII, który na pytanie, czego oczekuje od Soboru, miał wstać, podejść do okna i je szeroko otworzyć: było to jak powiew świeżego powietrza dla jednych, i jak niebezpieczny przeciąg dla drugich.

To asystent kościelny zbierał cięgi, to do niego pisali zaniepokojeni biskupi, to jemu referował Metropolita, co o "Tygodniku" mówiono na posiedzeniu Konferencji Episkopatu. Andrzej znosił to z niezwykłym spokojem, co nie znaczy, że te reakcje lekceważył. Korespondował i rozmawiał z biskupami, pisał odważne, lecz wyważone artykuły i cierpliwie redagował kronikę religijną, która po latach służyła za podstawę do korekty watykańskiego, najbardziej oficjalnego rocznika "Annuario Pontificio".

Ta praca mogła być niezwykle stresująca dla każdego, ale nie dla księdza Andrzeja. Przez długie lata, co tydzień gromadził w swoim skromnym mieszkaniu tzw. "klikę metafizyczną", to jest redakcję działu religijnego, poszerzoną zresztą o osoby spoza redakcji, jak o. Jan Popiel czy o. Krzysztof Kasznica.

Co tydzień miałem okazję obcować z nimi przez te dwie godziny. Podczas posiedzeń, na których dzieliliśmy się przeżyciami i informacjami, omawialiśmy problemy i artykuły, niezmiennie panował pogodny nastrój, fascynacja tym, co się w Kościele dzieje, i często wesołość, którą zawdzięczaliśmy poczuciu humoru Andrzeja. O zapomnieniu, spóźnieniu czy szukaniu pretekstów do absencji nie było mowy. Owszem, zawsze czekała na nas kawa, koniak i jakieś herbatniki, ale tym, co nas wzywało, nie były smakołyki.

Jako asystent kościelny ks. Andrzej Bardecki należał do redakcji. Więcej: był w redakcji postacią cieszącą się autorytetem i zaufaniem. Z reguły uczestniczył w ważnych naradach ścisłego grona kierującego "Tygodnikiem", Jerzy Turowicz zasięgał jego opinii, koledzy dawali mu swoje teksty do czytania przed drukiem. Patrząc z tej perspektywy, był nie tyle asystentem, co towarzyszem drogi.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodził się 25 lipca 1934 r. w Warszawie. Gdy miał osiemnaście lat, wstąpił do Zgromadzenia Księży Marianów. Po kilku latach otrzymał święcenia kapłańskie. Studiował filozofię na Katolickim...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]