Kto wie zresztą, jak to z tym szczęśliwym zakończeniem ostatecznie będzie. Może prezes Levy po namyśle uzna, że nadszedł czas, by Ange Postecoglou, australijski Gandalf, którego mądre rady pozwoliły drużynie wypełnić powierzoną misję – mógł spokojnie odpłynąć z Szarej Przystani.
Mecz, o którym nie chcemy pamiętać
Chociaż tyle dobrze, że nie muszę wiele pisać o meczu, w dziejach finałów europejskich pucharów plasującego się z pewnością w czołówce najbrzydszych i najnudniejszych. Sami przecież widzieliście, jak to wyglądało – zwłaszcza w drugiej połowie, bo w pierwszej Tottenham szukał jednak sposobów na strzelenie bramki, oczywiście na tyle ostrożnie, by się zanadto nie narazić na kontrę rywala. 27 procent posiadania piłki. 61 procent celnych podań – szokująca statystyka. Jeden celny strzał.
Jedna w miarę składna akcja, choć i tak po fazie kilku przebitek w środku pola, z dobrym ruchem Bentancura odnajdującego przestrzeń po lewej stronie, dośrodkowaniem Sarra i tym czymś, co ostatecznie okazało się golem na miarę zwycięstwa, a co było syntezą gapiostwa Luke’a Shawa i szczęścia Brennana Johnsona (wierzyć się nie chce, ale była to już osiemnasta bramka Walijczyka w sezonie).
Jak Tottenham wygrał Ligę Europy
Mnóstwo ciężkiej, a po godzinie gry już desperackiej wręcz pracy w defensywie. Przejście na grę trójką obrońców – dołożenie do heroicznie broniących Romero i Van de Vena jeszcze Kevina Danso. W sumie to nie gol Johnsona był zresztą najważniejszym momentem tego meczu, ale interwencja Micky’ego Van de Vena, wybijającego piłkę z pustej bramki, po fatalnym, co tu kryć, błędzie Vicario i uderzeniu Hojlunda. No, może jeszcze obronę Vicario uderzenia Shawa z 96. minuty też wypadałoby wspomnieć… w tym sezonie Włoch zachowujący czyste konto to naprawdę rzadki ptak.
Było tych rzadkich ptaków więcej. Zdyscyplinowany Bissouma i opanowany Bentancur – wiedzieliśmy po kontuzjach Maddisona, Kulusevskiego i Bergvalla, że departamentu kreacji w tym meczu Tottenham mieć nie będzie, ale obaj pomocnicy i biegający przed nimi Sarr nadrabiali brak polotu wybieganiem. Rzadkim ptakiem był też Richarlison, zdrów na tyle, by zacząć spotkanie od pierwszej minuty i dopóki starczyło mu sił – czyli przez jakąś godzinę – udanie wspierający Udogiego w boju o dominację po lewej stronie z Diallo; decyzja o tym, że to Brazylijczyk, a nie Son, wyjdzie w pierwszym składzie, była jedyną kadrową niespodzianką, ale dalibóg: tym razem Postecoglou wiedział, co robi.
„Angeballu” nie przypominało to oczywiście w najmniejszym stopniu. Nie przypominało to też nic związanego z klubowym etosem odważnej i ofensywnej piłki, którego ciążenie sprawiało, że tak źle widzianym szkoleniowcem był tu niedawno hiperpragmatyczny José Mourinho. Najbardziej niebezpieczne dla Manchesteru United były – oprócz stałych fragmentów, rzecz jasna – długie piłki do Solankego i Richarlisona. Straty i wykopy na oślep mnożyły się podobnie jak zbyt chyba pochopne interwencje sędziego Zweiera.
Zwycięstwo kibiców – nie tylko Tottenhamu
Patrząc na ten chaos trudno było nie mieć wrażenia, że ważniejsze rzeczy dzieją się na trybunach, gdzie kilkanaście tysięcy fanów Spurs potrafiło zagłuszyć kibiców bardziej utytułowanych rywali. W sumie to oni byli tutaj najważniejsi; Ange Postecoglou mówił o tym jeszcze przed meczem, że piłkarze i trenerzy przychodzą i odchodzą, a my kibice zostajemy z klubem na całe życie.
Na zwycięstwo w europejskim pucharze ludzie związani z Tottenhamem czekali 41 lat, a na jakikolwiek triumf w pucharach – lat 17. Jasne: trudno to porównywać z dekadami oczekiwania fanów Newcastle (wygrali Puchar Ligi po siedemdziesięcioletniej przerwie), a zwłaszcza Crystal Palace (ubiegłotygodniowy triumf w Pucharze Anglii to pierwsze trofeum w dziejach klubu), ale i tak niektórzy fani Tottenhamu nie mieli w całym swoim życiu drugiej takiej nocy.
Postecoglou: trener, ojciec i syn
Szykując się do krótkiej rozmowy o Postecoglou w przedmeczowym studiu Polsat Sport, przypomniałem sobie swój pierwszy tekst na jego temat – prezentację przybysza z dalekiego kraju, który arkanów futbolu uczył się od przebywającego akurat w Melbourne Ferenca Puskása, ale przede wszystkim od ojca, greckiego migranta, który po nocy budził młodego Ange’a, by mogli razem obejrzeć transmisję meczów z Europy – owszem, były wśród nich także występy Tottenhamu z Glennem Hoddle’em w składzie.
„Czasami zapominamy o tym, czym jest sport – wspominał później tamte wspólnie spędzone chwile. – Nie chodzi o wygraną lub przegraną, ale o więzi, które tworzy. O to, że łączy ludzi, miasta i kraje. I że łączy rodziców z ich dziećmi”.
Niezwykła rzecz, ale teraz na pomeczowej konferencji powtórzył niemal słowo w słowo frazy, które wówczas cytowałem: o ojcu, którego głos cały czas słyszy w swojej głowie i którego widzi, kiedy tylko patrzy w lustro, bo staje się do niego coraz bardziej podobny.
Que sera z Tottenhamem i jego trenerem
Stawką tego meczu nie były więc pieniądze, jakie da w przyszłym sezonie co najmniej osiem meczów w Lidze Mistrzów, a do tego jeszcze występ w Superpucharze Europy – choć prezes Levy skrupulatnie je policzy, rzecz jasna. Stawką tego meczu nie było też uratowanie twarzy po katastrofalnym sezonie – bo tak naprawdę po tych 21 porażkach ligowych, jakże często wynikających z obnażenia zbyt naiwnej taktyki Postecoglou, uratować się jej nie da.
I może w gruncie rzeczy dobrze, że Tottenham sięgnął po Puchar w takim właśnie, kompletnie nieefektownym stylu, ciężką pracą i solidnością w defensywie, bo zaprzeczył w ten sposób stereotypowi bycia „spursy” – miłych i fajnych chłopaków, którym tak naprawdę niezwykle łatwo nakopać.
Bo przy okazji stało się coś ważniejszego: narracja się zmieniła jak wiatr nad Minas Tirith. Futbol nie jest okrutny, a Tottenham się nie wywrócił na ostatniej prostej, ba: w ogóle się nie wywrócił. Postecoglou, jak zwykle, wygrał coś w swoim drugim sezonie, a wśród szpil, jakie w chwili triumfu miał okazję wbić swoim krytykom, było wypomnienie prezesowi Levy’emu frazy, że w przeszłości sięgał po trenerów od wygrywania, ale to nie działało, więc zdecydował się na Ange’a.
„Chłopie, ja jestem trenerem od wygrywania, wygrywałem wszędzie, gdzie pracowałem, wygrywałem seryjnie” – mówił w Bilbao Australijczyk. I miał rację.
Na razie nie wiemy, co przyniesie przyszłość i kto będzie trenerem Tottenhamu w przyszłym sezonie. Ale po tym wieczorze w Bilbao to nagle przestało być takie ważne. „Que sera, sera”, to były ostatnie słowa Ange’a Postecoglou do dziennikarzy. Co ma być, to będzie – a na razie jest całkiem spory puchar w gablocie.
PS. Tyle się mówi – i słusznie – niedobrych rzeczy o tzw. mediach społecznościowych, ale w ciągu tych paru godzin po meczu dostałem za ich pośrednictwem całe mnóstwo dobrych słów i gratulacji. Za wszystkie bardzo dziękuję, to ogromnie miłe, ja naprawdę nie wiem, co się robi w takiej sytuacji.
ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ PIERWOTNIE NA BLOGU MICHAŁA OKOŃSKIEGO „FUTBOL JEST OKRUTNY”
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















