Tottenham Hotspur wygrał Ligę Europy. Trener Postecoglou dotrzymał słowa

Tak naprawdę to nie wiem, co się pisze w takiej sytuacji. Może Tolkien by wiedział – człowiek, który potrafił jednak znaleźć szczęśliwą puentę dla opowieści, co do której wszystko zapowiadało, że skończy się straszliwą katastrofą.
Czyta się kilka minut
Brennan Johnson, zawodnik Tottenhamu (w środku), po zdobyciu bramki dla swojej drużyny podczas finałowego meczu Ligi Europy pomiędzy Tottenhamem Hotspur a Manchesterem United. Bilbao, Hiszpania, 21 maja 2025 r. // Fot. Jose Breton / AP / East News
Brennan Johnson, zawodnik Tottenhamu (w środku), po zdobyciu bramki dla swojej drużyny podczas finałowego meczu Ligi Europy pomiędzy Tottenhamem Hotspur a Manchesterem United. Bilbao, Hiszpania, 21 maja 2025 r. // Fot. Jose Breton / AP / East News

Kto wie zresztą, jak to z tym szczęśliwym zakończeniem ostatecznie będzie. Może prezes Levy po namyśle uzna, że nadszedł czas, by Ange Postecoglou, australijski Gandalf, którego mądre rady pozwoliły drużynie wypełnić powierzoną misję – mógł spokojnie odpłynąć z Szarej Przystani.

Mecz, o którym nie chcemy pamiętać

Chociaż tyle dobrze, że nie muszę wiele pisać o meczu, w dziejach finałów europejskich pucharów plasującego się z pewnością w czołówce najbrzydszych i najnudniejszych. Sami przecież widzieliście, jak to wyglądało – zwłaszcza w drugiej połowie, bo w pierwszej Tottenham szukał jednak sposobów na strzelenie bramki, oczywiście na tyle ostrożnie, by się zanadto nie narazić na kontrę rywala. 27 procent posiadania piłki. 61 procent celnych podań – szokująca statystyka. Jeden celny strzał. 

Jedna w miarę składna akcja, choć i tak po fazie kilku przebitek w środku pola, z dobrym ruchem Bentancura odnajdującego przestrzeń po lewej stronie, dośrodkowaniem Sarra i tym czymś, co ostatecznie okazało się golem na miarę zwycięstwa, a co było syntezą gapiostwa Luke’a Shawa i szczęścia Brennana Johnsona (wierzyć się nie chce, ale była to już osiemnasta bramka Walijczyka w sezonie). 

Jak Tottenham wygrał Ligę Europy

Mnóstwo ciężkiej, a po godzinie gry już desperackiej wręcz pracy w defensywie. Przejście na grę trójką obrońców – dołożenie do heroicznie broniących Romero i Van de Vena jeszcze Kevina Danso. W sumie to nie gol Johnsona był zresztą najważniejszym momentem tego meczu, ale interwencja Micky’ego Van de Vena, wybijającego piłkę z pustej bramki, po fatalnym, co tu kryć, błędzie Vicario i uderzeniu Hojlunda. No, może jeszcze obronę Vicario uderzenia Shawa z 96. minuty też wypadałoby wspomnieć… w tym sezonie Włoch zachowujący czyste konto to naprawdę rzadki ptak.

Było tych rzadkich ptaków więcej. Zdyscyplinowany Bissouma i opanowany Bentancur – wiedzieliśmy po kontuzjach Maddisona, Kulusevskiego i Bergvalla, że departamentu kreacji w tym meczu Tottenham mieć nie będzie, ale obaj pomocnicy i biegający przed nimi Sarr nadrabiali brak polotu wybieganiem. Rzadkim ptakiem był też Richarlison, zdrów na tyle, by zacząć spotkanie od pierwszej minuty i dopóki starczyło mu sił – czyli przez jakąś godzinę – udanie wspierający Udogiego w boju o dominację po lewej stronie z Diallo; decyzja o tym, że to Brazylijczyk, a nie Son, wyjdzie w pierwszym składzie, była jedyną kadrową niespodzianką, ale dalibóg: tym razem Postecoglou wiedział, co robi.

„Angeballu” nie przypominało to oczywiście w najmniejszym stopniu. Nie przypominało to też nic związanego z klubowym etosem odważnej i ofensywnej piłki, którego ciążenie sprawiało, że tak źle widzianym szkoleniowcem był tu niedawno hiperpragmatyczny José Mourinho. Najbardziej niebezpieczne dla Manchesteru United były – oprócz stałych fragmentów, rzecz jasna – długie piłki do Solankego i Richarlisona. Straty i wykopy na oślep mnożyły się podobnie jak zbyt chyba pochopne interwencje sędziego Zweiera.

Zwycięstwo kibiców – nie tylko Tottenhamu

Patrząc na ten chaos trudno było nie mieć wrażenia, że ważniejsze rzeczy dzieją się na trybunach, gdzie kilkanaście tysięcy fanów Spurs potrafiło zagłuszyć kibiców bardziej utytułowanych rywali. W sumie to oni byli tutaj najważniejsi; Ange Postecoglou mówił o tym jeszcze przed meczem, że piłkarze i trenerzy przychodzą i odchodzą, a my kibice zostajemy z klubem na całe życie.

Na zwycięstwo w europejskim pucharze ludzie związani z Tottenhamem czekali 41 lat, a na jakikolwiek triumf w pucharach – lat 17. Jasne: trudno to porównywać z dekadami oczekiwania fanów Newcastle (wygrali Puchar Ligi po siedemdziesięcioletniej przerwie), a zwłaszcza Crystal Palace (ubiegłotygodniowy triumf w Pucharze Anglii to pierwsze trofeum w dziejach klubu), ale i tak niektórzy fani Tottenhamu nie mieli w całym swoim życiu drugiej takiej nocy.

Postecoglou: trener, ojciec i syn

Szykując się do krótkiej rozmowy o Postecoglou w przedmeczowym studiu Polsat Sport, przypomniałem sobie swój pierwszy tekst na jego temat – prezentację przybysza z dalekiego kraju, który arkanów futbolu uczył się od przebywającego akurat w Melbourne Ferenca Puskása, ale przede wszystkim od ojca, greckiego migranta, który po nocy budził młodego Ange’a, by mogli razem obejrzeć transmisję meczów z Europy – owszem, były wśród nich także występy Tottenhamu z Glennem Hoddle’em w składzie.

„Czasami zapominamy o tym, czym jest sport – wspominał później tamte wspólnie spędzone chwile. – Nie chodzi o wygraną lub przegraną, ale o więzi, które tworzy. O to, że łączy ludzi, miasta i kraje. I że łączy rodziców z ich dziećmi”. 

Niezwykła rzecz, ale teraz na pomeczowej konferencji powtórzył niemal słowo w słowo frazy, które wówczas cytowałem: o ojcu, którego głos cały czas słyszy w swojej głowie i którego widzi, kiedy tylko patrzy w lustro, bo staje się do niego coraz bardziej podobny.

Que sera z Tottenhamem i jego trenerem

Stawką tego meczu nie były więc pieniądze, jakie da w przyszłym sezonie co najmniej osiem meczów w Lidze Mistrzów, a do tego jeszcze występ w Superpucharze Europy – choć prezes Levy skrupulatnie je policzy, rzecz jasna. Stawką tego meczu nie było też uratowanie twarzy po katastrofalnym sezonie – bo tak naprawdę po tych 21 porażkach ligowych, jakże często wynikających z obnażenia zbyt naiwnej taktyki Postecoglou, uratować się jej nie da.

I może w gruncie rzeczy dobrze, że Tottenham sięgnął po Puchar w takim właśnie, kompletnie nieefektownym stylu, ciężką pracą i solidnością w defensywie, bo zaprzeczył w ten sposób stereotypowi bycia „spursy” – miłych i fajnych chłopaków, którym tak naprawdę niezwykle łatwo nakopać.

Bo przy okazji stało się coś ważniejszego: narracja się zmieniła jak wiatr nad Minas Tirith. Futbol nie jest okrutny, a Tottenham się nie wywrócił na ostatniej prostej, ba: w ogóle się nie wywrócił. Postecoglou, jak zwykle, wygrał coś w swoim drugim sezonie, a wśród szpil, jakie w chwili triumfu miał okazję wbić swoim krytykom, było wypomnienie prezesowi Levy’emu frazy, że w przeszłości sięgał po trenerów od wygrywania, ale to nie działało, więc zdecydował się na Ange’a. 

„Chłopie, ja jestem trenerem od wygrywania, wygrywałem wszędzie, gdzie pracowałem, wygrywałem seryjnie” – mówił w Bilbao Australijczyk. I miał rację.

Na razie nie wiemy, co przyniesie przyszłość i kto będzie trenerem Tottenhamu w przyszłym sezonie. Ale po tym wieczorze w Bilbao to nagle przestało być takie ważne. „Que sera, sera”, to były ostatnie słowa Ange’a Postecoglou do dziennikarzy. Co ma być, to będzie – a na razie jest całkiem spory puchar w gablocie.

PS. Tyle się mówi – i słusznie – niedobrych rzeczy o tzw. mediach społecznościowych, ale w ciągu tych paru godzin po meczu dostałem za ich pośrednictwem całe mnóstwo dobrych słów i gratulacji. Za wszystkie bardzo dziękuję, to ogromnie miłe, ja naprawdę nie wiem, co się robi w takiej sytuacji.

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ PIERWOTNIE NA BLOGU MICHAŁA OKOŃSKIEGO „FUTBOL JEST OKRUTNY”

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”