„Wojna” Garlanda: surowa rekonstrukcja, ale czy bez ideologicznej nadbudowy?

W trosce o autentyzm Alex Garland uczynił współautorem filmu Raya Mendozę, oficera jednostki specjalnej Navy SEALs, walczącej w Iraku. Pomiędzy czyjąś kuchnią a sypialnią, z trzymaną na muszce iracką rodziną, stajemy się świadkami tego, czym naprawdę była amerykańska „misja stabilizacyjna”.
w cyklu CO OBEJRZEĆ W WEEKEND
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu "Wojna", reż Alex Garland, 2025 r. // Materiały prasowe Prime Video
Kadr z filmu "Wojna", reż Alex Garland, 2025 r. // Materiały prasowe Prime Video

Kino wojenne zawsze jest trochę podejrzane. Nie tylko dla pacyfistów, kiedy głosi chwałę czyjegoś oręża, i nie tylko wtedy, gdy będąc z założenia antywojenne, zamienia się w prężący filmowe muskuły spektakl. Sztandarowym przykładem był arcydzielny „Czas Apokalipsy”, ale i później, kiedy przyszedł czas na inne wojenne rozliczenia, trwał w kinie popisowy wyścig w zastosowaniu coraz to bardziej sugestywnych środków wyrazu, w imię coraz bardziej fetyszyzowanej „imersji”.

Pewnie dlatego Alex Garland, twórca znany dotąd z nader kreatywnego podejścia do filmowych gatunków (science fiction w „Ex Machinie” i „Anihilacji”, horroru w „Men”, czy kina wojennego w „Civil War”), postanowił pójść pod prąd samemu sobie i ograniczyć się do rekonstrukcji. Jego „Wojna” nie ma w sobie nic z komputerowej strzelanki ani widowiska. Ale czy nawet w wersji tak surowej może być całkowicie wolna od ideologicznej nadbudowy?

  • WOJNA („Warfare”) – reż. Alex Garland, Ray Mendoza. Prod. USA 2025. Prime Video

W trosce o autentyzm brytyjski reżyser uczynił współautorem filmu Raya Mendozę, oficera jednostki specjalnej Navy SEALs, walczącej w Iraku. Na podstawie wspomnień jego oraz innych bezpośrednich uczestników wydarzeń odtworzono na ekranie jeden dzień z listopada 2006 roku, kiedy to pluton Mendozy został osaczony podczas bitwy o miasto Ramadi i uczynił z prywatnego domu stanowisko snajperskie. Pomiędzy czyjąś kuchnią a sypialnią, z trzymaną na muszce wyrwaną ze snu iracką rodziną, stajemy się świadkami tego, czym naprawdę była amerykańska „misja stabilizacyjna”. Żeby zwiększyć wrażenie naoczności, obrazy z zewnątrz ograniczono w filmie do minimum i niemal wszystko rozgrywa się w klaustrofobicznym wnętrzu mieszkania. Z paradokumentalnym weryzmem kamera Davida J. Thompsona rejestruje narastający chaos walki o przeżycie; jej uczestnicy w najlepszym razie wyjdą stąd trwale okaleczeni, nie tylko cieleśnie.

„Wojna” niczego nam specjalnie nie tłumaczy, bo ta prawdziwa zdaje się w filmie oderwana od polityki – to przede wszystkim krwawa jatka, przeszywający skowyt bólu i siwy dym, rozumiany także symbolicznie (co tu się właściwie dzieje?!). Oczywiście, dominuje perspektywa amerykańska, nie tyle jednak polityczna czy snajperska, co iście organiczna, pozwalająca własnymi trzewiami poczuć, czym jest wpychanie na żywca szmaty do świeżej rany wlotowej. Albo zanurzyć się bez reszty w wojennej fonosferze, gdzie tak wiele waży każdy oddech, poszum wiatru, świdrująca cisza. I jeszcze poczuć na sobie ciężar każdej pojedynczej minuty, półtoragodzinna akcja filmu Garlanda i Mendozy rozgrywa się bowiem podobno w czasie rzeczywistym. 

A jaką rzeczywistość nam przedstawiają? Mimo że mocno subiektywną, to pozbawioną zwyczajowej heroizacji, chociażby tej indywidualnej, pozwalającej łatwo utożsamić się z postacią. W „Wojnie” mamy bohatera zbiorowego, brak gwiazdorskich twarzy i słychać raczej zdawkowe dialogi, przez co widz bardziej staje się zakładnikiem morderczej sytuacji aniżeli jej aktywnym uczestnikiem. Dopiero finałowa dedykacja przyznaje specjalne miejsce jednemu z bohaterów. Nie ma jednak w „Wojnie” typowo amerykańskiego triumfalizmu czy hurrapatriotyzmu. Również sceny, kiedy solidarnie ratuje się rannego towarzysza broni, dalekie są od hollywoodzkiej dramatyzacji, czemu sprzyja rezygnacja z muzyki ilustracyjnej.

Pewnie znajdą się i tacy, którzy zobaczą w tym weryzmie zakamuflowany obraz amerykańskiej martyrologii – ja widziałam przede wszystkim absurd ówczesnej interwencji, jej mocno naciągane motywy, wielką dezinformację, krwawe ofiary i spłacane do dzisiaj koszty. Zastanawiałam się jednak, na ile ten wycinkowy i nazbyt generyczny dreszczowiec o bezsensie tamtej wojny skleja prawdę ekranu z prawdą naszego czasu. Czy nie stanie się, nawet wbrew szlachetnym intencjom twórców, kolejną zasłoną dymną dla współczesnych masakr, konfliktów i kłamstw.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”