Reklama

To wystawa królewska

To wystawa królewska

29.03.2021
Czyta się kilka minut
Andrzej Betlej, dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu: Szesnastowiecznym odbiorcom imponowały wielkością oraz blaskiem złotych i srebrnych nici. Współczesny widz dostrzeże w nich nawiązania do Rafaela, Michała Anioła i Leonarda.
Fot. ANNA STANKIEWICZ
G

GRZEGORZ NUREK: Duch króla Zygmunta Augusta powrócił na Wawel? Do 31 października oglądać można na Zamku „Wszystkie arrasy króla. Powroty 2021–1961–1921”, największą wystawę arrasów, które ufundował. A ­niespodziewanie pojawiła się też należąca do niego młodzieńcza zbroja…

ANDRZEJ BETLEJ: Rzeczywiście, doszło do pewnej koincydencji. Powróciły arrasy, co tak naprawdę oznacza, że po raz pierwszy w historii muzeum wszystkie obiekty z tej kolekcji zostały wyeksponowane i udostępnione dla zwiedzających. Można powiedzieć, że w takiej skali jest to pierwszy pokaz od XVI wieku. Pokazujemy także arras należący do Zamku Królewskiego w Warszawie. Niestety, nie udało się sprowadzić trzydziestu czterech fragmentów tapiserii, które znajdują się w Ermitażu – uniemożliwiła to sytuacja pandemiczna i stopień skomplikowania tego wypożyczenia.

Przybyła też na Wawel młodzieńcza zbroja Zygmunta Augusta. Gdy zestawimy kunszt wykonania tego bezcennego obiektu z ujmującym pięknem arrasów, uświadamiamy sobie rangę fundacji związanej z rodem Jagiellonów. I choć zbroja nie została przez nich ufundowana, dla Jagiellona była przeznaczona. Dostrzegamy, jak znaczącym ośrodkiem politycznym i artystycznym był wtedy dwór Jagiellonów. Powstanie unikatowej kolekcji arrasów na zlecenie władcy nie ma precedensu w Europie. To największe tego rodzaju prywatne – królewskie przedsięwzięcie wynikające z kolekcjonerskiego zamiłowania króla Zygmunta Augusta, który kolekcjonował m.in. biżuterię i rzemiosło artystyczne.

Cieszę się, że wróciliśmy do dobrej tradycji organizowania wystaw w przestrzeniach historycznych; reprezentacyjnych komnatach i apartamentach.

Arrasy pokazujecie w komnatach, dla których były projektowane. Skąd jednak wiadomo, gdzie które wisiały? Stanisław Orzechowski w panegiryku weselnym aż tak szczegółowo tego nie opisał.

Wawel do dziś jest przedmiotem badań naukowych, także funkcje i rola poszczególnych sal są przedmiotem dyskusji. Wiadomo o reprezentacyjnym przeznaczeniu sal Senatorskiej i Poselskiej. Choć nie bazowaliśmy na szczegółowym dokumencie, to jednak analizując utwór Orzechowskiego i późniejsze przekazy historyczne, dokonaliśmy pewnego rodzaju rekonstrukcji. Także rekonstrukcji przekazu ideowego. Oczywiście dyskusja naukowa na temat ich rozmieszczenia nadal się toczy w literaturze historyczno-artystycznej.

Twórcy kartonów do arrasów inspirowali się rysunkami Michała Anioła, Leonarda da Vinci i Rafaela?

Uważny widz odnajdzie odwołania do charakterystycznych póz, figur i gestów, które pojawiają się chociażby w dziełach Rafaela czy rzeźbach Michała Anioła. Twórcy arrasów inspirowali się pracami największych artystów, ale także bestiariuszami, kompendiami florystycznymi i zoologicznymi. Michiel I Coxcie, twórca arrasów biblijnych, był nazywany Rafaelem Flamandzkim. Ranga krakowskich arrasów porównywalna była z najsłynniejszymi arrasami wykonanymi według kartonów Rafaela. W przypadku kolekcji wawelskiej należy pamiętać, że była ona tzw. pierwszą edycją dla późniejszych realizacji.

W górnych pasach bordiury znajdują się wersety biblijne… Z kolei zwierzęta pojawiające się na arrasach mają często znaczenie symboliczne.

Arrasy biblijne, herbowe i werdiury roślinno-zwierzęce tworzą całość. Musimy patrzeć na kolekcję jako na mikrokosmos znaczeń, wyobrażony świat, w którym historia, znaczenie dziejów ludzkości oraz otoczenie stanowiły jedność. Jedność, gdzie w centrum znajdowała się domyślnie postać zleceniodawcy – tego, który arrasy zamówił, zakupił i postanowił pokazać w swojej rezydencji. Świat, nad którym, możemy domniemywać, on jako władca panował.

Pierwsze arrasy przywiozła do Krakowa w 1518 r. Bona. Król Zygmunt August zgromadził ich w sumie 160, co dowodzi jego kolekcjonerskiej pasji. Ile one były wtedy warte? Wspomina się o ponad 79 tys. florenów królewskiego długu, potem jeszcze o kolejnych 12 tys. florenów. Brak jednak faktur. Król po śmierci kazał spalić prywatną korespondencję, a w miejskim archiwum w Brukseli zdarzył się pożar.

Wiadomo również, że proces zakupu, regulowania płatności za wykonane prace był rozłożony na wiele lat. Skala i proces zamówienia spowodowały, że fundator je opłacał niejako w ratach, etapami regulując należności.

Musiał to być niemały wydatek. Także przez to, że arrasy aż lśnią od złota.

Trzeba było na ten zakup zgromadzić odpowiedni fundusz. Łatwiej było królowi zakupić kolejne dzieło złotnicze niż serię arrasów. Spektakularność tej fundacji potwierdzają późniejsze losy arrasów. Stanowiły one najcenniejsze klejnoty zapisane w spadku siostrom króla. Potem stały się cennym zastawem, który trzeba było wykupić. Uświetniały też wiele ważnych uroczystości. Były znakiem splendoru, majestatu i bogactwa władców oraz państwa.

Pytam o ich wartość, bo np. wobec groźby najazdu tureckiego w 1673 r. w parlamencie zapadła uchwała o ich sprzedaży na pokrycie kosztów zaciągu wojska. Uchwała na szczęście niezrealizowana.

W sytuacji kryzysowej ktoś wpadł na taki pomysł. W świadomości rządzących arrasy zawsze przedstawiały coś bardzo cennego. Musiała to być naprawdę trudna sytuacja, bo sprzedaż ich to jak pozbywanie się funduszu założycielskiego lub sreber rodowych.

Podobno było też pięć arrasów ilustrujących dzieje Mojżesza. Nie zachowały się do dzisiejszych czasów. Coś więcej o nich wiemy?

To także przedmiot badań naukowych i studiów kuratorki wystawy Magdaleny Piwockiej – najwybitniejszej obok Marii Hennel-Bernasikowej znawczyni arrasów. Szukamy odpowiedzi, czy arrasy mojżeszowe zostały w ogóle zrealizowane, jeśli tak, to co się z nimi stało… Głosy mówiące o podarowaniu ich Stolicy Apostolskiej nie potwierdziły się. Odkrywanie tajemnicy ich zaginięcia jest nie lada wyzwaniem. Co bardzo ciekawe, istnieją natomiast rysunki i szkice do niezrealizowanych arrasów o dziejach Abrahama.

Co Pana najbardziej fascynuje w arrasach?

Mam do nich szczególny stosunek. W 1988 r. Zamek Królewski na Wawelu organizował konkurs dla licealistów na opis wybranego arrasu. Wziąłem w nim udział. Usłyszałem przy tej okazji wykład Magdaleny Piwockiej o kolekcji. Byłem oszołomiony, jak ogromną wiedzą na ich temat dysponuje kuratorka. Nie sądziłem jeszcze wtedy, że o arrasach można tyle opowiadać.

Wśród studentów historii sztuki funkcjonuje zresztą do dziś powiedzenie: „Każdy widzi tyle, ile wie”. Zwiedzając wystawę, studiujemy arrasy, odkrywamy kolejne znaczenia, sensy, poznajemy ukryte symbole… Przyznam, że niektóre arrasy zobaczyłem po raz pierwszy podczas przygotowywania tej wystawy. To naprawdę wyjątkowe doświadczenie i cieszę się, że nasi zwiedzający będą mieli tę niepowtarzalną okazję. Taka możliwość pojawia się właściwie raz w życiu. Teraz.

Od 1990 r. były prezentowane naprzemiennie.

Kolekcja składa się nie tylko z pełnych egzemplarzy, także z fragmentów. Możliwość obcowania z całą kolekcją to coś wyjątkowego. Pełen zachwyt gwarantowany. Sala Poselska jest teraz w całości wypełniona, czy nawet, jak niektórzy mówią, „wytapetowana” arrasami. Wejście w tę przestrzeń zapiera dech w piersiach.

Na nas robią wrażenie, cóż dopiero na gościach króla. Przez pierwsze 150 lat ich kolory były nasycone, żywe.

Od powrotu tapiserii z Rosji w 1921 r. rozpoczął się wieloletni proces ich konserwacji. Trwa do dziś. W sali Senatorskiej, gdzie pokazujemy arrasy herbowe, obejrzymy też arras po niedawnej konserwacji. Do pewnego stopnia „odzyskał” on swą barwę, wyróżnia się na tle innych. Przy intensywnych, żywych kolorach arrasów człowiek XVI wieku mógł mieć poczucie obcowania z absolutem. Adam i Ewa naturalnej wielkości, postać Boga robiąca monumentalne wrażenie. Zdradzę, że na wystawie będzie można, dzięki pewnemu zabiegowi, zobaczyć oryginalną kolorystykę niektórych arrasów!

Ukrywane przed Szwedami; zrabowane z polecenia Katarzyny II przez Rosjan; w 1939 r., na trzy dni przed wkroczeniem Niemców na Wawel, transportowane w trakcie bombardowań galarem wiślanym. Aleksander Janta opisując w londyńskich „Wiadomościach” akcję Świerz-Zaleskiego i Krzywdy-Pol­kowskiego, określił ją jako „szaloną ewakuację”. Ostrzał, niski poziom rzeki, chaos. W ostatniej chwili (w nocy z 17 na 18 września) przed napierającymi Sowietami arrasy wywieziono do Rumunii. Potem też nie było łatwo. Z Francji ewakuowane do Anglii. Z Anglii do Kanady. W ciągłym zagrożeniu. W zasadzie to cud, że przetrwały.

Cieszę się, że padły te nazwiska. Wystawę chcemy dedykować właśnie tym, dzięki którym arrasy ocalały i powróciły na Wawel, m.in. Krzywdzie-Polkowskiemu, Świerz-Zaleskiemu, Szablowskiemu, Małcużyńskiemu, także tym, którzy walczyli o ich powrót z Rosji, m.in. Morelowskiemu. Wystawa upamiętni ich ofiarność w poszukiwaniu arrasów, starania o zwrot skarbu, opiekę nad nim. Historia arrasów jest jak scenariusz filmu sensacyjnego. A skoro te osoby traktowały kolekcję jak bezcenny skarb, to dobry powód, aby go ukazać w całości. Wystawa, którą przygotowaliśmy, to jedno z największych wydarzeń logistycznych i konserwatorskich w dziejach muzeum. Pokazuje nam konieczność pracy z własną kolekcją. Ekspozycja potrwa pół roku, ale chciałbym, by została zapamiętana na zawsze: jako pomnik fundacji królewskiej, tych, którzy kolekcję tworzyli, i tych, którzy troszczyli się o nią przez wieki.


Czytaj także: Wawelskie arrasy krajobrazowe najpełniej zrealizowały i na długo utrwaliły ideał nowożytnej wizji świata roślin i zwierząt.


 

Nie pozwolimy o tym zapomnieć. Wydaliśmy specjalnie kilka książek poświęconych arrasom: reedycję katalogu, całkowicie nowy zbiór studiów, ale i album w ośmiu wersjach językowych. Oczywiście jest też katalog wystawy.

Arrasy będą pokazywane poza Polską?

Warto się nad tym zastanowić. Wiemy, że jest zainteresowanie. W 2023 r. odbędzie się uroczystość 700-lecia założenia Wilna, a dla Litwinów arrasy stanowią również ważne historycznie skarby. Z pewnością musimy arrasy jak najlepiej chronić, także przed nadmiernym nasłonecznieniem. Prezentacja choćby części kolekcji poza Polską wymagałaby ustaleń międzypaństwowych. Byłoby to również olbrzymie przedsięwzięcie logistyczne. Liczę, że świadomość wagi wawelskiej wystawy na Zachodzie pozwoli nawiązać kontakty, które zaowocują w przyszłości.

Z okazji tej ekspozycji zaprosił Pan do współpracy współczesnych artystów: Mirosława Bałkę i Marcina Maciejowskiego.

Arrasy inspirują też twórców współczesnych. Pierwszy obraz Marcina Maciejowskiego odnoszący się do arrasów powstał jeszcze w trakcie jego studiów na ASP. Teraz podarował nam kolejne dzieło. A Mirosław Bałka przygotował – z myślą o naszej wystawie – dwie instalacje. Jedną będzie można zobaczyć na dziedzińcu wawelskim, druga wraz z obrazem Maciejowskiego otwiera ekspozycję. Koncept wystawy ujęty w słowie „Powroty” jest więc zaskakujący i nieoczywisty. Podążamy bowiem od współczesności przez kolejne powroty arrasów: rok 1961 i 1921. Na potrzeby wystawy stworzyliśmy również multimedialne widowisko, które chcemy przedstawić zwiedzającym na Dziedzińcu Arkadowym, by za sprawą światła i dźwięku poznawali emocjonującą historię kolekcji.

Aby wydobyć piękno arrasów, trzeba je było też specjalnie podświetlić.

Zobaczymy je – dosłownie i w przenośni – w nowym świetle. W Muzeach Watykańskich widziałem, jak prezentowano arrasy Rafaela projektowane dla kaplicy Sykstyńskiej. Choć obiekty znajdują się na ekspozycji w muzeum, to pokazanie ich na nowo podświetlonych w miejscu, dla którego zostały stworzone, stało się w Rzymie wielkim wydarzeniem. Mam nadzieję, że z naszą wystawą będzie podobnie. Warto dać się ponieść arrasom i zanurzyć w przedstawionym na nim świecie – wtedy uświadomimy sobie, jakie piękno mijaliśmy na co dzień, i wyzwolimy się z przekonania, że mamy do czynienia jedynie ze statyczną ekspozycją. Cieszę się, że pomysł wystawy został dobrze przyjęty przez zespół pracowników Zamku. Pierwszym krokiem była kompleksowa i szczegółowa digitalizacja wszystkich arrasów. Zrobiono to z taką dokładnością, że moglibyśmy je wydrukować w trzykrotnym powiększeniu, nie tracąc żadnego detalu.

Pokazujemy arrasy jako dumę wawelskiej kolekcji. To wystawa totalna, prawdziwie królewska. ©

Dr hab. ANDRZEJ BETLEJ, prof. UJ, jest historykiem sztuki. W latach 2012–2016 dyrektor Instytutu Historii Sztuki UJ, w latach 2016–2020 dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie, od stycznia 2020 r. dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu, wiceprzewodniczący Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa.


Czytaj także: Muzeum musi dziś dostarczać emocji, przeżyć i wiedzy. Możemy i chcemy to robić - mówi Andrzej Betlej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]