Reklama

To będzie rewolucja

To będzie rewolucja

15.06.2020
Czyta się kilka minut
MAREK PRAWDA, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce: Tabuny lobbystów zaczęły tłumaczyć Brukseli, że plastik jest konieczny do zwalczania pandemii. Ale Unia wie, że starego świata nie warto odbudowywać z jego dysfunkcjami.
Vittorio Emanuele II w Mediolanie, najstarszy pasaż handlowy we Włoszech, 19 maja 2020 r. IPA / BACKGRID / FORUM
M

MARCIN ŻYŁA: Gdzie była Unia w czasie pandemii?

MAREK PRAWDA: Tam, gdzie powinna.

Czyli gdzie?

Przestrzegała, informowała, koordynowała. Już 9 stycznia, kiedy jeszcze nikomu nie śniło się o pandemii, powiadomiła o zagrożeniu państwa członkowskie. 31 stycznia zapytała je o badania nad nowym koronawirusem i przeznaczyła na nie pierwsze miliony euro. 4 lutego, podczas spotkania komitetu ds. bezpieczeństwa zdrowia, zapytała rządy, czy są przygotowane na epidemię i jak można im pomóc.

I co na to rządy?

Mówiąc dyplomatycznie: były mało rozmowne. Mało kto zgłaszał jakiekolwiek zapotrzebowanie.

Jak Pan myśli, dlaczego?

Łudzono się jeszcze, że epidemię można ograniczyć lokalnie. Ale kiedy sytuacja w północnych Włoszech wymknęła się spod kontroli, zaczęły się wzajemne pretensje. Bruksela krytykowała państwa członkowskie, że reagują w nieskoordynowany sposób. Państwa Brukselę – że nie robi nic. Zaczął się smutny spektakl, wyścig narodowych egoizmów, kto załatwi dla siebie jak najwięcej maseczek i respiratorów.

Kibicowałem władzom, żeby zdążyły doposażyć ochronę zdrowia. To chyba nie egoizm.

Mam na myśli brak odruchu solidarności ponad granicami. Kiedy ostatecznie Włosi poprosili kraje Unii o pomoc, pierwszą odpowiedzią, przez kilka dni, było milczenie. Maseczki przysłały Chiny. Wkrótce europejska pomoc przewyższyła chińską, ale mało kto to zobaczył, bo trwała już kampania piarowa. Analitycy z Włoch opowiadali mi, że 58 proc. wpisów w mediach społecznościowych generowały trolle i boty. Ta akcja miała pokazać, jak bardzo społeczeństwo włoskie jest wdzięczne Chinom i jak bardzo złe na Unię.

Inny przykład tego „egoizmu”: samodzielne zamykanie granic doprowadziło do chaosu. Dopiero interwencja przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen sprawiła, że odblokowano przewóz lekarstw.

Sugeruje Pan, że nieobecność Unii podczas pandemii to tylko złudzenie optyczne?

Zawsze, gdy wydarza się katastrofa, państwa członkowskie są bliżej. Mają narzędzia, żeby zareagować. Potem jest czas dla Wspólnoty. Jak podczas pożaru – najpierw gaszą go domownicy, potem organizują się sąsiedzi. Na koniec wszyscy zastanawiają się, co zrobić, aby do kolejnego pożaru nie doszło.

Unia Europejska to państwa członkowskie oraz instytucje. Najważniejsze słowo to „oraz”. Nie można przeciwstawiać sobie tych dwóch elementów. Opowiadając o efektywnym państwie i niemrawej Wspólnocie brniemy w nieporozumienie. Tę opowieść, to rzekome pęknięcie, wykorzystywano w ostatnich tygodniach dla celów politycznych.

Tyle że tak jest zawsze, nie tylko w Polsce. Pandemia to nie wyjątek.

Siłą Unii jest współpraca instytucji – Rady, Parlamentu i Komisji. Model negocjowania bywa żmudny i z pozoru nieefektowny, ale nic lepszego nie wymyśliliśmy, żeby mieć zaufanie do podejmowanych decyzji. Aby być widoczna, Unia zawsze będzie wystawiała na pierwszą linię liderów państw członkowskich. Od pilnowania integracji nie są tylko Tusk czy von der Leyen. Ale tu czasem zaczynają się problemy.

Bo Unia świeci światłem odbitym?

Powiedziałbym inaczej: programowo nie może się puszyć. Czesław Miłosz, po tym, gdy napatrzył się na nacjonalizmy w Wilnie, za swoją misję życiową uznał „produkowanie tkanki łącznej”, spajającej różne grupy etniczne. Liderzy Unii powinni robić to samo: spajać, nie dopuszczać do konfliktów.

Unia nie musi się chwalić, jaka to jest silna, ważniejsze jest natomiast – posłużę się metaforą Marcina Napiórkowskiego – żeby chodziła na siłownię. Nie wierzę w piar. Wspólnota ma przemawiać przez swoją skuteczność. Jeśli jej nie ma – proszę bardzo, można ją krytykować. Jednak powinna to być krytyka za zaniechania w dziedzinach, w których może coś zrobić. A nie za to, czego państwa członkowskie i tak jej zabraniają.

A nie kusi Państwa, żeby polityków krajowych obejść, skoncentrować się na bezpośrednim dotarciu do Europejczyków?

W pierwszych dekadach integracji państwa bały się, że Unia narzuci jakąś doktrynę, będzie tworzyć tożsamość europejską, która z czasem zmarginalizuje tożsamości narodowe. Myślę, że stąd wziął się w Brukseli lęk przed ostentacyjnym demonstrowaniem unijnych sukcesów.

Tylko że w końcu obrócił się on przeciw Unii.

Teraz możemy mieć do siebie pretensje. Stało się tak, jak pisał historyk Timothy Snyder: opowiadaliśmy o przyszłości, która jest lepszą wersją teraźniejszości, przyjdzie na pewno i właściwie nie wymaga reklamy. A kiedy zaczęły się problemy, okazaliśmy się słabo odporni na europejski antymit. O Europie po pandemii chciałbym rozmawiać jak o okazji na odwrócenie tej tendencji.

Moment jest trudny. Po otwarciu granic czy zniesieniu opłat roamingowych skończył się czas namacalnych, szybkich efektów integracji. Opowieść o Unii się wypaliła.

Zgadzam się. Projekt europejski wymyśliło pokolenie, które miało pamięć o złej przeszłości. Kiedy razem z delegacjami polskich premierów jeździłem do Helmuta Kohla, kanclerz zabierał głównego gościa do swojego pokoju. Mówił: „My tu mamy ważne sprawy do omówienia, a wy załatwcie papierologię i inne sprawy”. Oni tam zawsze rozmawiali o tym samym: że Kohl w czasie wojny stracił brata i dlatego integracja jest dla niego najważniejsza. Wszystko inne jest drugorzędne.

Jeśli Wspólnoty Europejskie wymyśliło tamto pokolenie, to teraz odnowić może je pokolenie skonfrontowane z wielkim wyzwaniem. Europę stwarzały katastrofy i rozwijały kryzysy. Pandemia – z jej nieobliczalnością i skutkami w postaci kryzysu gospodarczego – to szansa na zbudowanie opowieści o solidarnym działaniu wobec przeciwności losu.

Może to jest nawet punkt zwrotny. Teraz będziemy mieli coś do zaproponowania tym wszystkim piewcom antymitu europejskiego, którzy przywołują analogie historyczne jako instrukcje działania dzisiaj. Albo którzy mówią o Polsce opuszczonej i zapomnianej przez wszystkich.

To brzmi strasznie: potrzeba kryzysu, żeby przekonać do dalszej integracji.

Mówiąc ściślej, chodzi o nową, współczesną opowieść o Unii. Taką, która zawierałaby i emocje, i prawdę o naszym świecie, i żeby w dodatku nie była tkliwą utopią.

Wierzy Pan w to, że zjednoczymy się też w trosce o klimat?

Mam nadzieję. Pandemia w tym nie przeszkodzi. Trwają prace nad nowym budżetem Unii na lata 2021-27. Będzie on uzupełniony o dodatkowy budżet, który nazywamy Instrumentem Odbudowy. Kiedy nad nim dyskutowano, padało wciąż pytanie, czy wobec precedensowej sytuacji z epidemią COVID-19 mamy komfort, aby zajmować się ekologią. Czy nie należy włożyć wszystkich sił w zażegnanie kryzysu gospodarczego, żeby potem mieć głowę do Europejskiego Zielonego Ładu.

Tabuny lobbystów zaczęły tłumaczyć Brukseli, że plastik jest konieczny do zwalczania pandemii. Jednak w Komisji Europejskiej przeważył pogląd, że nie warto odbudowywać starego świata z jego dysfunkcjami. W związku z tym jedynym wyjściem było stworzenie drugiego, dodatkowego budżetu. Jest on także próbą wdrożenia nowego sposobu myślenia. To będzie rewolucja w patrzeniu na nowe priorytety – głównie ekologiczne.

Unia powstała z kryzysu, ze strachu przed wojną i powrotem do niej. Teraz się znów odrodzi?

Powstała z kryzysu i stopniowo uzupełniała swoją skrzynkę narzędziową po kolejnych kłopotach. Wiemy, że to, co się dzieje teraz, jest kryzysem transformacyjnym – jest on bardzo głęboki i przychodzi w chwili, gdy Unia straciła pewność kierunku, w jakim powinna zmierzać.

Mówił Pan o europejskiej solidarności wobec przeciwności losu. Jakie to konkretnie pomysły?

Wymieniłbym dwa. Do tej pory na budżet Unii składały się państwa członkowskie. Wynosił on nieco więcej niż bilion euro. Przez 7 lat pieniądze wydawano albo centralnie, albo w formie konkretnych projektów dla poszczególnych regionów. Teraz zdecydowano się zrobić coś nowego – wyemitować obligacje pod gwarancje z tego budżetu. Innymi słowy, Unia pożyczy pieniądze z rynku, aby je rozdawać państwom, szczególnie tym najbardziej dotkniętym przez pandemię. Aczkolwiek nie będą to tylko podarunki, lecz instrumenty, które mają przekształcać gospodarki w bardziej przyjazne klimatowi i innowacyjne.

Unia będzie mieć własne pieniądze?

Uznano, że powinna je mieć w szczególnych sytuacjach. Drugim ich źródłem mają być nowe podatki – od transakcji firm, od emisji gazów cieplarnianych, od plastiku.

Aby poprawić swój wizerunek, Unia wymyśla nowe podatki?

Jeśli cieszymy się z 750 mld euro unijnych grantów i pożyczek, które niebawem zostaną rozdzielone, musimy się zgodzić, że kiedyś trzeba będzie je zwrócić. Można to zrobić albo zwiększając składki, albo np. tworząc nowe źródła dochodów.

Nowe podatki to najmniej dotkliwy sposób zapłaty. Jest zresztą możliwe, że państwa członkowskie nie będą musiały tych kwot spłacać, o ile zgodzą się na zwiększenie środków własnych w budżecie Unii, czyli na opodatkowanie wielkich firm działających na wspólnym rynku, na opłaty od emisji dwutlenku węgla powstałych przy produkcji towarów importowanych do Unii, na podatki od recyklingu plastiku czy wreszcie od wielkich firm na rynku cyfrowym.

Chcę jeszcze raz podkreślić: nowy rodzaj obligacji i nowe zasoby własne to zmiany rewolucyjne. A może nawet jest to początek nowej współpracy w Unii.

I modelu federacyjnego?

Niekoniecznie. Nie ma federacyjnego procesu politycznego przy budżecie, nadal będzie on zatwierdzany jednogłośnie. Ale wzrośnie rola Brukseli w decydowaniu, na co i jak te pieniądze będą wydawane.

To znaczy?

Nie będzie wolno tymi pieniędzmi spłacać własnych długów, ratować banków czy niwelować skutków swoich zaniechań. W ciągu najbliższych lat polityka ma realizować cele związane m.in. z Europejskim Zielonym Ładem czy cyfryzacją.

A nie wrócą animozje na linii ­Północ–Południe, jak przy okazji sporów niemiecko-greckich sprzed kilku lat? Wtedy, gdy ratowano Grecję przed bankructwem i pilnowano ściśle jej dyscypliny budżetowej, na Niemców zaczęto wylewać żale. Państwa południa Europy poczuły się traktowane z góry.

Pedagogika zaciskania pasa okazała się nie całkiem skuteczna. Jej uniknięcie jest najważniejszym wyzwaniem przy planowaniu nowego budżetu. Włochy i Hiszpania powtarzają, że epidemia jest przez nie niezawiniona.

Do najważniejszej zmiany doszło w Niemczech, gdzie zawsze obawiano się skutków pożyczania pieniędzy i inflacji. Przyzwolenie Berlina na uwspólnotowienie długów – przynajmniej do pewnego stopnia – to przekroczenie Rubikonu. Zmianę tę tłumaczę wysokim poparciem kanclerz Angeli Merkel w Niemczech, dzięki któremu ma ona teraz dodatkowe pole manewru. Poza tym chaotyczne zamykanie granic na początku pandemii uświadomiło Niemcom, że wspólny rynek – z którego korzystają w największym stopniu – może się łatwo rozpaść. Jego utrzymanie wymaga więc nadzwyczajnych starań.

Z kolei Francja czuje się w Unii przedstawicielką interesów Południa. Dlatego właśnie Merkel z Emmanuelem Macronem zaproponowali najpierw kwotę 500 mld euro, która potem urosła w propozycji Komisji Europejskiej. Ustępstwo Niemców to gest wobec Hiszpanii, Włoch i Grecji, które należą do największych beneficjentów tzw. Instrumentu Odbudowy. Liczę na to, że odwróci to negatywne tendencje we Włoszech, gdzie ostatnio dramatycznie spadło poparcie dla Unii.

A co będzie miała z tego Polska?

Decydując, kto ma ile dostać, uwzględniono względną stratę gospodarki z powodu pandemii. W 2020 r. polski PKB miał się zwiększyć o 4 proc., obecne prognozy mówią o około czteroprocentowym spadku, względna strata wyniesie więc 8 proc. Podobnie będzie na przykład w Niemczech, ale ponieważ dochód Polski jest wciąż poniżej unijnej średniej, otrzyma więcej pieniędzy niż Niemcy. Oczywiście, fundusze te będą powiązane ze spełnieniem kilku kryteriów, w tym kryterium praworządności.

Bruksela nie przestanie się zajmować sytuacją w Polsce?

Komisja Europejska pracuje teraz nad nowym mechanizmem uzależniającym dostęp do unijnych funduszy od przestrzegania zasady praworządności. We wrześniu spodziewamy się publikacji raportu o sytuacji we wszystkich państwach członkowskich, który w czasie negocjacji budżetowych może mieć znaczenie dla przyznawania funduszy. Spodziewałbym się, że mechanizmy ochrony praworządności mogą być raczej umocnione. Nalegają na to przede wszystkim tzw. państwa oszczędne.

Czyli?

Oprócz Niemiec – które biorąc pod uwagę wspomnianą zmianę podejścia nieco się z tej grupy wyłamały – są to Niderlandy, Austria, Dania i Szwecja. W brukselskim slangu mówi się też o tych krajach: „małe bogate”. Również Finlandia, jako ważny płatnik netto, jest czasem zaliczana do tej grupy. W tym wszystkim nie ma nic nadzwyczajnego ani nic szczególnie złego – zawsze były grupy, które reprezentowały swoje interesy, i zawsze najbardziej widoczne było to podczas omawiania budżetu.

Co się stanie po odejściu kanclerz Merkel w 2021 r.?

Nie będzie rewolucji. Zmiana okołobudżetowej filozofii Niemiec może być politycznym testamentem Merkel. Jej reputacja w Unii pomoże doprowadzić do pozytywnego finału niemiecką prezydencję, która zaczyna się w lipcu. Ale zmiany rządów w powojennych Niemczech nigdy nie powodowały rewolucji. Kolejny gabinet będzie kontynuował w Europie jej politykę. Zwłaszcza że przebudzenie populistów okazało się u naszych zachodnich sąsiadów tylko chwilowe i nie doprowadziło do trzęsienia ziemi.

Dotąd rozmawialiśmy o państwach członkowskich, jednak dużo zmienia się także w instytucjach unijnych. Na przykład umacnia się pozycja Parlamentu Europejskiego.

Każda z unijnych instytucji walczy o swoje kompetencje. Przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiedziała wzmocnienie kompetencji Parlamentu, zwiększenie jego wpływu na podejmowanie decyzji.

Co ciekawe, zmienia się też układ sił w samym Parlamencie. Dotąd rządziła tam nieformalna koalicja chadeków i socjaldemokratów. Dominowali od lat i żeby cokolwiek przeforsować, trzeba było przekonać jednych bądź drugich. Ta dominacja prowadziła do zarzutów, że innym partiom trudno było się przedrzeć. Myślę, że coś w tym było – świat się zmieniał, a opowiadali go wciąż wyraziciele tych samych interesów. Tamten układ napędzał też populizm, ponieważ łatwo było powiedzieć, że w Parlamencie rządzi taki zamknięty klub.

Teraz jest inaczej?

W obecnym Parlamencie te dwie grupy już nie wystarczą, żeby mieć większość. Do koalicji dokooptowuje się więc liberałów, także zielonych, czasem współpracuje się też z lewicą – trzeba włożyć więcej wysiłku w dyskusję, rozmawiać z politykami reprezentującymi odmienne interesy. Trudniej dochodzi się do porozumienia, ale gdy już jest, łatwiej go bronić. Teraz zdanie Parlamentu bardziej się liczy, bo nie jest obarczone tamtą wadą z przeszłości.

Traktat z Lizbony wzmocnił znaczenie Rady Europejskiej – czyli gremium szefów państw i rządów – i relatywnie osłabił ministrów spraw zagranicznych. Chodziło o to, żeby jak najwięcej trudnych decyzji podejmować na najwyższym szczeblu, przez polityków, którzy mają możliwości oraz narzędzia do ich szybkiej realizacji. Widać też tendencję do zwiększania liczby decyzji podejmowanych większością głosów, żeby UE była bardziej sprawna na scenie międzynarodowej. To też wniosek z pandemii: skończył się urlop od geopolityki.

Unia może liczyć głównie na siebie?

W wyścigu o znaczenie na świecie uczestniczą m.in. Chiny, Stany Zjednoczone, Rosja, a do pewnego stopnia również Turcja. Unia chce w większym ­stopniu się uniezależnić od partnerów, którzy realizują cele często niezgodne z jej celami.

Unia powstała po to, aby nikomu w Europie nie opłacało się prowadzić konfliktów, nie mówiąc już o wojnie. Dziś pokój na naszym kontynencie zależy w dużym stopniu od sytuacji poza Unią. To stąd wzięły się ambicje dotyczące np. funduszu obronności i zalążków europejskiej armii – tworzenia mechanizmów, które pozwolą nam szybciej i sprawniej reagować na to, co się dzieje na świecie.

W Pana słowach wciąż słyszę ­optymizm.

Bo ja naprawdę wierzę, że takie wyzwania jak te współczesne są ważnym testem, i że to one przekonują nas o sensie bycia razem.

I podczas drugiej fali epidemii skuteczność Unii będzie większa?

Przećwiczyliśmy program powrotów do Europy – ponad 60 tysięcy obywateli wróciło do domów w ramach ewakuacji w trzech czwartych finansowanych przez Unię. Po trudnych chwilach w pierwszych tygodniach stworzyliśmy nowe mechanizmy pomocy i solidarności. Państwa członkowskie przekazywały sobie sprzęt, który był im potrzebny. Polskie testy na obecność koronawirusa były badane w Dreźnie, bo w kraju nie mieliśmy odpowiedniej infrastruktury. Setki milionów euro przeznaczyliśmy na prace nad szczepionką – to również dorobek Unii.

Wszystkie te instrumenty mogą się przydać w nowej sytuacji. Ważne, żeby temu towarzyszyła konstruktywna opowieść, ponieważ w niektórych krajach próbowano wykorzystywać to nieszczęście do osłabiania reputacji Wspólnoty.

Myśli Pan o Polsce?

Słowa najważniejszych polityków o tym, że Polska jest osamotniona i pozbawiona sojuszników, to nic innego jak zarządzanie strachem. Politycy, którzy ciągle powracają do przeszłości, przywołują nieaktualne już analogie historyczne, czynią szkodę – wszczepianie obywatelom niewiary w unijnych sojuszników i braku zaufania do sąsiadów jest niszczeniem polskiego kapitału zaufania we wspólnocie międzynarodowej. I kiedyś może się obrócić przeciwko nam. ©℗

RESTART DO LEPSZEGO. Na razie się udało: choć pandemia trwa, a jesienią spodziewamy się ponownego wzrostu zachorowań, kilkumiesięczna kwarantanna ocaliła życie ponad 3 mln Europejczyków – to wnioski naukowców z londyńskiego Imperial College. Lockdown uratował więcej ludzi niż jakiekolwiek podobne działanie w historii ochrony zdrowia publicznego. Jego koszta dla gospodarki były ogromne. Gdy jednak odłożymy na chwilę czarne prognozy, zobaczymy, że nie było, i być może już nie będzie, lepszej okazji do „zrestartowania” Europy.

 

MAREK PRAWDA jest dyrektorem Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. W latach 2012-16 pełnił funkcję stałego przedstawiciela RP przy Unii Europejskiej. Wcześniej był ambasadorem Polski w Szwecji i Niemczech.


Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]