Serial „Wednesday”, którego kilka odcinków wyreżyserował sam Tim Burton, jest fenomenem. Jego oglądalność mierzy się dziś w setkach milionów godzin, a licząca niemal 90 lat postać tytułowej bohaterki (zadebiutowała, jeszcze bez imienia, w pasku komiksowym na łamach „New Yorkera” w 1938 r.) w ciągu ostatnich lat stała się ikoną popkultury.
Wednesday to wybitnie inteligentna, wyobcowana dziewczyna z obsesją na punkcie makabry. Bawi ją czarny humor, dystansuje się od zasad rządzących światem i chodzi własnymi ścieżkami. Pewnego dnia trafia do Nevermore Academy (nawiązanie do wiersza Edgara Allana Poe), gdzie przyjdzie jej rozwiązywać zagadkowe morderstwa, zawierać przyjaźnie i poznawać sekrety.
Nevermore nie jest oczywiście zwykłą szkołą, a placówką dla outsiderów – dzieciaków z tajemniczymi mocami, wilkołaków, syren. Serial jest więc opowieścią o dojrzewaniu, tyle że zamiast tradycyjnej dla podobnych produkcji amerykańskiej szkoły mamy wypełnione mrocznymi tajemnicami gotyckie mury.
Skąd wzięła się Wednesday Addams
Jasne: fascynacja postaciami bladolicych, melancholijnych dziewcząt uwikłanych w tematykę śmierci nie jest zjawiskiem nowym. Sama filmografia Tima Burtona jest przecież pełna nie tylko depresyjnych bohaterek o hebanowych włosach, które nie pasują do społeczeństwa i zmagają się z otaczającą je grozą, ale też gotyckiego klimatu z wątkami uwrażliwienia na odmienność.
W te ramy wpisuje się choćby grana przez Winonę Ryder Lydia Deetz z filmu „Sok z żuka”, która dzięki swojej mrocznej stylówie i fascynacji śmiercią mogłaby uchodzić za duchową protoplastkę postaci odgrywanej przez Jennę Ortegę. Duchową, ale nie faktyczną, bo Wednesday z serialu Netfliksa nie jest postacią oryginalną, a inkarnacją dziewczyny, którą stworzył rysownik Charles Addams we wspomnianym komiksie.
Mroczną nastolatkę, przynajmniej do czasu premiery serialu, znaliśmy przede wszystkim z „Rodziny Addamsów” (1991), choć kinowy obraz nie był pierwszą adaptacją twórczości rysownika – poprzedzały go seriale: aktorski (1964) i animowany (1973). I choć chyba każdy z członków tej makabrycznej gromadki zapisał się w popkulturowej świadomości, to właśnie śmiertelnie poważna, sarkastyczna córka Gomeza i Morticii podbiła serca widowni. Nic dziwnego, że to właśnie ona dostała produkcję sygnowaną swoim imieniem.
Skąd tak naprawdę wzięła się Wednesday? Zawdzięczamy ją romantycznym poetom, którzy idealizowali wizerunek melancholijnych niewiast umierających z miłości bądź tęsknoty. U Byrona kobiety były piękne i tajemnicze, a ich wypełnione pasją życie (często też tragiczna śmierć) napędzały narrację.
Romantyczna przeszłość Wednesday Netfliksa
Ale niektórzy pokazywali inną perspektywę – kobiet, które nikogo nie mamiły, a same padały ofiarą uczuć tak silnych lub tragedii tak poważnych, że śmierć wydawała się upragnionym końcem kłopotów. Lenora w balladzie Gottfrieda A. Bürgera podąża za widmem swojego zmarłego ukochanego, a Balladyna Słowackiego (blada i czarnowłosa) uwikłana zostaje w ciąg morderstw i skonfrontowana z własną winą.
Ale prawdziwym miłośnikiem bladolicych był amerykański poeta Edgar Allan Poe. Wręcz obsesyjnie pisał on o umierających bądź martwych kobietach, pięknych nie mimo przejścia na drugą stronę, ale właśnie dzięki niemu.
Fascynacja urodą śmierci jest też wyraźna w XIX-wiecznym malarstwie, czego najlepszym przykładem jest popularna ostatnio dzięki teledyskowi Taylor Swift „Ofelia” Johna Everetta Millais, ale też „Pani z Shalott” wedle ilustracji Waltera Crane’a czy „Młoda męczennica” Paula Delaroche’a – wszystkie przedstawiają młode kobiety unoszące się na wodzie.
Ten motyw przez kolejne dekady ewoluował, pojawiając się w postaciach młodych, targanych tragediami kobiet albo uwodzicielskich wampów (niekiedy zresztą dosłownie wampirów, takich jak Lucy z „Drakuli” Brama Stokera).
Odrodził się też w postaciach femme fatale w kinie czy literaturze noir. Co prawda odzierał kobiety z mistycyzmu, ale wciąż przedstawiał je jako obiekty pożądania, które często, zgodnie ze swoją nazwą, prowadziło ku zgubie.
Elementem wspólnym wszystkich powyższych przykładów jest nie tylko związek kobiecego piękna ze śmiercią, ale element fantazji na temat cielesności. Jeśli nie wprost erotycznych, to na pewno estetycznych. Kobiety w romantycznych rolach albo zupełnie pozbawione są sprawczości, albo niosą ze sobą jakiś rodzaj cierpienia. Nijak nie przystaje to do obecnego ujęcia postaci takich jak Wednesday, które mocno inspirowane są twórczością Poego czy Byrona.
Wydaje się, że w odczarowaniu wizerunku bezwolnej piękności dużą rolę odegrała subkultura gotycka, niezwykle popularna w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Make-up nadający twarzom śnieżnobiałą barwę, czarne włosy i takież suknie, gorsety, żaboty i koronki, do tego biżuteria odwołująca się do symboliki śmierci i odrodzenia – to wszystko mocno czerpie z XIX-wiecznych motywów. Subkultura gotycka, miast wtłaczać dziewczęta w określone role, pozwalała im jednak za pomocą romantycznego sztafażu eksplorować własną tożsamość.
Dziewczyny z drużyny Wednesday
Na fali popularności gotyckiej subkultury narodziło się wiele postaci, które sporo łączy z Wednesday – nie tylko w wyglądzie czy charakterze, ale też w kontekście bycia outsiderką. Taki motyw znajdziemy choćby w kilku nowych wariacjach na temat „Alicji w Krainie Czarów”. Jedną z nich jest seria filmów Tima Burtona. Jego wersja klasycznej opowieści Lewisa Carrolla (chłodno przyjęta przez krytyków i widownię) prezentuje Alicję jako wojowniczkę, a Krainę Czarów jako miejsce pełne dziwów z pogranicza narkotycznego snu i niepokojącego koszmaru.
Znacznie dalej w grozę w swojej interpretacji idzie American McGee, reżyser gry „American McGee’s Alice” i jej sequelu, „Alice: Madness Returns”. Tytułowa bohaterka (nie zgadniecie – blada i długowłosa) zmaga się tam z ciężką traumą, a świat wewnątrz króliczej nory jest wypaczonym, przerażającym miejscem, w którym lęki dziewczyny manifestują się pod postaciami potworów.
Nieco wcześniej, w latach 90., sporą popularność zdobywały za to na pozór zwyczajne nastolatki, które musiały sobie poradzić w bardziej lub mniej makabrycznym świecie. Doskonałym przykładem jest Buffy z serialu „Buffy, postrach wampirów”. Tytułowa bohaterka produkcji (grana przez Sarah Michelle Gellar) walczy z siłami mroku, a akcja w jej przygodach miesza się z komedią i problemami dorastania.
„Buffy” był jednym z pierwszych popularnych seriali skierowanych do młodzieży i młodych dorosłych, który nie tylko stawiał postać kobiecą w centrum uwagi, ale też osadzał gatunek teen drama w realiach pełnych potworów i ucieleśnionych strachów.
Dużo lżej do tematu makabry podchodziła „Sabrina, nastoletnia czarownica” – uroczy, lekki sitcom o wiedźmie mieszkającej z ciotkami, bazujący na komiksie wydawnictwa Archie Comics. W roku 2018 Netflix wyprodukował nową adaptację – poważniejsze, niestroniące od elementów grozy „Chilling Adventures of Sabrina”. Choć to wciąż w dużej mierze serial dla nastolatek, nie brakuje w nim mroku.
Sabrina (w tej roli Kiernan Shipka) walczy ze złem, ale to zło częściej ma twarz bigoterii i szowinizmu, a nie diabła (on co prawda tam występuje, ale jako uosobienie patriarchatu). Czarna magia jest wykorzystywana, by walczyć o sprawiedliwość i odzyskanie podmiotowości.
Czarownice z Oz i inne „złe”
W kinach od niedawna oglądać można też drugą część filmu „Wicked”, o podtytule „Na dobre”. W adaptacji broadwayowskiej sztuki Elphaba, znana jako Zła Czarownica ze Wschodu w powieści „Czarnoksiężnik z Krainy Oz”, zostaje ukazana z zupełnie innej perspektywy. W oryginale i wielu ekranizacjach jest potworną, jednoznacznie złą postacią, którą Dorotka musi zgładzić, żeby wrócić do domu.

W „Wicked” staje się jednak protagonistką, nierozumianą, zepchniętą na margines outsiderką, która w wyniku manipulacji i tragedii dostaje łatkę „złej”.
Podobnych przykładów jest jednak więcej – Diabolina, czyli wiedźma z opowieści o Śpiącej Królewnie, jest ukazana w filmie z 2014 r. jako postać niejednoznaczna i dotknięta traumą, a Cruella de Mon, antagonistka „101 Dalmantyńczków”, zamienia się w kinowej produkcji z 2021 r. z diabolicznej morderczyni słodkich szczeniaczków w genialną, bezczelną i zawistną, ale nie okrutną bohaterkę, walczącą z determinizmem spychającym ją na ścieżkę zbrodni.
Wszystkie powyższe produkcje biorą postaci tradycyjnie złe i próbują dopisać im motywacje, nie usprawiedliwiając swoich antybohaterek, ale szukając społecznych, systemowych i psychologicznych czynników wpływających na genezę ich powstania.
To duża zmiana, odchodząca od prostego oddzielania dobra od zła, które przecież stanowi serce klasycznych baśni. W tym sensie serial o Wednesday czerpie ze spuścizny wielu innych dzieł. Ale dlaczego tego typu historie w tej właśnie estetyce grozy w wersji light cieszą się taką popularnością i co doprowadziło Wednesday do rangi światowego fenomenu?
Wednesday na współczesne lęki
Po pierwsze, eksplorowany od prawie dwustu lat wizerunek młodej kobiety połączony nierozerwalnie z motywem śmierci ewoluował znacząco, ale dopiero w kilku ostatnich dekadach, po części za sprawą subkultury goth, stał się formą wyrazu niezależności. I taką postacią właśnie jest Wednesday – czerpiącą z romantyzowanej estetyki, ale przełamującą ją postawą buntu przeciwko normom.
Wednesday jest indywidualistką, która nie dba o uznanie, ale jednocześnie pod maską sarkazmu skrywa dobre serce, dba o innych i szuka sprawiedliwości. Tego typu wątki są szczególnie pociągające dla szukających swojej tożsamości młodych osób. Serial Netfliksa pokazuje im, że mogą być, kim chcą, a odmienność jest ich siłą.
Dojrzewanie to często okres rebelii wobec konwenansów, ale też rosnącego poczucia niedopasowania – szczególnie u osób neuroróżnorodnych czy w jakikolwiek sposób innych od większości. Wednesday, ale też inne produkcje, których główne postaci wyglądają i zachowują się „inaczej”, ale mimo to odnajdują swoje miejsce, daje nadzieję, że i w życiu poza ekranem jest to możliwe.
Estetyka grozy nie pozostaje tu bez znaczenia. Z jednej strony jest metaforą realnych lęków, teraz – w dobie kryzysów, wojen i polaryzacji politycznej – bez wątpienia silnych. Ale na polu fikcji makabra wylewająca się z ekranu czy kart powieści staje się bezpieczną przestrzenią do eksplorowania tych i innych obaw.
Wiele z tych historii ostatecznie opowiada też wreszcie o trudach dojrzewania – a te są takie same, niezależnie, czy w naszej szkole uczą się ludzie, czy potwory, a po lekcjach chodzimy na kółko szachowe, czy planujemy pułapkę na wampira.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















