Reklama

Tęsknota za tajemnicą

Tęsknota za tajemnicą

05.06.2005
Czyta się kilka minut
Czy architektura może wyrażać naturę? Czy nie jest medium przeciwstawnym naturze? A może równoważnym jej? Zmarły niedawno Philip Johnson - nestor i arbiter elegancji architektury XX wieku - twierdził, że architektura jest najbardziej podstawową potrzebą, a zarazem podstawową formą działalności ludzkiej - obok rolnictwa. Trzeba się przecież odżywiać i mieć schronienie.
W

W przypadku Johnsona brzmi to zresztą nieco paradoksalnie. Jego architektura przybierała formy wyrafinowane, a nawet perfidne, czego przykładem jest absolutnie przeszklony dom dla gości z roku 1949. Poza tym, zdecydowanie inspirowana była techniką. Architekt dał definicję stylu międzynarodowego: białej, awangardowej, abstrakcyjnej architektury lat międzywojennych, racjonalnej, powtarzalnej, doskonale geometrycznej - i wszędzie takiej samej. Rzec by można, iż jego architektura była spełnieniem elementarnej potrzeby schronienia na tym samym poziomie, na jakim spełnieniem potrzeby pożywienia są na przykład szparagi z sosem hollandaise.

Wracając jednak do pytań o architekturę stosowną do ducha czasów: może nowa architektura powinna wyrastać z natury, niczym jej organiczna kontynuacja, czy też kultywacja? Może powinna, jak u Franka Lloyda Wrighta, wtapiać się w krajobraz amerykańskiej prerii przez horyzontalne formy, wielkie okapy dachów, naturalne materiały? Może jej narastająca z czasem forma, jej harmonijny rozwój, by sprostać zmiennym dążeniom użytkowników, powinny nasuwać skojarzenia z drewnianą architekturą ludową, jak w Karelii opisywanej przez Alvara Aalto? A także z potężną architekturą rodzimą, ze szczęśliwej epoki opiewanej przez Victora Hugo w “Katedrze Najświętszej Marii Panny w Paryżu"? Innymi słowy - z epoki średniowiecza, gdy nie było jeszcze profesjonalnych architektów, a cała społeczność organicznie wznosiła swe budowle.

Podobieństwo losów

John Ruskin, Philip Morris, ruch odnowy sztuki i rzemiosła w reakcji na rewolucję przemysłową i dominację maszyny, romantyczne nawiązania do wieków średnich, tęsknota za zjednaniem sztuki i życia, nostalgia za harmonią natury, za przedchrześcijańską mitologią, poszukiwanie nowego stylu narodowego w oparciu o style ludowe i rodzime... Druga połowa wieku dziewiętnastego i przełom wieków to w tym względzie epoka fascynująca. Wszędzie, nie tylko w Anglii czy Finlandii. Także w Środkowej i Wschodniej Europie.

Z oczywistych względów - opresji zaborów, obcej dominacji politycznej, a potem odzyskania niepodległości - architektura rodzima w Polsce i na Węgrzech miała znaczenie szczególne. Tym bardziej, że obok ugruntowanej sympatii narodów, łączyło nas dziwne, a nawet fatalne podobieństwo losów. Utrata wielkich części terytorium przez oba nasze kraje po kolejnych wojnach światowych, a zwłaszcza terytoriów uważanych za najcenniejsze, nie mogła pozostać bez wpływu na architekturę.

Po I wojnie światowej, mimo strasznych strat kultury materialnej i utraty obszarów przedrozbiorowych na rzecz Rosji Sowieckiej, rozwinął się w Polsce patriotyczny, choć jednocześnie modernistyczny styl, zwany stylem dworkowym. Jak pisał Filip Pokutyński, jeden z jego twórców, chodziło o to, by wiedzieć, że jesteśmy w Polsce, “a nie w jakiejś Paranie". Stanowi to zresztą celną antytezę stylu międzynarodowego.

Podobnie działo się na Węgrzech, które utraciły Siedmiogród na rzecz Rumunii. Karoly Kos (1883-1977), najwybitniejszy chyba węgierski architekt nurtu narodowego, całą swą twórczość oparł na studiach architektury rodzimej i średniowiecznej regionu Kalotaszeg (okolic dzisiejszego Cluj). Podobnie jak polscy architekci tamtych czasów, Witkiewicz, Mączyński, Odrzywolski, stworzył w architekturze przekonującą syntezę elementów dawnych i nowych.

Mity, tropy, archetypy

Co stało się z tym sposobem myślenia po II wojnie światowej, wobec dominacji stylu nie tyle już “Parany", ile realnej socjalistycznej paranoi?

Okrojona Polska wyzbyła się na długo jakichkolwiek odniesień do tożsamości architektury, nie licząc socrealistycznych renesansowych attyk w sztandarowych budowlach (Pałac Kultury w Warszawie). Za linią Curzona architektura rodzima, drewniana, a także architektura manieryzmu, baroku, klasycyzmu, secesji została zapomniana i zdewastowana. Ale na Węgrzech w latach siedemdziesiątych pojawił się Imre Makovecz.

Pytania o naturę architektury, dylematy postępu, presja globalizacji, zdają się go zupełnie nie dotyczyć. Imre Makovecz, architekt urodzony w roku 1935, jest zdeklarowanym, ba, natchnionym twórcą architektury organicznej. Obok prac Wrighta i Karoly Kosa inspirują go, jak sam twierdzi, dzieła autora z przeciwległego końca skali filozofii architektury - budowle austriackiego teozofa Rudolfa Steinera.

Począwszy od końca lat siedemdziesiątych, kiedy to zaprojektował, jeszcze w ramach państwowego biura projektów, niezwykły dom kultury w mieście Sárospatak, Makovecz konsekwentnie kroczy własną drogą. Oryginalnie, zaskakująco, organicznie. Od 1984 r. działa w ramach własnego biura “Makona", które samo rośnie, przekształca się i dzieli... Imre Makovecz stał się prawdziwą instytucją węgierskiej kultury, krytykiem, wydawcą, profesorem, autorem około 300 projektów i 100 realizacji w Europie Środkowej i na Bałkanach, mistrzem całej węgierskiej szkoły architektury organicznej.

“Architektura i mit", tytuł jednego z traktatów architektonicznych okresu secesji, zdaje się oddawać esencję twórczości architektonicznej Makovecza. Motywy prehistoryczne, pogańskie, kosmiczne, scytyjskie i celtyckie ornamenty, iglice, rogi, wieże, proporce, totemy, orle i sokole skrzydła, elementy antropomorficzne, flora, drewno, kamień... Mity, tropy, archetypy. Sfery, cebulaste dachy, ukośne ściany i ciężkie w proporcjach, wręcz bulwiaste bryły wyrastające z ziemi, bez klasycznych postumentów, cokołów, schodów, bez modernistycznych filarów służących abstrakcji - oderwaniu się od podłoża.

Żebra Adama

Co zdumiewające, ta architektura, przepełniona wręcz symbolami, niezwykle osadzona w węgierskim kontekście, tak kulturowym, jak i krajobrazowym, ma bardzo różne funkcje i skalę. Niekiedy budowle są wzniosłe, sakralne. Kościół katolicki w Paks i luterański w Siofok, powstałe na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, to najbardziej chyba symboliczne i udane realizacje Makovecza. Także i wcześniejsza, niesamowita sala przedpogrzebowa na budapeszteńskim cmentarzu robi wrażenie konstrukcją z klejonych drewnianych więzarów, przywodzących na myśl żebra Adama czy przygody Jonasza we wnętrzu morskiego potwora.

Czasem przeznaczenie obiektów projektowanych przez Makovecza jest bardziej prozaiczne, jak pływalnie czy kompleksy mieszkaniowe. Powstało też wiele willi, których właściciele najwyraźniej przejawiali predylekcję do architektury pełnej drzewiastych kolumn, gontów, zaskakujących kątów, krzywizn, kopulastych dachów.

Ostatnim znanym wielkim projektem Makovecza jest audytorium uniwersytetu katolickiego Stephaneum w Pilisksaba. Kolizja dwóch przekrzywionych brył na planie koła i renesansowe kolumnady oraz historyczne cytaty wydają się należeć do języka architektury, który stał się ostatnio zdecydowanie niemodny. Nie zraża to jednak, jak się zdaje, architekta, który poszukuje uniwersalnych znaków, autentyzmu, tajemnicy, odnowy sztuki narodowej.

W trakcie ostatnich dziesięciu lat w architekturze światowej, po dziecięcej chorobie gwałtownego postmodernizmu, doszło do wyciszenia i redukcji środków wyrazu. Przyznam, że najbardziej przemawiają do mnie najwcześniejsze realizacje Makovecza: camping w Visegradzie (1977) czy stacja wyciągu narciarskiego w Dobogoko (1980), bądź późniejsza, ale podobna w nastroju realizacja domu kultury w Bak (1988). Proste, prymitywne wręcz, zupełnie archaiczne formy jurt i szałasów, gonty, dranice, naturalne kolory materiałów wystawionych na działanie żywiołów wydają się emanować duchem pochodzącym z zupełnie innego miejsca i czasu. Patrząc na nie, można uwierzyć architektowi, gdy mówi: “Chciałbym w jakiś sposób dać do zrozumienia, że styl, a nawet sztuka, to nic takiego; nam, na Węgrzech, chodzi o coś innego". W najlepszej tradycji romantycznej zagadka znaczenia tych słów pozostaje nierozwiązana.

MARTA URBAŃSKA jest historykiem i krytykiem architektury.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]