Reklama

Szklaneczka bulionu

Szklaneczka bulionu

21.10.2019
Czyta się kilka minut
MACIEJ MIŁKOWSKI, pisarz: Opowiadanie to rzecz skrojona na ludzką miarę – myśli się nad nim miesiąc, pisze tydzień, czyta dwadzieścia minut. Jest przystępniejsze, ale też uczciwsze, bo pokazuje tylko fragment.
JAKUB OCIEPA / MATERIAŁY PRASOWE
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Czy faktycznie obserwujemy wielki powrót opowiadań? Pytam Cię jako praktyka i teoretyka.

MACIEJ MIŁKOWSKI: Udało mi się przetrwać czas, gdy wszyscy dookoła mówili, że opowiadań nie należy pisać ze względów rynkowych, artystycznych czy jeszcze innych. Myślę, że uda mi się przetrwać także teraz, gdy słyszę z różnych stron, że opowiadania wracają. Moje przekonanie do słuszności pisania opowiadań pozostaje niewzruszone od lat.

A jednak napisałeś powieść – wkrótce ukaże się „System Sulta”.

Tak, chociaż zbudowałem ją z wielu małych całostek, niektóre z nich są samowystarczalne i można je czytać niezależnie.

Skąd taki pomysł? Nie lubisz rozbudowanej fabuły?

Lubię domknięcia, szczególnie takie, które da się przeprowadzić w realnej perspektywie czasowej. Źle mi się pisze, gdy wiem, że coś skończę za dwa lata. A z wizją dwóch tygodni pracy lżej na sercu. Wszystko, co piszę, muszę mieć podzielone na małe części. Jak się wzywa fachowca, to na wstępie się go pyta, ile to będzie kosztować oraz kiedy będzie gotowe. W przypadku pisania odpowiedzieć na pierwsze pytanie bardzo trudno. Z drugim trochę łatwiej, nawet jeżeli to będą dwa tygodnie razy pięćdziesiąt rozdziałów. Tak łatwiej żyć. Na pytanie: „co tam porabiasz?” można odpowiedzieć: „właśnie coś skończyłem”, nawet jeżeli to jest tylko siódmy rozdział z pięćdziesięciu planowanych.

Czyli chodzi o to, że łatwiej?

Nie do końca. Pisanie opowiadania to robota zegarmistrzowska. Z powieścią jest jak ze wznoszeniem wielkiego budynku – to zajęcie bardziej czasochłonne i męczące, ale niewymagające aż takiej precyzji. A z opowiadaniem jest jak z wierszem – musi być co najmniej bardzo dobre, jeśli nie wybitne, bo inaczej nie ma sensu. Przeciętna powieść bywa potrzebna: ma walory rozrywkowe czy poznawcze, można ją czytać z przyjemnością. Średnie opowiadanie nie jest do niczego potrzebne.

Czym jeszcze jest dla Ciebie opowiadanie?

Na takie pytania zawsze odpowiada się w kontrze do powieści, która zakłada objęcie pewnej całości. Nawet jeżeli nie chodzi o świat jako taki, ale jakąś skromniejszą skalę: epokę, środowisko, miejsce czy osobę. A opowiadanie to z definicji tylko fragment większej całości. Ten fragment może mieć oczywiście różne rozmiary, ale zawsze pozostaje w relacji do czegoś większego. Jak mówił Hemingway, w opowiadaniu kluczowe jest to, czego w nim nie ma, czego trzeba się domyślić. W optymistycznym założeniu to zadanie dla czytelnika, ale w praktyce bywa różnie. Niemniej jako autor zawsze zakładam obecność tej reszty, nawet jeżeli nikt inny się o jej odtwarzanie nie pokusi.

Istnieje coś takiego jak istota opowiadania?

To zależy od autora. Zajmuję się opowiadaniem także od strony teoretycznej, bo regularnie pisuję o ich konstrukcjach do „Czasu Literatury”. Przychodzi mi to z łatwością – nie mam też problemu z tematem, bo kolejka rzeczy do opisania jest zawsze długa. Zazwyczaj opisuję rzeczy wybitne, choć ze słabszych tekstów też da się wyciągnąć ciekawe rzeczy. A to dlatego, że opowiadania chętnie ujawniają swój mechanizm, często wręcz go eksponują, zupełnie inaczej niż w przypadku powieści. Gdybym to o nich prowadził analogiczny kącik, pewnie szybko bym go zamknął. Bo pytanie o konstrukcję – nawet w przypadku powieści wybitnych – często nie ma sensu. Jak to jest zrobione? Nijak, od lewej do prawej, warstwa po warstwie, rozdział po rozdziale. Natomiast opowiadanie bez wyrazistego pomysłu konstrukcyjnego jest trudne do pomyślenia.

O powieści jednak łatwiej coś sensownego powiedzieć. Gdy masz zbiór kilkunastu opowiadań, to zazwyczaj na siłę szuka się wspólnego mianownika, który nie uwzględnia finezji pojedynczych tekstów.

To problem nie tyle z opowiadaniem, co z tomem opowiadań. Zgadzam się, zbiory to rzecz sztuczna i zrobiona na siłę. Dlatego bardzo lubię, gdy moje opowiadanie pojawia się pojedynczo – na przykład w jakimś piśmie. Wtedy jest też uczciwiej, bo pojedynczy tekst musi się bronić sam, nie może liczyć na wsparcie najróżniejszych kontekstów.

To też sytuacja mniej zobowiązująca – i dla autora, i dla czytelnika.

Opowiadanie to w ogóle rzecz skrojona bardziej na ludzką miarę – myśli się nad nim miesiąc, pisze tydzień, czyta dwadzieścia minut. Wszystko jest bardziej przystępne, ale też w pewnym sensie uczciwsze, bo jako autor zobowiązuję się w opowiadaniu dostarczyć tylko fragment. W życiu rzadko dostajemy całość, najczęściej mamy dostęp do danej sytuacji czy postaci tylko z pewnej perspektywy – własnych oczu albo czyjejś relacji. Dlatego w opowiadaniu dokonuje się tylu cięć i redukcji, choćby w samej perspektywie prowadzenia narracji. To proces zawężania, a nie rozszerzania. Często widać to w samym pisaniu, gdy pierwotny materiał bezlitośnie się ścina i okrawa. Po dwóch tygodniach gotowania zostaje szklaneczka bulionu.

Podoba mi się ta metafora.

To oczywiście bardzo nieekonomiczny proces. Żeby bulion był dobry, trzeba nawrzucać do gara pełno składników i długo gotować. A na koniec uzyskujemy jedynie odrobinę aromatycznej esencji. Czasami ktoś mnie pyta, czemu z tego albo innego opowiadania nie zrobię powieści. A dlatego, że najprawdopodobniej nie wyszłoby z tego nic dobrego. To, co zagrało w krótkiej formie, rozciągnięte na kilkaset stron okazuje się banalne i nudne. Zdarzyła mi się za to sytuacja odwrotna – z korzyścią dla wszystkich gotową powieść przerobiłem na opowiadanie.

Przechodzimy do mojego ulubionego pytania – jak powstają Twoje teksty?

Żeby powstała bramka, potrzebne są dwa słupki i poprzeczka. Jeżeli zabraknie któregoś z tych elementów, całość po prostu się przewróci. Czasami wpadam na pomysł, z którym długo nie wiem, co zrobić. Aż tu nagle, czasem po latach, pojawia się drugi, zupełnie inny, niemający na pozór nic wspólnego z pierwszym. Jeden i drugi jest solidny, dobrze wbity w ziemię, ale brakuje im jeszcze poprzeczki, czyli odpowiednio dobranej techniki konstrukcyjnej – najważniejszego, ale i najtrudniejszego elementu. Jeśli miałbym zdefiniować technikę pisania opowiadań, to polegałaby ona właśnie na łączeniu dwóch zupełnie różnych rzeczy – w nieoczywisty, ale jednocześnie od pierwszych akapitów przekonujący sposób.

Długo pokutowało przekonanie, że tomem opowiadań nie da się dobrze zadebiutować. A jak ktoś już musi je pisać, to najwcześniej po kilku grubych powieściach.

Dla mnie od zawsze było jasne, że chcę zadebiutować tomem opowiadań. Druga moja książka zresztą też była zbiorem krótkich form. Ale przecież w historii literatury wielu wybitnych pisarzy zaczynało od opowiadań. Okazało się to problematyczne, zapewne pod wpływem wymagań marketingowych, zupełnie niedawno. Również jako czytelnik swoją przygodę z wieloma klasykami zaczynałem od ich krótszych tekstów. W niektórych wypadkach żałuję, że na tym nie poprzestałem.

O kim mówisz?

Cortázar, Hemingway... Bardzo lubię opowiadania obu, ale już ich powieści są znacznie słabsze. Jeszcze inni, jak choćby Czechow, Poe czy Borges, w ogóle nie pisali dłuższych rzeczy, co nie jest chyba stratą dla ludzkości. Chopin też nie pisał symfonii i nikt mu tego nie ma za złe.

Ciekawe, że odsetek czytelników spada, a grubość wydawanych książek rośnie.

Jest w tym pewna logika, bo jeśli kupujesz na ryneczku kalafior na sztuki, to też wybierasz największy. Jeśli książka ma być prezentem, to trochę głupio komuś wręczyć takie cienkie nie wiadomo co. Inne pytanie brzmi: czy ktoś te grube książki w ogóle czyta? W ostatnich latach było kilka głośnych, szczodrze nagradzanych powieści o słusznych rozmiarach – wszyscy je chwalili, ale jakoś nie mogłem znaleźć nikogo, kto by to w całości przeczytał.

To nie jest kraj dla krótkiej prozy?

Polska to kraj dla poezji. To tajemniczy, trudny do wyjaśnienia fenomen. Czasem tak się dzieje – znamy wielu wybitnych holenderskich malarzy, ale ani jednego kompozytora. Dlaczego? Polskich poetów o klasie światowej, a nawet wszechświatowej, można wymienić z łatwością dwudziestu albo więcej. A z prozaikami? Ciężko znaleźć jednego niekwestionowanego mistrza. Bo ci najlepsi – Gombrowicz, Schulz, Witkacy – to tacy nie do końca prozaicy, raczej poszukiwacze innych, nietypowych rozwiązań literackich.

Mieliśmy paru niezłych autorów opowiadań...

Na pewno Filipowicza, pewnie trzeba by też wymienić Iwaszkiewicza, choć akurat jego opowiadania to raczej wielkie kobyły niż kameralne miniaturki. Co zrobić – niech każdy pisze to, w czym czuje się dobrze – potrzebne są zarówno preludia, jak i opery. Choć może należałoby powiedzieć inaczej – jedno i drugie jest dokładnie tak samo niepotrzebne.

Pisałeś kiedyś, że w sercu dalej jesteś postmodernistą – to dziś rzadkie wyznanie.

Trudno nie być postmodernistą, jeśli parę rzeczy już się w życiu przeczytało. Dla mnie postmodernizm to przede wszystkim świadomość, że inni przed nami robili już podobne rzeczy, do których trzeba się jakoś odnieść. Ten bagaż bywa oczywiście kłopotliwy, dlatego marzę czasem, żeby być Nikiforem: roić sobie, że jestem pierwszym człowiekiem, który sięgnął po pióro. Wtedy mógłbym w cudownie swobodny sposób opiewać świat, ale niestety... Nie umiem zapomnieć, że istnieje cała modernistyczna kultura, stąd moje ciągoty ku różnym eksperymentom.

Z odchodzeniem od postmodernizmu wiąże się inny problem – zmniejszające się znaczenie fikcji, nie tylko literackiej. Teraz w cenie jest proza, która obiecuje prawdziwy wgląd w rzeczywistość.

Niechętnie patrzę na tę tendencję. Jako autor i czytelnik jestem przywiązany do fikcji. Literatura – kiedyś określało się ją słowem „piękna” – daje wgląd w rodzaj prawdy, która pozostaje niedostępna dla innych form. Nie chcę tu mówić o głębi czy innych metafizycznych pojęciach, ale jeśli bierzemy pojedynczy reportaż czy biografię, to często okazuje się, że opisują one mało reprezentatywny fragment świata, z którego niewiele wynika dla naszego życia. A fikcja zawsze szuka szerszego kontekstu. Bohaterowie opowiadań, powieści, a także wierszy – nawet jeżeli są blisko spokrewnieni z autorem – mają w sobie rys uniwersalny. Szukanie prawdy partykularnej, związanej z konkretną osobą, miejscem czy zdarzeniem, na dłuższą metę jest zwyczajnie mało interesujące.

Presja non fiction wpływa na samą literaturę?

Spłyca przyzwyczajenia czytelnicze. I nie chodzi mi nawet o te ciągłe pytania o klucz autobiograficzny, ale o szerszy problem – proza nigdy nie dostarczy tego, co reportaż, a pomieszanie tych oczekiwań może prowadzić do rozczarowania i frustracji. Także wśród samych pisarzy. Coraz większą wagę przykłada się do riserczu – żeby te wszystkie marki papierosów i samochodów odpowiadały realiom epoki. A to przecież jest w gruncie rzeczy bez znaczenia, więcej: odciąga uwagę od wartości artystycznych. A już poza wszystkim – smuci mnie, gdy widzę niezłego reportażystę, który marnuje swoje siły, bo biorąc pod uwagę jego zdolności językowe i wyobraźnię, mógłby spokojnie napisać niezłą powieść. Z kolei nigdy nie zdarzyło mi się pomyśleć: „świetny prozaik, szkoda, że nie pisze reportaży”.

Bohater Twojej najnowszej powieści – profesor filozofii – zostaje poproszony o powołanie specjalnej rządowej komisji, która ma rozstrzygnąć spór o istnienie Boga. Zakładasz silną wiarę we wpływ humanistów na kształt świata.

Nie mam wyjścia, jestem uformowany przez tę kulturę, która wywodzi się gdzieś od Gutenberga, a teraz powoli przemija. Spory filozoficzne sprzed wieków są dla mnie istotniejsze niż gazetowe doniesienia. I nie widzę powodu, żeby to ukrywać. Irytuje mnie, gdy mówi się, że to nie jest prawdziwy świat, że życie toczy się gdzie indziej: w gazetach, telewizji, internecie. Nauka i kultura nie są oderwane od rzeczywistości – są jej żywotną częścią.

Ale ich przedstawiciele często dobrowolnie zamykają się w niszach.

Być może sytuacja życiowa ich do tego zmusza, a być może po prostu wygodniej jest zasklepić się w swoim stypendium czy grancie. Ale to nie jest dobra sytuacja – artysta, a do tego grona zaliczam też pisarzy, nie powinien być tylko artystą. Jeśli ma jeszcze inne zajęcie, to tylko z korzyścią dla jego sztuki. A czy z tym trzeba od razu koniecznie gdzieś wychodzić... Mam duży dystans do wszelkich akcji promocji czytelnictwa. Chyba trzeba po prostu robić swoje najlepiej, jak się potrafi.

A wiara w moc sprawczą sztuki?

Z tym zawsze był problem. Chyba lubimy wierzyć, że kiedyś była ona większa, ale czy to prawda... Czy inscenizacja „Dziadów” miała faktycznie tak duży wpływ na wydarzenia z 1968 r., jak nas uczą w podręcznikach? Może to się tylko zbiegło w czasie? Aczkolwiek samą wiarę w moc sprawczą sztuki z pewnością należy w sobie pielęgnować.

A co sądzisz o takim wariancie opowiadania, jakim jest proza facebookowa?

Takie formy raczej zastępują klasyczne felietony czy listy do redakcji. U mnie hierarchia jest prosta – jeśli mam do powiedzenia coś ważnego, to piszę opowiadanie. Jeżeli coś mniej istotnego, robię z tego felieton. A jeżeli jest to błaha, bieżąca obserwacja, to powstaje z niej wpis, który polubi dziesięciu znajomych. W internecie marnuje się sporo ciekawych rzeczy. Z drugiej strony są autorzy, których książki mnie odrzucają swoją niestrawnością, ale za to ich twórczość internetowa sprawia mi sporo radości.

To na koniec jeszcze o puencie, bez której nie ma opowiadania.

Puenta to sprawa ryzykowna, bo źle zrobiona, potrafi położyć każdy tekst. Znamy setki wierszy, z których wystarczyłoby wyciąć dwie ostatnie linijki, żeby uzyskać wspaniałą poezję. Dlatego jestem zwolennikiem podwójnej puenty – puentę właściwą rozładowuję wcześniej jakąś antypuentą czy metapuentą. ©℗

MACIEJ MIŁKOWSKI (ur. 1980) jest prozaikiem, tłumaczem i krytykiem literackim. Autor dwóch tomów opowiadań: „Wist” (2014) i „Drugie spotkanie” (2017). Wkrótce nakładem wydawnictwa Nisza ukaże się jego powieść „System Sulta”. Stale współpracuje z „Czasem Literatury”, gdzie prowadzi dział poświęcony opowiadaniom.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]