Jest w tym jakaś ironia losu, że zespół, który na swoich płytach tak często odnosi się do sekt i kultów, sam uznawany jest dziś za kultowy. Z drugiej strony może trudno się dziwić, że duet Boards of Canada wywołuje tak silne emocje. W końcu bracia Sandinsonowie mieszkają gdzieś na szkockiej prowincji, nie udzielają wywiadów, nie grają koncertów, a ich poprzednia płyta ukazała się trzynaście lat temu.
Chodzi jednak nie tylko o styl życia tych producentów muzyki elektronicznej, których twórczość łączy w sobie elementy trip-hopu, ambientu, IDM-u czy downtempo. Od samego początku albumom Boards of Canada towarzyszyła aura niezwykłości. Zagadkowe liczby, tajemnicze tytuły, samplowane wypowiedzi teleewangelistów nakładające się na wyliczanki rodem z „Ulicy Sezamkowej” – to wszystko sprawiało, że wielu słuchaczy szukało drugiego i trzeciego dna ich utworów. Przy czym Szkoci nigdy nie tworzyli muzyki tylko dla wtajemniczonych.
Być może jako pierwsi muzycy zaczęli wdrażać na swoich płytach ideę hauntologii, zgodnie z którą nawiedzały je duchy przeszłości i przyszłości, która nigdy nie nadeszła. Wykoślawione melodie z dzieciństwa, sample z przepowiedniami profetów, pieczołowicie zaprogramowane rytmy i psychodeliczne partie syntezatorów składały się na kolaże, które momentalnie działały na emocje.
Od czasu ikonicznego „Music Has the Right to Children” z 1998 r. metody pracy Sandinsonów nie zmieniły się tak bardzo – zmieniły się natomiast emocje. Choć Boards of Canada od początku niepokoili się o dalsze losy świata, na pierwszy plan wybijały się nostalgia i zapasy z pamięcią. Z płyty na płytę muzyka Szkotów robiła się bardziej mroczna i klaustrofobiczna. Odpowiadała zmieniającemu się światu, który obserwowali artyści.
Może więc nie powinno dziwić, że ich tegoroczna płyta nosi tytuł „Inferno”, a jej przesłanie jest, cóż, niewesołe. Ten siedemdziesięciominutowy album nawiedza głos Aleistera Crowleya, religijne pieśni nakładają się na mroczne przepowiednie Nostradamusa, a narkomani opowiadają o tragicznych skutkach brania PCP.
Największe wrażenie robi na mnie jednak utwór „Father and Son” zbudowany wokół archiwalnego nagrania, w którym ojciec próbuje przekonać syna do opuszczenia sekty i powrotu do domu. Jeśli to wszystko brzmi doprawdy strasznie, to spieszę dodać, że pobieżny seans z „Inferno” sprawia odmienne wrażenie. Ciepłe ambientowe plamy, powolne syntezatorowe arpeggia, nastrojowe instrumentalne miniatury sprawiają, że kolejne utwory mogłyby z powodzeniem trafić na playlisty z muzyką do pracy, a może nawet – do relaksu.
Tym samym Boards of Canada świetnie łapią zeitgeist, bo przecież z perspektywy Europy nietrudno uwierzyć, że wszystko jest w porządku.
Boards of Canada, INFERNO, Warp 2026
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











