Nikol Paszynian buduje Nową Armenię. Cenę płacą Ormianie z Karabachu

Paszynian nie chce dystansować się od Rosji, o czym mówi publicznie. Rosja też potrzebuje Armenii, i to z Paszynianem na czele. Do czego?
z Erywania
Czyta się kilka minut
Erywań, stolica Armenii, jesień 2025 r. W oddali widoczny Ararat: święta góra dla Ormian i symbol ich kraju, która dziś znajduje się na terytorium Turcji. // Fot. Karen Minasyan / AFP / East News
Erywań, stolica Armenii, jesień 2025 r. W oddali widoczny Ararat: święta góra dla Ormian i symbol ich kraju, która dziś znajduje się na terytorium Turcji. // Fot. Karen Minasyan / AFP / East News

Pawłowi nie mieści się w głowie, że za chwilę w Armenii już nikt nie będzie pamiętać o Karabachu. Ze strachem patrzy, jak jego dawny świat znika za coraz bardziej gęstą mgłą.

Nawet politycy tutaj starają się nie używać już słowa Arcach, armeńskiej nazwy Górskiego Karabachu, żeby nie drażnić sąsiadów. Samych zaś karabachskich Ormian traktują z rezerwą. Paweł ma wrażenie, że nie biorą ich na poważnie.

Ot, choćby niedawne wybory parlamentarne. Ani Paweł, ani jego żona Armine nie wzięli w nich udziału. Nie mogli, bo dla Armenii nie są prawowitymi obywatelami. Niby paszporty mają jak wszyscy, armeńskie, i dla całego świata są obywatelami tego kraju na Południowym Kaukazie. Jednak w Armenii są Ormianami Karabachu, oznaczonymi specjalnym kodem 070.

– Ten kod zabiera nam szereg praw, dyskredytuje. Z takim dokumentem nie mogę zatrudnić się na państwowej posadzie ani nawet zarejestrować auta. Jestem uchodźcą, mam kartę pobytu, którą nazywam pozwoleniem na bycie bezdomnym we własnym kraju. Moje dzieci otrzymują jako zapomogę 30 tys. dramów miesięcznie – mówi Paweł (to równowartość 300 zł).

Wcześniej, po jesieni 2023 r., gdy Azerbejdżan przejął całkowitą kontrolę nad Karabachem, Armenia wydzieliła im pomoc humanitarną. Na początek, jednorazowo, każdy z blisko 100 tys. Ormian, którzy opuścili domy, otrzymał 100 tys. dramów (1000 zł). Potem co miesiąc dostawali zapomogę 50 tys., aż w końcu państwo zaczęło płacić ją tylko dzieciom.

Z Karabachu do Armenii. Domy i groby

Z Armine i Pawłem poznaliśmy się jesienią 2023 r. w armeńskim mieście Goris. Z całą rodziną dopiero co uciekli z Karabachu, zostawiając wszystko, czego od pokoleń dorabiali się ich przodkowie.

Zostawili też groby. W pierwszej wojnie karabachskiej, na początku lat 90. XX w., Paweł stracił ojca. Nawet go nie poznał, ojciec zginął kilka miesięcy przed jego urodzeniem. Mogiła była jedyną rzeczą, która ich łączyła. Teraz zostało jej zdjęcie i lęk, że Azerbejdżanie zbezcześcili cmentarz. 

Paweł opuścił Karabach jesienią 2023 r. wraz ze stu tysiącami żyjących tam Ormian. Dziś uważa, że Armenia go zdradziła. Tu na zdjęciu jeszcze w rodzinnym Stepanakercie, stolicy Karabachu. // Fot. archiwum prywatne

Przez całe jego życie ojca zastępował mu dziadek. Nie zdążyłam go poznać. Zmarł dwa dni wcześniej na punkcie granicznym, gdy opuszczali Karabach. Poznałam za to jego zrozpaczoną żonę, która z nienawiścią w oczach mówiła, że strata Karabachu to wina Nikola Paszyniana, premiera Armenii. Dziś babcia Pawła też już nie żyje.

Paweł nie pochował ich w Armenii. Ciało dziadka prosto z granicy z Karabachem ruszyło do rosyjskiego Stawropola, gdzie żyją jego wujowie. Kilka miesięcy później pojechała do nich babcia. – Nie chciała umierać w Armenii. Nie chciała być tu pochowana. Nie zostało w niej wiele szacunku dla tego kraju – mówi Paweł.

W nim zresztą też. Sam chciał jechać do Rosji. W Armenii kiepsko było z pracą, a po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i po tym, jak do Armenii przybyło 90 tys. Rosjan, ceny najmu wystrzeliły tak, że stać go było na mieszkanie na obrzeżach Erywania w kiepskich warunkach. 

Tymczasem w Martakercie zostawił wielki dom z werandą, działkę, sad i fundamenty pod nowy dom. Zostawił też samochód. Nie mógł nim wyjechać, bo nie było już paliwa.

„Realna Armenia”: idea Paszyniana

– Na początku w Armenii przyjęli nas ciepło – wspomina Paweł. – Wszyscy wtedy byli przerażeni tym, co się stało. Z czasem jednak zaczęliśmy przeszkadzać. Ludzie dogryzali nam, że wyrwaliśmy się z dziczy i w końcu możemy mieszkać w normalnych warunkach. Wypominali pieniądze, które wydzielało nam państwo. A przed wyborami ciągle słyszeliśmy, że przez tyle lat utrzymywali nas w Karabachu, walczyli za nas i ginęli, a my tylko spijaliśmy śmietankę i żyliśmy jak u Pana Boga za piecem z Azikami.

Azikowie to pogardliwe określenie Azerbejdżan. Takie słowa to dla Pawła obelga. Ale nie ona jest najgorsza. Najgorsze, że zdaniem części jego rodaków Karabach był przez 30 lat dla Armenii ciężarem i Paszynian, oddając go Azerbejdżanom, dokonał najlepszego wyboru. – Jeszcze trzy-cztery lata temu takie zdanie nie przeszłoby żadnemu Ormianinowi przez usta – mówi Paweł. – Dziś Paszynian buduje Nową Armenię, a w niej nie ma miejsca dla Arcachu.

W jakimś sensie to prawda. Premier Paszynian część swojej niedawnej kampanii wyborczej poświęcił idei tego, co nazwał „Realną Armenią”: jego zdaniem Ormianie powinni skupić się na tym, co mają, czyli 29 tys. km kw. terytorium, i nie wracać pamięcią do tego, co utracili. Ma na myśli zarówno Ararat (ten leży w Turcji), jak i Arcach, który oficjalnie uznał za część Azerbejdżanu.

Ararat, Arcach i polityka faktów dokonanych

Ararat to święta góra Ormian, ich główny symbol, na który każdy mieszkaniec Erywania, stolicy kraju, codziennie spogląda. To też jeden z elementów pamięci o rzezi Ormian, której w 1915 r. dokonało Imperium Osmańskie. Ararat występuje w herbie Armenii, Ormianie piszą o nim wiersze, śpiewają pieśni. Do niedawna widniał na pieczątkach, które straż graniczna wbijała do paszportów na granicy. Ale już nie widnieje.

Nie wszystkim w Armenii podoba się taka polityka uznania faktów dokonanych.

– Paszynian uważa, że Ararat to symbol starej Armenii. W nowej powinniśmy się zachwycać Agarakiem, najwyższym szczytem na naszym terytorium. Tyle że w przypadku tej góry nie ma się czym zachwycać – mówi Boris Navasardian, dziennikarz i założyciel Yerevan Press Club, pierwszej niezależnej organizacji dziennikarskiej w kraju.

Nikol Paszynian w niedzielę wyborów parlamentarnych, które zdecydowanie wygrał. 7 czerwca 2026 r. // Fot. Yuri Kochetkov / IMAGO / East News

– Paszynian sądzi, że odrzucając tradycję i dokonując zamachu na naszą tożsamość, śle pozytywny sygnał do Turcji i Azerbejdżanu. Nie rozumie, że nas upokarza – dodaje. 

Navasardian przypomina, że w czasie kampanii wyborczej Paszynian pokłócił się publicznie z Arturem Osipianem, bohaterem wojen karabachskich. Osipian zapytał go, dlaczego jako premier od 2018 r. podtrzymywał finansowo władze Karabachu, choć wiedział, że kradną. Chciał wiedzieć, dlaczego premier nie wsadził tych ludzi do więzienia.

Paszynian w rewanżu zapytał, czemu Osipian nie zginął w walce o Karabach. Potem wszczęto wobec niego śledztwo (zarzuty: nawoływanie do przemocy i utrudnianie kampanii) i aresztowano. W areszcie prowadzi on strajk głodowy, żąda też przeprosin od premiera.

Dlaczego Paszynian wygrał wybory

– Nie wiem, czy doczeka się tych przeprosin – mówi Navasardian. – Paszynian wybory wygrał, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by przeprosił nie tylko Osipiana, ale też innych, których podczas kampanii obraził. Przed wyborami taki gest mógłby mu zaszkodzić, ludzie mogliby wziąć go za słabego, a takich się u nas nie lubi. Ale teraz, gdy ma już pewność, że będzie premierem kolejne pięć lat, powinien przeprosić.

Paszynian rzeczywiście wybory wygrał. Jego partia Umowa Społeczna zdobyła prawie połowę głosów i tym samym większość parlamentarną. Głosowali na niego przede wszystkim ci, którzy za wszelką cenę chcą pokoju z Azerbejdżanem i otwarcia granicy z Turcją, a także prowincja. To tam Paszynian po dojściu do władzy budował drogi, dał ludziom pracę.

A zwłaszcza: uwolnił ich z poddańczego układu, w którym żyli od czasu, gdy w 1991 r. upadł Związek Sowiecki i powstała niepodległa Armenia.

– W naszym kraju rządził układ oligarchiczny, który rozpędu nabrał w 1998 r., gdy do władzy doszedł tzw. klan karabachski. Armenia była pogrążona w korupcji i nieograniczonej władzy oligarchów – wspomina Navasardian. – Podzielili oni kraj na strefy wpływów, a ludzi, którzy tam żyli, mieli za swoich wasali. Dopiero gdy pojawił się Paszynian i zaczął walczyć z tym układem, zobaczyli, że mają jakąś sprawczość i mogą decydować o sobie. 

– To w Armenii nowość – przyznaje dziennikarz. – Trwa to dopiero osiem lat, dlatego ludzie bardzo to cenią. 

Armenia w uścisku Rosji 

W europejskich mediach po wyborach z 7 czerwca dominował ton, że Armenia wybrała Zachód i odwraca się od Rosji. To jednak uproszczenie. Ani Paszynian nie chce dystansować się od Rosji, o czym mówi publicznie, ani Rosja donikąd się z Armenii nie wybiera. Dla każdej ze stron byłoby z tego powodu zbyt wiele strat. Mówią o tym liczby.

Centralny Bank Armenii podaje, że tylko w 2025 r. na rosyjski rynek trafiało blisko 40 proc. armeńskiego eksportu, a Rosja odpowiadała za 35 proc. całego zagranicznego handlu tego kraju. Ponadto w 2025 r. Ormianie pracujący w Rosji przelali do kraju 3,9 mld dolarów (to wartość przelewów bankowych). 

Rosja trzyma też rękę na energetyce Armenii. Prawie 82 proc. zużywanego tu gazu pochodzi z Rosji, a jego dystrybucją zajmuje się Gazprom. Dalej: 30 proc. prądu wytwarza elektrownia jądrowa Metsamor; jej reaktor jest konstrukcji sowieckiej i jego funkcjonowanie zależy od rosyjskiego paliwa jądrowego, technologii i części.

W rosyjskich rękach jest armeńska kolej, rosyjski kapitał kontroluje znaczną część sektora telekomunikacyjnego, a w Giumri jest rosyjska baza wojskowa. Nie da się szybko zerwać tych wszystkich zależności i powiązań – nawet gdyby była po temu wola. 

Rosja obchodzi sankcje dzięki Armenii

Paszynian o tym wie. – Robi więc wszystko, by nie dać się sprowokować. Jeśli Rosja będzie chciała nas ukarać, zrobi to, ale my musimy zrobić, co w naszej mocy, żeby to była jej decyzja, a nie reakcja na nasze nerwowe ruchy ze względu na jej prowokacje – tłumaczy Stiopa Safarian, analityk z Armenian Institute of International and Security Affairs (AIISA).

Safarian uważa, że jest to układ obustronny, bo Rosja też potrzebuje Armenii. I to właśnie z Paszynianem na czele.

– Moskwa korzysta na jego dobrych stosunkach z Zachodem, bo to pozwala jej za pośrednictwem Armenii obchodzić sankcje na niektóre towary – twierdzi Safarian. – Jednak zarazem Rosji zależy na tym, by władza Paszyniana była jak najsłabsza. Dlatego przed wyborami cała rosyjska machina propagandowa wieszała na Paszynianie psy, straszyła wojną i nałożyła sankcje na kwiaty, koniak, żywność i wodę mineralną. 

– Trzeba przyznać, że okazali się skuteczni – ocenia analityk. – Paszynian wygrał, ale nie ma większości konstytucyjnej. W nowym parlamencie są ludzie Kremla. Można nawet powiedzieć, że w naszym parlamencie zasiądą deputowani rosyjskiej Dumy Państwowej. 

Kto odpowiada za utratę Karabachu

Skąd taka ocena? Dwie partie prorosyjskie – Silna Armenia i Sojusz Armenia – zdobyły razem ponad 33 proc. głosów. Obie chcą zbliżenia z Rosją, ponownego „przedyskutowania” procesu pokojowego z Azerbejdżanem, a nawet „rozważenia” powrotu Ormian do Karabachu.

Jeśli przyjrzeć się wynikom wyborów, to okazuje się, że więcej ludzi w kraju głosowało przeciw Paszynianowi, nawet jeśli nie oddali głosów na prorosyjskie partie. Paweł też nie oddałby na niego swojego głosu. – On oddał Karabach, a teraz chce przekreślić pamięć tych, którzy za niego polegli – mówi.

Także Boris Navasardian obwinia Paszyniana za utratę Karabachu. – Tej wojny można było uniknąć – przekonuje. – Gdy on doszedł do władzy, Azerbejdżan wielokrotnie proponował negocjacje. Chcieli, by Armenia uznała Karabach za azerbejdżański i podjęła rozmowy na temat Ormian z Karabachu. Azerbejdżan chciał przyznać regionowi szeroką autonomię, byle w swoich granicach. 

Paszynian się nie zgodził. Navasardian: – Krzyczał wtedy, że Arcach to Armenia. Tak naprawdę Azerbejdżan nie miał innego wyjścia, więc zaczął wojnę w 2020 r. Owszem, Azerbejdżan nie jest bez winy, ale uważam, że większa leży po naszej stronie. Paszynian był pewien, że Rosja do tego nie dopuści. Bardzo się pomylił.

Konstytucja i diaspora blokują pokój z Azerbejdżanem

Teraz, aby podpisać traktat pokojowy, Armenia musi zmienić konstytucję. Prezydent Azerbejdżanu, Ilham Alijew, postawił warunek, aby Erywań wykreślił z preambuły konstytucji nawiązanie do Deklaracji Niepodległości z 1990 r., gdzie mowa jest o zjednoczeniu Armenii z Arcachem. Alijew uważa, że zapis ten oznacza roszczenia terytorialne. Jednak by to zrobić, trzeba przeprowadzić referendum.

– Przy tym parlamencie to niemożliwe, a to oznacza, że układu pokojowego nie będzie – ocenia Stiopa Safarian. – Co ciekawe, ta sytuacja odpowiada i Rosji, i części Ormian, zwłaszcza tych z diaspory.

Poza Armenią żyje może nawet dwa-trzy razy więcej Ormian niż w kraju. Safarian: – Oni nie mogą głosować, ale i tak mają u nas ogromne wpływy, bo przesyłają pieniądze. Nigdy nie odbieraliśmy diaspory jako zagrożenia. Nawet wtedy, gdy ci ludzie byli zwerbowani przez inny wywiad, wierzyliśmy, że to, czego chcą, to dobro Armenii. 

– Niedawno dotarło do nas, że diaspora to wielki hamulcowy rozwoju naszego kraju – uważa Safarian. – Oni żyją wygodnie w Nowym Jorku, Paryżu czy Moskwie, karmią się mitami, ale nie chcą się tu przeprowadzić. W roli mądrzejszych braci tłumaczą, co dla nas lepsze. Dla nich każde wyjście poza mit jest zdradą. Ale nie da się iść do przodu, grzęznąc w historii.  

Wschody i zachody słońca w Martakercie

Akurat z tym Paweł nie może się pogodzić. Uważa, że Armenia go zdradziła. – Uważa się nas za problem. Najlepiej, gdybyśmy zniknęli – rzuca. Potem sięga po telefon i pokazuje mi zdjęcia wschodów i zachodów słońca w Martakercie. Mówi, że gdy tylko zamyka oczy, od razu się tam przenosi. Chodzi po łąkach, odwiedza sklepy, pije herbatę u sąsiadów. 

Tylko rodzinnego domu nie chce wspominać. Zanim go opuścił, porąbał siekierą, co się tylko dało. Nie był w stanie myśleć, że jakiś Azerbejdżanin miałby korzystać z jego rzeczy. 

Wciąż wierzy, że kiedyś tam wróci. – Przecież Azikom udało się to po 30 latach. Nam też się uda. To wszystko nie może się tak skończyć.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Witajcie w Nowej Armenii