Mieszkańcy Albuquerque mają kawałek historii tuż pod nosem. Przez środek tej półmilionowej metropolii w stanie Nowy Meksyk ciągnie się Central Avenue: niemal 29-kilometrowy odcinek Route 66 – czyli Drogi nr 66 – usiany starymi neonami restauracji i moteli.
Jadące tędy samochody mijają m.in. neon, który jest pozostałością po De Anza Motor Lodge – motelu założonym w 1939 r. przez C.G. Wallace’a, handlarza indiańską biżuterią. Jego motel, nowoczesny jak na tamte czasy, wyposażony był w każdym pokoju w prysznic, telefon i klimatyzację. Wallace, szukając nowych rynków zbytu, sprzedawał swoim gościom biżuterię wykonaną przez indiańskie plemię Zuni. Dobrze je znał, bo przez wiele lat prowadził sklep na terenie ich rezerwatu w Nowym Meksyku.
De Anza Motor Lodge po wielu dekadach osławili twórcy amerykańskiego serialu „Breaking Bad”, filmując jedną ze scen na parkingu opuszczonego już motelu. Dziś na tym terenie mieści się osiedle luksusowych apartamentów, ale motelowy neon pozostał.
Podobnie jak ten na budynku baru Dog House, działającego wciąż w Albuquerque. Słynie on z 30-centymetrowych hot-dogów z chili oraz z podświetlanego nocą jamnika, który merda ogonem i wgryza się w pęto kiełbasek. Neon dobrze znany jest fanom „Breaking Bad” – to tu, właśnie w Dog House, jeden z bohaterów serialu jadał i robił ciemne interesy. W świecie rzeczywistym knajpa stołuje Amerykanów od 1948 r.
Route 66: skąd się wzięła ta nazwa
Route 66 usiana jest historiami przydrożnych moteli i barów, które do dziś przyciągają turystów z całego świata.
Legendarna szosa przecina osiem stanów – od Chicago w stanie Illinois, przez Missouri, Kansas, Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę aż do Kalifornii. Trasa, licząca ponad 3900 km, kończy swój bieg w Santa Monica, położonej nad Pacyfikiem miejscowości niedaleko Los Angeles.
Route 66 formalnie funkcjonuje od 11 listopada 1926 r., gdy zatwierdzono pierwszy w kraju system numerowanych autostrad. Trasa, łącząca istniejące już drogi lokalne, stanowe i krajowe, otrzymała łatwy do zapamiętania numer 66, o co zabiegał biznesmen z Oklahomy Cyrus Avery. Zależało mu na chwytliwej nazwie, bo widział w tej trasie potencjał – szansę na rozwój jego rodzinnego miasta Tulsa, gdzie sam zresztą prowadził stację benzynową.

Już w 1927 r. Cyrus Avery, razem z innym biznesmenem Johnem Woodruffem, założyli organizację U.S. 66 Highway Association, której celem była promocja nowej autostrady oraz zabieganie o utwardzenie jej nawierzchni na całej długości.
Jeszcze zanim pod koniec lat 20. XX w. Stany pogrążyły się w Wielkim Kryzysie, dwójka biznesmenów zwerbowała znanego agenta sportowego Charlesa C. Pyle’a, aby zorganizował bieg transkontynentalny z Los Angeles do Nowego Jorku. Nagłośnione przez media zawody trwały 84 dni – przez ten czas Amerykanie mogli czytać o zmaganiach biegaczy i pięknych krajobrazach Południowego Zachodu USA.
Jak Route 66 stała się popularna
Jako jedni z pierwszych – z konieczności, a nie z wyboru – Route 66 przemierzyli mieszkańcy wielkich równin w środkowych Stanach. W latach 30. XX w. uciekali przed kryzysem gospodarczym oraz suszami i burzami pyłowymi, które zrównały z ziemią wiele gospodarstw rolnych.
Większość migrantów kierowała się do Kalifornii, gdzie panował łagodniejszy klimat, co umożliwiało uprawę ziemi przez cały rok. Odnosząc się do tej tułaczki, pisarz John Steinbeck nazwał Route 66 „Drogą Matką” („The Mother Road”) – i to określenie już do niej przylgnęło.
W czasie II wojny światowej przemieszczały się nią na zachód ciężarówki ze sprzętem wojskowym, zaopatrzeniem i żołnierzami. Gdy zaś nastał pokój, Route 66 stała się popularną trasą wakacyjną dla amerykańskich rodzin.
To podczas podróży legendarną szosą w 1946 r. powstał pomysł na przebój „(Get Your Kicks On) Route 66”. Tekst piosenki napisał Bobby Troup – twórca z Pensylwanii, któremu marzyła się kariera w Hollywood. W trakcie przeprowadzki do Los Angeles jego żona Cynthia wpadła na chwytliwą, tytułową frazę, a on za nią podążył.
Ponoć niecały tydzień po przyjeździe do Kalifornii Troup przedstawił szkic piosenki Natowi Kingowi Cole’owi, pierwszemu wykonawcy przeboju. „Drogę Matkę” spopularyzował potem także serial „Route 66”, opowiadający o dwóch młodych mężczyznach podróżujących Corvettą przez Stany. Pierwszy odcinek telewizja CBS wyemitowała 7 października 1960 r., w dniu debaty rywali w wyścigu prezydenckim – Richarda Nixona i Johna F. Kennedy’ego.
Symbol amerykańskiej swobody. Dla wybranych
Popularność Route 66 napędzała nie tylko popkultura, ale także powojenne prosperity i produkcja coraz tańszych aut, co sprawiło, że klasę średnią stać było na wycieczkę do Wielkiego Kanionu czy na plaże Kalifornii.
Ci, którzy chcieli zarobić na turystycznym boomie, prześcigali się w pomysłach, jak zachęcić kierowców do zjechania z trasy. Stąd oryginalne neony (jak ten z jamnikiem w Albuquerque), motele oferujące nocleg w betonowym tipi czy przydrożne atrakcje, jak ogromne figury dinozaurów czy farmy węży.
Route 66, przebiegająca w znacznej części przez tereny rdzennych Amerykanów, także im dawała zarobić. Naprawiali auta, sprzedawali ceramikę, tradycyjne wypieki i biżuterię. Już w połowie lat 20. XX w. indiańskie wioski odwiedzali zamożni Amerykanie, którzy chcieli zobaczyć Południowy Zachód USA. Gdy więc ludzie zaczęli podróżować Route 66, na przydrożnych billboardach roiło się od indiańskich akcentów, np. pióropuszy i tipi (co według krytyków jedynie umacniało kulturowe stereotypy).
Autostrada Route 66, przez dekady przedstawiana jako symbol swobody, na początku nie kojarzyła się tak jednak Afroamerykanom. W czasach segregacji rasowej nie obsługiwano ich bowiem na większości stacji benzynowych, w barach czy motelach. W 1930 r. niemal połowa hrabstw położonych wzdłuż Route 66 usiana były miejscowościami, gdzie czarnoskórzy mieli zakaz pojawiania się po zmroku. W niektórych miastach umieszczano tablice: „Czarnuchu, nie pozwól, by słońce tu nad tobą zaszło”.
To nie była tylko groźba. Znalezienie się w takim miejscu nocą mogło skończyć się linczem z rąk białych Amerykanów.
Poradnik dla czarnoskórych na Route 66
Aby uniknąć problemów, wielu czarnoskórych kierowców zabierało w trasę dodatkowe kanistry z benzyną, lodówki turystyczne, a nawet przenośne toalety. Często nie zatrzymywali się nawet na nocleg, co przy zmęczeniu długą jazdą zwiększało ryzyko wypadków.
Z myślą o takich kierowcach w 1936 r. powstał przewodnik z listą obiektów obsługujących Afroamerykanów. Aktualizowaną co roku publikację pt. „The Negro Motorist Green Book” wydawał czarnoskóry listonosz z Nowego Jorku – Victor H. Green. Przewodnik ukazywał się do 1967 r., czyli jeszcze przez kilka lat po zniesieniu segregacji rasowej w miejscach publicznych, szkołach i pracy.
W czasach segregacji odległości między przydrożnymi motelami i barami dla Afroamerykanów były ogromne. Według „Green Book” po wyjechaniu z Chicago, kolejne takie obiekty były dopiero w Springfield, mieście oddalonym o ponad 300 km. Inny przykład: na krótkim odcinku Route 66 w zróżnicowanym etnicznie mieście Albuquerque tylko kilka moteli spośród setki oferowało nocleg czarnoskórym. Otwarty dla nich był m.in. wspomniany De Anza Motor Lodge.
To smutny paradoks, że uciekając przed rasizmem w południowych stanach, Afroamerykanie doświadczali go także w innych rejonach kraju. Nawet kalifornijskie miasta, jak Glendale czy Culver City, znane były z rasistowskiej polityki i działalności „pilnujących porządku” członków Ku Klux Klanu. Również na plażach w Santa Monica, gdzie Route 66 kończyła swój bieg, obowiązywała segregacja rasowa.
O panujących wtedy realiach przypomina też historia Nata Kinga Cole’a. Wykonawca wspomnianego przeboju często nie mógł nocować w hotelu, w którym grał koncert, bo był on zarezerwowany tylko dla białych.
Przyjęcie pożegnalne dla legendy dróg
Rozsławiona przez Cole’a, „Droga Matka” przestała pełnić funkcję autostrady w 1985 r. Stało się tak za sprawą rozwiniętej sieci dróg międzystanowych, których budowa rozpoczęła się w latach 50. XX w.
Głównym architektem zmian był prezydent Dwight D. Eisenhower. Zainspirował się niemieckimi autostradami, jakie widział jako naczelny dowódca sił alianckich w czasie II wojny światowej. Na mocy podpisanej przez Eisenhowera ustawy z 1956 r. priorytetem były autostrady łączące stolice stanów i miejscowości o liczbie mieszkańców powyżej 50 tysięcy.
W efekcie już w latach 70. niemal wszystkie odcinki Route 66 zostały wyparte przez kilkupasmowe drogi, umożliwiające kierowcom szybkie przemieszczanie się na dużych odległościach, z dala od zakorkowanych centrów miast.
„Droga Matka” tego nie gwarantowała. Na facebookowej grupie „Historic Route 66” czytam wpis Wayne’a Schella, byłego żołnierza marines, który wspomina, że na trasie przecinającej miasteczka obowiązywało ograniczenie prędkości do 30 mil na godzinę (ok. 48 km/h). Schell, podróżujący w latach 50. między bazą wojskową w Kalifornii a stanem Illinois, pisze, że ruch na trasie spowalniały też znaki „stop” i sygnalizacja świetlna.
Gwoździem do trumny dla Route 66 było otwarcie w październiku 1984 r. odcinka autostrady międzystanowej nr 40, który omijał miasteczko Williams w Arizonie. Jego mieszkańcy, po nieudanej sądowej walce o zablokowanie budowy, zorganizowali dla Route 66 „przyjęcie pożegnalne”. Zaprosili na nie Bobby’ego Troupa, który wykonał swój kultowy „(Get Your Kicks On) Route 66”. Specjalnie z tej okazji do utworu wyliczającego miasta położone wzdłuż legendarnej szosy dodał arizońskie Williams.
Jak powstały amerykańskie przedmieścia
Sieć autostrad nie tylko strąciła Route 66 z piedestału, ale także sprawiła, że położone wzdłuż trasy miasteczka, usiane oryginalnymi motelami, mocno podupadły. Jednocześnie wzdłuż nowych dróg budowano sieciowe hotele i restauracje, które oferowały gościom przewidywalny standard.
Z czasem międzystanowe autostrady na dobre zdeterminowały amerykański styl życia. To one przyspieszyły proces suburbanizacji, czyli przenoszenia się na przedmieścia, gdzie zamiast gnieździć się w budynkach wielorodzinnych, klasa średnia kupowała na kredyt dom z ogródkiem.
Przeprowadzka na przedmieścia, z dobrymi szkołami i niską przestępczością, stała się symbolem sukcesu i awansu społecznego. Tyle że z suburbanizacji, podobnie jak wcześniej z Route 66, na równi nie mogli skorzystać czarnoskórzy Amerykanie. W wyniku polityki segregacji rasowej mieli zakaz kupowania domów na białych przedmieściach, choć przy ówczesnych cenach byłoby ich jeszcze na nie stać.
Tak powstały obszary dwóch prędkości: białych zamożnych przedmieść i czarnych dzielnic w miastach, przez które planiści bez skrupułów wytyczali coraz to nowe autostrady. W efekcie dziś kolejne pokolenia Amerykanów z mniejszości etnicznych muszą wychowywać się w rejonach oszpeconych przez wielkie arterie i wiadukty.
Samochód: drugi dom Amerykanów
Wielka budowa autostrad przyniosła też jedną fundamentalną zmianę: mieszkańcy USA, oddaleni od centrów miast, skazani byli na dojazdy samochodem. Dziś w Stanach to standard, że do pracy dojeżdża się autem ok. 30-40 kilometrów w jedną stronę. Potrzeba też samochodu, by odwieźć dzieci do szkoły, dotrzeć do sklepu czy lekarza. W wielu miejscach nie ma nawet chodników i przejścia dla pieszych.
Nigdy nie zapomnę, gdy mieszkając w San Diego w południowej Kalifornii, musiałam przebiec trasę szybkiego ruchu, by dostać się do przychodni lekarskiej. Choć i tak nie mogę narzekać, bo w San Diego funkcjonuje transport publiczny.
Tymczasem, według wyliczeń American Public Transportation Association, niemal połowa Amerykanów nie ma takiego luksusu, a nawet jeśli go ma, to rzadko z niego korzysta. Np. w San Diego autobusem jeździli głównie Latynosi, bezdomni i ci, którzy... tymczasowo stracili prawo jazdy.
Samochód jest dla Amerykanów drugim domem: to w nim w pośpiechu jedzą posiłki, słuchają muzyki i omawiają biznesowe sprawy przez telefon, włącznie z udzielaniem wywiadów mediom, co nieraz zdarzało się moim rozmówcom. Bywa, że Amerykanie po powrocie do domu nie wychodzą od razu z auta, tylko zostają w nim na podjeździe, zapewne chcąc mieć chwilę spokoju po trudnym dniu pracy.
Setne urodziny Route 66
Dziś, gdy „Droga Matka” zbliża się do setnych urodzin, mieszkańcy USA i zagraniczni turyści świętują je nie gdzie indziej, tylko za kółkiem. Na facebookowych grupach pełno jest wpisów turystów, którzy dzielą się zdjęciami z podróży. W tym także tym będącym wisienką na torcie, czyli zdjęciem znaku w Santa Monica, który głosi „End of trail” – koniec trasy.
Teraz, z okazji setnych urodzin Route 66, w wielu miejscowościach lokalne władze odnowiły historyczne neony przy motelach, restauracjach i stacjach benzynowych. Przy wjeździe do Albuquerque wybudowano nawet nowy ogromny neon z napisem „Welcome Albuquerque, East Gateway”.
W miasteczkach położonych wzdłuż Route 66 od miesięcy odbywają się pokazy zabytkowych samochodów, festiwale muzyczne i wystawy. Stowarzyszenia promujące legendarną drogę i walczące o jej rewitalizację organizują też grupowe przejazdy całą trasą z Santa Monica do Chicago lub na odwrót.
Dziś w Ameryce każdy może wziąć sobie do serca słowa przeboju „(Get Your Kicks On) Route 66” – i ruszyć w drogę, nie martwiąc się, czy w najbliższym motelu przyjmują czarnoskórych.
Inna sprawa, że zapewne nielicznych stać na taką eskapadę. W kraju, gdzie tak wielu ludzi żyje od pierwszego do pierwszego, łatwiej posłuchać kultowej piosenki na podjeździe przed domem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.










