Nie da się ukryć, że muzyczny biopic – jak popularnie nazywa się w branży film biograficzny – jest konwencją niewdzięczną. Nawet dobrze przyjęte przez widzów obrazy, takie jak „Kompletnie nieznany” (o Bobie Dylanie) czy „Bohemian Rhapsody” (o Freddie’em Mercurym), to filmy sprawne, lecz pozbawione napięcia – żywoty rockowych herosów po prostu zbyt łatwo stają się hagiografią.
„Springsteen: Ocal mnie od nicości” w reżyserii Scotta Coopera, który możemy właśnie zobaczyć na ekranach naszych kin, to jednak biopic mniej typowy. Jego fabuła zamyka się zaledwie w dwóch latach życia artysty, wiążąc temat powstania legendarnej płyty „Nebraska” oraz walki jej twórcy z depresją.
Jesteśmy w momencie szczególnym. Oto po wyczerpującej, triumfalnej trasie, towarzyszącej bestsellerowej płycie „The River” (1980), Bruce Springsteen (w tej roli Jeremy Allen White) wynajmuje dom na wsi, w którym samotnie pracuje nad nowymi piosenkami. Rejestruje je w sypialni, na amatorskim magnetofonie. Kiedy wraca do studia, utwory nagrywane na nowo na profesjonalnym sprzęcie z zespołem brzmią źle, fałszywie. Podczas tej samej sesji nagraniowej powstają też inne kawałki i każdy, kto je wówczas słyszy, nie ma wątpliwości, że „Born in the U.S.A.” czy „Glory Days” zrobią ze Springsteena supergwiazdę.
Artysta robi jednak coś dla swojego otoczenia niezrozumiałego: odkłada hity na półkę i wraca do kasety nagranej w sypialni. Więcej: wydaje ją tak, jak została zarejestrowana – w surowej, dalekiej od doskonałości wersji. Tak właśnie rodzi się „Nebraska” (1982), album mroczny, pozbawiony przebojów, którego premierze nie towarzyszą wywiady ani single.
Nic dziwnego – otwiera go piosenka, w której Springsteen wciela się w Charlesa Starkweathera, seryjnego mordercę straconego na krześle elektrycznym w 1959 r. Pozostałe numery nie są wcale lżejsze, choć wydają się wyjątkowo szczere, jakby pochodziły z głębi duszy utkanej z cienia.
Bruce Springsteen: debiut barda peryferii
Filozof Roland Barthes był zdania, że popkulturowe mity zamieniają to, co historyczne, w to, co pozornie naturalne i bezdyskusyjne. „Nebraska” jest doskonałym medium dla potężnego mitu rocka – opowiada o nieprzejednanym artyście. Szczerość przeciwstawiona jest w tej historii sławie, a komercyjna kalkulacja – głosom dobiegającym z otchłani. Springsteen nie tylko jednak współtworzy mitologię rocka, to artysta, który na nawiązaniach do mitów zbudował swą potęgę.
Po debiucie („Greetings from Asbury Park, N.J.”, 1973) był reklamowany jako nowy Dylan, nie czuł się jednak w tej roli zbyt dobrze. „Byłem hipisem trochę z przypadku”, przyzna po latach w autobiografii. Przełom stylistyczny przyniosła płyta trzecia, „Born to Run” (1975). Springsteen zdefiniował się w niej na nowo: młody chłopak o starej duszy, grający raczej rock’n’rolla niż folk i nawiązujący – w tekstach, muzyce oraz wizualnej oprawie albumu – do robotniczej estetyki lat 50.
Piosenki takie jak „Thunder Road” czy „Born to Run” sięgały po na wskroś amerykański motyw drogi, łącząc romantyczne portrety zdesperowanych idealistów z gorzką społeczną diagnozą. Album przyniósł uznanie krytyki i popularność: Bruce trafił na okładki tygodników, zaszczyt zarezerwowany dotąd dla prezydentów i astronautów.
Na kolejnych albumach dał się poznać jako znakomity storyteller, opowiadający o ludziach pracy w czasach późnego kapitalizmu. Pisał o najbiedniejszych dzielnicach, prowincji, upadających miasteczkach z Pasa Rdzy. Został bardem peryferii i małych ojczyzn, unieśmiertelniając rodzinne New Jersey, prowincjonalne wobec sąsiedzkiego Nowego Jorku. „Jestem tu królem”, mówi w filmie Coopera, kiedy włamuje się na miejscową karuzelę, by zaimponować dziewczynie.
Springsteen wymienia ciosy z Trumpem
Springsteen jest autorem programowo nostalgicznym, a nostalgia, jak wskazuje jej badaczka Svetlana Boym, jest emocją jednocześnie indywidualną i zbiorową, umocowaną w konkretnym miejscu i czasie. Springsteen to czuje. Kiedy wraca do przeszłości, szukając osobistego domknięcia, jego spojrzenie jest szersze, wyostrzające klasowe nierówności i wynikające z nich napięcia. Godnościowe hymny w imieniu najsłabszych szybko stały się dominantą jego twórczości.
Oscara przynosi mu przebój „Streets of Philadephia” (1994), napisany w pierwszej osobie subtelny portret chorego na AIDS. Na „Wrecking Ball” (2012) nawiązuje do kryzysu finansowego i wydarzeń w Nowym Orleanie po przejściu huraganu Katrina, intonując: „We Take Care of Our Own” („Poradzimy sobie sami”). Nigdy nie porzuci populistycznego zbiorowego „my”, mimo że z czasem przesiądzie się z kupowanych z drugiej ręki aut do opancerzonych limuzyn i prywatnego odrzutowca.
Co ciekawe, film Coopera to kino zupełnie niepolityczne, bez ambicji kreślenia klasowych diagnoz – inaczej niż twórczość samego Springsteena. A przecież po wyborze na prezydenta USA Ronalda Reagana piosenkarz krytykował wyniki ze sceny, choć widział, że przemawia do ludzi, którzy głosowali na Republikanina. Niedawno poszedł na wymianę ciosów z Donaldem Trumpem. Prezydent nazwał go „przecenianym, nieznośnym palantem”. Springsteen odpowiadał ze sceny podczas europejskiej trasy przemową o Ameryce rządzonej przez „skorumpowaną, niekompetentną i zdradziecką administrację”.
Lewicowa krytyka w Stanach traktuje go z rezerwą, choć po sprzeczce z Trumpem zaczęto o nim pisać nieco cieplej. Rzeczywiście jest łatwym celem: milioner, który na scenie stawia błękitny kołnierzyk. Głos ludu dobiegający zza ogrodzenia otaczającego olbrzymią willę. No i facet, którego ksywa to nieironiczne „Boss”, pisane wielką literą i poprzedzone niepozostawiającą wątpliwości partykułą „the”.
Nikt tak bardzo nie wysila się, żeby inni myśleli, że jest najzwyczajniejszy – to żart, który opowiadał o sobie („bogacz w koszuli biedaka”) już ponad 30 lat temu.
Olbrzymi oddźwięk albumu „Nebraska” i komercyjny sukces po „Born in the U.S.A.”
„Nebraska” jest albumem wspaniałym właśnie dlatego, że – w dobie produkcyjnych gwiezdnych wojen na coraz potężniejsze brzmienie – jest niedoskonała. Przemówiła do wyobraźni tysięcy dzieciaków myślących o graniu muzyki. Stała się symbolem etyki do-it-yourself, ikoną dla ludzi związanych ze sceną niezależną, doceniających, że to pod tą cichą płytą podpisał się gigant.
Ten kontrast sprawił, że miała, mimo niepozornego charakteru i braku szerszej promocji, olbrzymi kulturowy oddźwięk. Muzycy Rage Against the Machine, Bon Iver, Iron & Wine i wielu innych wskazywali, że „Nebraska” była szokiem i zachętą. „Posłuchałem jej i przyszło mi do głowy, że też mogę grać” – miał powiedzieć Matt Berniger z The National.
Tymczasem Boss w studiu bywa przecież tyranem, dążącym do ideału, którego nie potrafił zdefiniować – jego sesje nagraniowe trwały nawet 18 miesięcy. Podczas koncertów wiele wymaga od siebie i zespołu, tak by ludzie pod sceną, zmęczeni występem, nie oczekiwali już niczego więcej.
Taki był też mój tegoroczny koncert Springsteena w Pradze: trzygodzinny, starannie wyreżyserowany spektakl dla 60 tys. ludzi. Jego 76-letni reżyser, dyrygent i główny aktor czerpał z energii publiczności, często skracając dystans, również fizycznie. Jak to wszystko pogodzić? Nick Hornby pisał w „Guardianie”: „Cóż bardziej szczerego niż performer, który po prostu występuje i przyznaje wprost, że występuje? Springsteen ma tego świadomość: w drugiej połowie XX w. autentyczność jest tym, czym ją uczynisz”.
Dwa lata po „Nebrasce” Springsteen wydaje „Born in the U.S.A.” (1984) i osiąga stratosferyczny sukces. Na teledysku do „Dancing in the Dark” zaprasza do tańca młodziutką Courtney Cox, a za dziewczyną do zabawy rusza cała Ameryka. Reszta jest historią, na którą składa się 21 albumów, 20 nagród Grammy, Oscar i ponad 150 milionów sprzedanych płyt. Historią, która wciąż trwa: w trakcie zakończonej w tym roku trzyletniej trasy koncertowej Springsteena słuchało niemal 5 milionów ludzi podczas 129 występów.
Jak odnaleźliśmy nieoczekiwaną bliskość, gdy Springsteen odwołał koncert
Kilka tygodni temu premierę miał czteropłytowy dodatek „Nebraska ’82: Expanded Edition”, zawierający nagrania z legendarnej sesji w sypialni, ich wersje koncertowe, a także zbiór „Electric Nebraska”. Ten ostatni jest najciekawszy: to piosenki zarejestrowane w profesjonalnym studiu, które ostatecznie trafiły na półkę, bo okazały się gorsze niż demo nagrane na czterośladowym kaseciaku.
Springsteen miał wystąpić w Pradze już rok temu, lecz koncert odwołano w ostatniej chwili – artysta przeziębił się, występując w deszczowym Sunderland kilka dni wcześniej. Tamtego weekendu snuliśmy się z żoną po obcym mieście, w anonimowym tłumie zawiedzionych fanów. Kiedy usłyszeliśmy muzykę Springsteena, dobiegającą z irlandzkiego pubu, weszliśmy do środka. Dostaliśmy brawa, jak każdy przyciągnięty znajomymi piosenkami. Ludzie z całej Europy rozmawiali, pili, tańczyli. Spędziliśmy tam kilka dobrych godzin.
Tamten wieczór wydał mi się wtedy po prostu miły, lecz dziś myślę o nim nie rzadziej niż o tegorocznym koncercie. Byliśmy wtedy w pubie razem, obcy i nieoczekiwanie sobie bliscy.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















