Spacer po dystans

Piszę ten felieton w pokoju wspaniale zalanym słońcem. Na obudowę komputera spadają drobinki kurzu, pył miejski, który wpada przez otwarte okno, krąży w powietrzu nad głową, błyszcząc od toksyn niczym brzuszki świetlików.
Czyta się kilka minut

Wysokie ciśnienie nad Warszawą przyniosło mi bóle głowy i piękne zimowe słońce, które oszołomiło mnie, jakbym była jedną z tych lichych monster, z trudem hodowanych przeze mnie na parapecie, które odwracają liście w kierunku światła.

Napisać i wyjść z domu przed zmrokiem – kołacze mi się po głowie.

„Lubię włóczęgę właśnie dlatego, że jest powolna, i podejrzewam, że umysł, na podobieństwo naszych nóg, działa w tempie pięciu kilometrów na godzinę” – pisała Rebecca Solnit w książce „Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne”.

Chcę więc wyjść koniecznie. Nie do tramwaju, nie do metra, nie na zakupy. Mam ochotę zanurzyć się w światło słoneczne, jak w lodowatą wodę morską. Zdążyć ze wszystkimi obowiązkami przed odebraniem dzieci ze szkoły i przedszkola, i mieć choć chwilę na spacer, w zimnym, brudnym, ale pełnym słońca powietrzu. Chodzić. Iść przez plac Politechniki, z którego robotnicy właśnie zdejmują więdnącą choinkę. Jej miękkie gałęzie od tygodnia kładły się już nisko pod ciężarem światełek, jak ramiona starej kobiety niosącej do domu ciężkie siatki. Iść Polną, gdzie w podziemiach delikatesów schną absurdalnie drogie wędliny i egzotyczne owoce, do ronda Jazdy Polskiej, a potem w prawo na Pole Mokotowskie, prosto – kładką nad wijącą się od ściśniętych w korek samochodów aleją Niepodległości i dalej, obok Biblioteki Narodowej na przełaj, aż po granice wytyczone przez grodzone osiedle przy Rostafińskich. Iść przed siebie z rękami w kieszeniach, w stronę lotniska, w stronę południa, w stronę Krakowa, Szczyrku, Zakopanego, gór i Morza Czarnego, albo Adriatyku. Patrzeć na nierówną granitową kostkę na chodniku Marszałkowskiej, omijać miękkie, rozdeptane już czyjąś nieszczęsną podeszwą placki psich kup na Lwowskiej, wdychać zapach taniej zapiekanki na Noakowskiego i przepychać się przez otoczony słupem dymu tłum uczniów liceum dla dorosłych, czule zwanego Sorboną. Przejść pod przychodnię wojskową, miejsce mojego pierwszego samotnego spaceru po urodzeniu syna. Ach, jak biegłam tam uskrzydlona, po dziewięciu miesiącach wreszcie pojedyncza, przez chwilę znów sama, znowu osobna. Szłam zapisać dziecko do poradni, nie mogąc się nadziwić, jak niesamowicie jest być mną, gdy nie mam przytroczonego do ciała wielkiego brzucha. Iść Chałubińskiego, do podziemnego przejścia, na przystanki tramwajowe koło Dworca, te, nad którymi pędzi czteropasmowa estakada. Gdy niemal 20 lat temu przyjeżdżałam z Krakowa do Warszawy, stąd właśnie ruszałam dalej, tramwajem w stronę nieznanego mi prawie w ogóle Mokotowa, który otwierał się na mnie zieloną paszczą Pól i ciągnął aż po Wyględów, oglądany razem z Michałem Kaczyńskim z galerii Raster, z którym chodziliśmy między starymi, niszczejącymi wówczas willami, szukając okrągłych okien i innych objawów modernizmu. Iść na Hożą, by spojrzeć na zmienione nie do poznania ręką dewelopera oblicze starej kamienicy, w której mieściła się redakcja Lampy i galeria Raster – na czwartym piętrze, w wielkim mieszkaniu o pięknych sztukateriach i nieszczelnych oknach, gdzie w pomieszczeniu za toaletą rozkładał się długo martwy gołąb.


Czytaj także: Powszechna historia chodu - Michał Cichy o książce Rebeki Solnit


106-letni wuj mojego męża, jeszcze niedawno, grubo po swoich setnych urodzinach, każdego dnia, niezależnie od pory roku, wyruszał na spacer. Kiedyś, jako młodzik, w okolicach swej dziewięćdziesiątki, zapuszczał się w dalsze rejony miasta, z każdym kolejnym rokiem promień codziennych okrążeń zawężał mu się coraz bardziej, aż do najbliższej okolicy. Sprzedawcy, kioskarze i restauratorzy z placu Konstytucji widywali go, jak przemierza chodniki spokojnym krokiem, od czasu do czasu przysiadając na ławce, murku albo ogródku kawiarnianym. „Trzeba chodzić!” – mawiał, a oni się już chyba nie dziwili. Trzeba to trzeba. Chodzę więc, może także trochę za niego.

Chodziliśmy przecież dużo, od najwcześniejszego dzieciństwa. Z rozrywek w latach 80. niewiele było rzeczy do wyboru, po rozegraniu wszystkich partii szachów, makao, państw-miast i po grze w chowanego zostawały nam spacery z babcią, dziadkiem i rodzicami, wyprawy na dobrze znane te same szlaki, jabłka bez skórki zapakowane w torebki, jedzone po drodze, herbata z cytryną w butelce po węgierskiej cytronadzie, pita, by pozbyć się zadyszki.

Idę więc zaraz na spacer, w głowie mając ten cytat z Thoreau: „Ludzie wracają bojaźliwie wieczorem do domu z zaledwie sąsiedniego pola czy ulicy, gdzie straszą echa ich domostwa, toteż i życie ich marnieje, oddychają bowiem wciąż od nowa tym samym powietrzem; ich cienie rankiem i wieczorem sięgają dalej aniżeli kroki, które postawili w ciągu dnia. Do domu powinniśmy wracać z dalekich stron, po przeżyciu przygód i pokonaniu niebezpieczeństw, po zrobieniu codziennie nowych odkryć – powinniśmy wracać z nowymi doświadczeniami i właściwościami”. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2020