Reklama

Powszechna historia chodu

Powszechna historia chodu

22.10.2018
Czyta się kilka minut
Chodzenie uspokaja, wprawia umysł w skupienie, wzmaga spostrzegawczość i dobrze usposabia do myślenia, a w książce Solnit ma także wymiar polityczny.
P

Pierwsi byli poeci. 26 kwietnia 1336 r. Petrarka wszedł na prowansalską górę Mont Ventoux (1912 m n.p.m.) po prostu dla radości wspinaczki i dla nagrody, jaką był widok ze szczytu. Musiały minąć setki lat, zanim następny poeta, William Wordsworth, u schyłku XVIII w. uczyni z chodzenia „główne zajęcie swego życia, a wręcz sztukę”, i stanie się „symbolicznym ojcem założycielem całego rodu piechurów, wędrujących dla samego wędrowania i dla przyjemności przebywania na łonie natury i podziwiania pejzaży”. Pierwszym Polakiem, który stanął na szczycie Mont Blanc, w 1818 r., był też poeta, Antoni Malczewski.

Oczywiście – ludzie chodzili wcześniej. Amerykańska eseistka Rebecca Solnit w swojej obszernej (432 strony, 434 przypisy) książce cofa się aż o 3,7 mln lat, tyle bowiem liczą sobie odciski stóp dwunożnych przodków człowieka, odkryte w Laetoli w Tanzanii. Dwunożność odróżnia nas od naszych najbliższych małpich krewnych i stoi u zarania kultury – uwolniła bowiem ręce, które mogły zająć się chwytaniem i budową coraz subtelniejszych narzędzi.

Kiedy już ludzie stali się ludźmi, chodzili na co dzień i od święta. Pielgrzymowali na piechotę do świętych miejsc. W Hiszpanii i w Ameryce Łacińskiej istniał obyczaj paseo lub corso, czyli przechadzki po głównym miejskim placu, w trakcie której młodzi ludzie płci obojga mogli się poznawać. „W niektórych zakątkach Meksyku (...) corso miały charakter tak sformalizowany, że każdej z płci przechadzać się było wolno tylko w jednym kierunku”.

Jedynie uprzywilejowanych stać było na konie i powozy. W czasie wolnym, na który też było stać wyłącznie wybranych, uprzywilejowani promenowali po prywatnych ogrodach i parkach. W plener wyszło dopiero pierwsze pokolenie romantyków, ale już wkrótce chodzenie stało się przyjemnością łączącą różne klasy. W 1857 r. powstał w Anglii Klub Alpejski. W 1892 r. założono amerykański Sierra Club. Trzy lata później w Wiedniu zorganizowali się Naturfreunde (Przyjaciele Natury). Na całym świecie upowszechnił się skauting. Dzięki tym organizacjom wiele prywatnych terenów stało się ogólnie dostępnych, a przyroda stała się przedmiotem ochrony.

„Lubię włóczęgę – pisze Solnit w moim ulubionym zdaniu tej książki – właśnie dlatego, że jest powolna, i podejrzewam, że umysł, na podobieństwo naszych nóg, działa w tempie pięciu kilometrów na godzinę”. Chodzenie uspokaja, wprawia umysł w skupienie, wzmaga spostrzegawczość i dobrze usposabia do myślenia.


Czytaj także: Magdalena Barbaruk: Kartowanie


Pierwszym filozofem, który uczynił z chodzenia ulubiony sposób istnienia, był Jean-Jacques Rousseau, autor „Marzeń samotnego wędrowca” opublikowanych pośmiertnie w 1782 r. Jego XIX- i XX-wieczni dziedzice, Charles Baudelaire i Walter Benjamin, uczynili z flâneura, czyli miejskiego spacerowicza, bohatera epoki, a z Paryża – jej idealną scenerię. „Posiąść tłum – oto jego namiętność i powołanie – pisał Baudelaire. – Wielka rozkosz dla prawdziwego flâneura i rozmiłowanego obserwatora: zamieszkać w mnogości, falowaniu, ruchu, tym, co umyka, co jest nieskończone. Być poza domem, a przecież czuć się wszędzie u siebie”.

Paryż, skomponowany jako gwiaździsta sieć placów i bulwarów przez barona Haussmanna w czasie wielkiej przebudowy w latach 60. XIX w., idealnie nadawał się do przemierzania na piechotę. Walter Benjamin fascynował się paryskimi sklepowymi pasażami, które były przodkami domów towarowych i galerii handlowych. „Pasaże – pisał Benjamin – (...) cieszyły się niesłabnącą popularnością. Był sobie pieszy, który wtapiał się w tłum, i flâneur, który domagał się przestrzeni dla siebie, i nie był gotów porzucić próżniaczego życia dżentelmena”.


Czytaj także: Robert Macfarlane: Dobra droga do pogadania


Solnit patrzy na chodzenie także w perspektywie politycznej, interesują ją demonstracje, marsze protestacyjne i miejskie rewolty. Jako feministka spogląda z uwagą również na mniej znane wydarzenia z kobiecej historii, jak choćby pochód przekupek z paryskich Hal na Wersal 5 października 1789 r., „marsz chlebowy”, który zmusił króla i królową do powrotu do Paryża i był jednym z decydujących wydarzeń rewolucji francuskiej. Albo ruch Matek z Plaza de Mayo (1977), wytrwale domagających się od argentyńskiej junty wiadomości o losach swych porwanych dzieci.

„Odkrywanie świata – podsumowuje Solnit – to jeden z najlepszych sposobów odkrywania umysłu, a w wędrówce przemierzyć można je oba”. ©

Rebecca Solnit, ZEW WŁÓCZĘGI. OPOWIEŚCI WĘDROWNE, przeł. Anna Dzierzgowska i Sławomir Królak, Karakter, Kraków 2018

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]