Powszechna historia chodu

Chodzenie uspokaja, wprawia umysł w skupienie, wzmaga spostrzegawczość i dobrze usposabia do myślenia, a w książce Solnit ma także wymiar polityczny.
Czyta się kilka minut

Pierwsi byli poeci. 26 kwietnia 1336 r. Petrarka wszedł na prowansalską górę Mont Ventoux (1912 m n.p.m.) po prostu dla radości wspinaczki i dla nagrody, jaką był widok ze szczytu. Musiały minąć setki lat, zanim następny poeta, William Wordsworth, u schyłku XVIII w. uczyni z chodzenia „główne zajęcie swego życia, a wręcz sztukę”, i stanie się „symbolicznym ojcem założycielem całego rodu piechurów, wędrujących dla samego wędrowania i dla przyjemności przebywania na łonie natury i podziwiania pejzaży”. Pierwszym Polakiem, który stanął na szczycie Mont Blanc, w 1818 r., był też poeta, Antoni Malczewski.

Oczywiście – ludzie chodzili wcześniej. Amerykańska eseistka Rebecca Solnit w swojej obszernej (432 strony, 434 przypisy) książce cofa się aż o 3,7 mln lat, tyle bowiem liczą sobie odciski stóp dwunożnych przodków człowieka, odkryte w Laetoli w Tanzanii. Dwunożność odróżnia nas od naszych najbliższych małpich krewnych i stoi u zarania kultury – uwolniła bowiem ręce, które mogły zająć się chwytaniem i budową coraz subtelniejszych narzędzi.

Kiedy już ludzie stali się ludźmi, chodzili na co dzień i od święta. Pielgrzymowali na piechotę do świętych miejsc. W Hiszpanii i w Ameryce Łacińskiej istniał obyczaj paseo lub corso, czyli przechadzki po głównym miejskim placu, w trakcie której młodzi ludzie płci obojga mogli się poznawać. „W niektórych zakątkach Meksyku (...) corso miały charakter tak sformalizowany, że każdej z płci przechadzać się było wolno tylko w jednym kierunku”.

Jedynie uprzywilejowanych stać było na konie i powozy. W czasie wolnym, na który też było stać wyłącznie wybranych, uprzywilejowani promenowali po prywatnych ogrodach i parkach. W plener wyszło dopiero pierwsze pokolenie romantyków, ale już wkrótce chodzenie stało się przyjemnością łączącą różne klasy. W 1857 r. powstał w Anglii Klub Alpejski. W 1892 r. założono amerykański Sierra Club. Trzy lata później w Wiedniu zorganizowali się Naturfreunde (Przyjaciele Natury). Na całym świecie upowszechnił się skauting. Dzięki tym organizacjom wiele prywatnych terenów stało się ogólnie dostępnych, a przyroda stała się przedmiotem ochrony.

„Lubię włóczęgę – pisze Solnit w moim ulubionym zdaniu tej książki – właśnie dlatego, że jest powolna, i podejrzewam, że umysł, na podobieństwo naszych nóg, działa w tempie pięciu kilometrów na godzinę”. Chodzenie uspokaja, wprawia umysł w skupienie, wzmaga spostrzegawczość i dobrze usposabia do myślenia.


Czytaj także: Magdalena Barbaruk: Kartowanie


Pierwszym filozofem, który uczynił z chodzenia ulubiony sposób istnienia, był Jean-Jacques Rousseau, autor „Marzeń samotnego wędrowca” opublikowanych pośmiertnie w 1782 r. Jego XIX- i XX-wieczni dziedzice, Charles Baudelaire i Walter Benjamin, uczynili z flâneura, czyli miejskiego spacerowicza, bohatera epoki, a z Paryża – jej idealną scenerię. „Posiąść tłum – oto jego namiętność i powołanie – pisał Baudelaire. – Wielka rozkosz dla prawdziwego flâneura i rozmiłowanego obserwatora: zamieszkać w mnogości, falowaniu, ruchu, tym, co umyka, co jest nieskończone. Być poza domem, a przecież czuć się wszędzie u siebie”.

Paryż, skomponowany jako gwiaździsta sieć placów i bulwarów przez barona Haussmanna w czasie wielkiej przebudowy w latach 60. XIX w., idealnie nadawał się do przemierzania na piechotę. Walter Benjamin fascynował się paryskimi sklepowymi pasażami, które były przodkami domów towarowych i galerii handlowych. „Pasaże – pisał Benjamin – (...) cieszyły się niesłabnącą popularnością. Był sobie pieszy, który wtapiał się w tłum, i flâneur, który domagał się przestrzeni dla siebie, i nie był gotów porzucić próżniaczego życia dżentelmena”.


Czytaj także: Robert Macfarlane: Dobra droga do pogadania


Solnit patrzy na chodzenie także w perspektywie politycznej, interesują ją demonstracje, marsze protestacyjne i miejskie rewolty. Jako feministka spogląda z uwagą również na mniej znane wydarzenia z kobiecej historii, jak choćby pochód przekupek z paryskich Hal na Wersal 5 października 1789 r., „marsz chlebowy”, który zmusił króla i królową do powrotu do Paryża i był jednym z decydujących wydarzeń rewolucji francuskiej. Albo ruch Matek z Plaza de Mayo (1977), wytrwale domagających się od argentyńskiej junty wiadomości o losach swych porwanych dzieci.

„Odkrywanie świata – podsumowuje Solnit – to jeden z najlepszych sposobów odkrywania umysłu, a w wędrówce przemierzyć można je oba”. ©

Rebecca Solnit, ZEW WŁÓCZĘGI. OPOWIEŚCI WĘDROWNE, przeł. Anna Dzierzgowska i Sławomir Królak, Karakter, Kraków 2018

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2018

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Literacki nr 1/2018