Tajemnice siostry dyktatora: kim jest najpotężniejsza kobieta w Korei Północnej

SUNG-YOON LEE, ekspert ds. Korei Północnej: Na nagraniach z uroczystości państwowych widać, jaką pozycję w systemie władzy ma siostra Kim Dzong Una: gdy wszyscy klaszczą jak szaleni, ona robi to od niechcenia. Jest po nim najważniejszą osobą w państwie. I jest od niego bystrzejsza.

30.01.2024

Czyta się kilka minut

Przywódca Korei Płn., Kim Dzong Un podpisuje poozumienie z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Obok stoją: Kim Yo Jong, siostra koreańskiego dyktatora, i  Mike Pompeo, sekretarz stanu USA. Singapur, czerwiec 2018 r. // Fot. JONATHAN ERNST / Reuters / Forum
Kim Dzong Un podpisuje porozumienie z Donaldem Trumpem. Obaj politycy spotkali się trzykrotnie, a Trump chwalił się, że ma wpływ na Kima. Obok stoją Kim Jo Dzong i sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Singapur, czerwiec 2018 r. // Fot. JONATHAN ERNST / Reuters / Forum

SUNG-YOON LEE jest ekspertem ds. Korei Północnej, związanym z Międzynarodowym Centrum im. Wilsona w Waszyngtonie. Doradzał kolejnym administracjom USA w zakresie polityki wobec Pjongjangu. O Korei Północnej pisał dla dzienników „Washington Post”, „New York Times” i „Wall Street Journal”. Autor książki „The Sister. The extraordinary story of Kim Yo Jong, the most powerful woman in North Korea” (Siostra. Niezwykła historia Kim Jo Dzong, najbardziej wpływowej kobiety w Korei Północnej). To opowieść o dynastii Kimów i siostrze obecnego dyktatora, która pnie się w strukturach systemu jako jego doradczyni, propagandystka i uczestniczka spotkań ze światowymi liderami. Była obecna m.in. podczas trzech spotkań Kim Dzong Una z ówczesnym prezydentem Trumpem i podczas wizyty Kima w Rosji we wrześniu 2023 r.

Prof. Sung-Yoon Lee, Medford (USA), wrzesień 2016 r. // Fot. Alonso Nichols / Tufts University / materiały prasowe

 

MARTA ZDZIEBORSKA: Rozmawiamy chwilę po tym, jak armia Korei Północnej ostrzelała okolice wysp należących do Korei Południowej. Dyktator z Północy Kim Dzong Un znów grozi Południu. Gdzie Pan jest teraz?

SUNG-YOON LEE: W Seulu.

Czy w stolicy Korei Południowej widać podwyższone środki bezpieczeństwa?

Nie, w ogóle. To nawet nie jest najważniejszy news w serwisach informacyjnych.

To czym żyją Koreańczycy z Południa?

Polityką wewnętrzną, sportem, życiem celebrytów... Żyjemy od dekad w cieniu gróźb Korei Północnej, przywykliśmy. Nie możemy popaść w paranoję. Działania reżimu Kim Dzong Una to gra psychologiczna: po raz kolejny próbuje on zasiać strach wśród adwersarzy – Korei Południowej, USA, nawet krajów Europy. Te ostatnie pewnie zastanawiają się, w jakiej skali Kim będzie dostarczać broń Rosji i stawiać na współpracę technologiczną z Putinem.

To taktyka, która ma polepszyć pozycję reżimu przed kolejnymi negocjacjami z Zachodem?

Oczywiście, to powtarzający się schemat. Północ może wzywać do rozmów i jednocześnie eskalować, wysyłać groźby. Ale ten reżim nie jest szalony. Wie, że nie ma wiele do zaoferowania: prócz broni może eksportować jedynie strach, niepewność i destabilizację. Korei Północnej opłaca się prowokować. Przez ostatnie 30 lat tzw. dyplomacji nuklearnej podpisywała różne porozumienia, zobowiązując się do całkowitej denuklearyzacji, za te deklaracje bez pokrycia dostawała miliardy dolarów pomocy od USA, Korei Południowej, Chin, Japonii i Rosji. Zwykle w gotówce, w banknotach studolarowych.

W książce pt. „Siostra. Niezwykła historia Kim Jo Dzong, najbardziej wpływowej kobiety w Korei Północnej” opisuje Pan, jak były prezydent Bill Clinton musiał zapłacić 97 tys. dolarów za lądowanie na lotnisku w stołecznym Pjongjangu. Choć przyleciał  negocjować uwolnienie dwóch amerykańskich dziennikarek. Dynastia Kimów się ceni.

To prawda. Towarzyszący Clintonowi doradca Doug Band miał przy sobie walizkę z całą kwotą w gotówce. Ponoć zapłacił 100 tys. dolarów, nie chciał reszty. Pjongjang działa jak bezwstydna organizacja przestępcza szukająca zarobku na każdym kroku. Wymagał nawet od swoich dyplomatów, by przebywając na placówkach, sprzedawali narkotyki.

Wróćmy do styczniowych prowokacji. Ważną rolę miała odegrać tu Kim Jo Dzong, siostra wodza, która jest naczelną propagandystką, zaufaną doradczynią Kima i towarzyszy mu podczas spotkań zagranicznych.

Kim Jo Dzong słynie z sardonicznego żartu. Po styczniowej prowokacji wydała dwa oświadczenia. W jednym twierdziła, że armia reżimu nie wystrzeliła ani jednego pocisku, tylko zdetonowała materiały wybuchowe symulujące odgłosy wystrzałów. Korea Południowa dokonała zaś błędnej oceny sytuacji i żal jej podatników, którzy łożą pieniądze na tak kiepską armię. Jej zdaniem lepiej od południowokoreańskich żołnierzy sprawdziłby się czujny pies. 

Opowie Pan więcej o kobiecie, która „każe się zamknąć” prezydentowi Korei Południowej, a Joego Bidena nazywa „starym człowiekiem bez przyszłości”? Co Kim Dzong Un chce osiągnąć dzięki siostrze?

Kim Jo Dzong zadebiutowała na arenie międzynarodowej w 2018 r.: odwiedziła Koreę Południową podczas zimowej Olimpiady, która się tam odbywała. Zrobiła dobre wrażenie, choć nie powiedziała ani słowa do prasy.

To była w ogóle pierwsza wizyta w wykonaniu jednego z członków rządzącej Północą dynastii Kimów od czasu wojny koreańskiej z lat 1950-53.

Tak. Trochę się pouśmiechała, zjawiła na bankiecie z południowokoreańskimi oficjelami i uścisnęła im dłonie. Opinia publiczna odebrała ją jako piękną, miłą i grzeczną. Ludzie chcieli to w niej zobaczyć. Zresztą jeszcze do 2019 r. grała rolę dobrego policjanta przy swoim bracie. Dopiero rok później zmieniono strategię. Kim Jo Dzong zaczęła wydawać pod swoim nazwiskiem oświadczenia pełne poniżających i agresywnych słów skierowanych do światowych liderów. Myślę, że Kim Dzong Un chciał nabrać Zachód, zastawiając pułapkę w postaci miłej siostry, która ostatecznie zdjęła maskę.

Jego siostra bywa skuteczna. Jak w 2020 r., gdy po serii jej gróźb Korea Południowa wprowadziła kary za wysyłanie na Północ balonów z antyreżimowymi ulotkami. Stawia Pan hipotezę, że gdyby takie żądania wysunął Kim Dzong Un, to Seul by go nie posłuchał. Dlaczego?

Gdyby to on wyszedł z taką propozycją, Korea Południowa przynajmniej przeprowadziłaby debatę na ten temat. Tymczasem reakcja była natychmiastowa. Kim Jo Dzong wydała oświadczenie 4 czerwca 2020 r. o godzinie 6.14 rano, a już 4 godziny i 26 minut później południowokoreańskie Ministerstwo ds. Zjednoczenia zwołało konferencję prasową i ogłosiło, że zacznie pracę nad stosowną ustawą. Oficjele poszli o krok dalej – chcieli nie tylko zakazać zrzutów ulotek, ale też czegokolwiek, co ma wartość pieniężną: tubek z pastą do zębów, skarpetek czy egzemplarzy Biblii. Niecały rok później uchwalono przepisy, wbrew krytyce ONZ i organizacji pozarządowych. To może zabrzmi seksistowsko, ale być może żądanie ze strony Kim Jo Dzong, młodej kobiety po trzydziestce, było łatwiejsze do zaakceptowania przez Seul niż ze strony budzącego odrazę Kim Dzong Una.

A może nie ma co doszukiwać się takich przyczyn? Ówczesny prezydent Korei Południowej Moon Jae-in dał się poznać jako zwolennik łagodzenia stosunków z Pjongjangiem. Aż trzy razy spotkał się z Kim Dzong Unem.

Moon Jae-in unikał zadrażniania relacji z reżimem, ale ten jego ruch był bez precedensu. Gdyby Kim Jo Dzong nie wysunęła swoich żądań, on sam z siebie nie zmieniłby przepisów. Żadna inna administracja nie zakazała wcześniej wysyłania ulotek na terytorium Północy – coś takiego postrzegano by jako pogwałcenie prawa do wolności wypowiedzi oraz prawa Koreańczyków z Północy do informacji.

Uzasadniając swoją decyzję, Moon kluczył i powoływał się na incydent z października 2014 r. Północnokoreańska straż graniczna ostrzelała wtedy puszczone przez aktywistów balony, co wywołało wymianę ognia. Nikt nie zginął. Moon kłamał, mówiąc, że oba kraje były wtedy na skraju wojny. A tamte kontrowersyjne przepisy zniosła zresztą obecna administracja prezydenta Yoon Suk-yeola.

Uważa Pan, że w przypadku problemów zdrowotnych lub nagłej śmierci Kim Dzong Una to jego siostra przejęłaby władzę na Północy. Czy to nie spekulacje na wyrost? Jako kandydatkę do sukcesji wymienia się też córkę dyktatora Kim Dzu Ae, która coraz częściej pojawia się z nim publicznie.

Kim Jo Dzong jest jedyną członkinią dynastii Kimów, która mogłaby zastąpić brata, gdyby coś się wydarzyło. Jego córka ma ok. 10-11 lat. Czy mogłaby wygłaszać przemowy i spotykać się z Putinem? Ona potrzebuje jeszcze 10-15 lat, by przejąć władzę. Do tego czasu najlepiej przygotowana do rządzenia jest Kim Jo Dzong. A to, że ostatnio dyktator częściej pojawia się publicznie z córką? To może być próba ocieplenia wizerunku. Nie zdziwiłbym się, gdyby to był pomysł siostry. Widok dyktatora przytulającego ukochaną córeczkę może skłonić świat do myślenia, że Kim nie ryzykowałby wojny nuklearnej, że nie jest tak szalony. Powtórzę: Koreańczycy z Północy są mistrzami gry psychologicznej.

Kim Jo Dzong podczas wizyty w Wietnamie, marzec 2019 r. // Jorge Silva / Bloomberg / Getty Images

Jeśli Kim Jo Dzong zastąpi kiedyś brata, czego można się po niej spodziewać?

Gdy w 2011 r. Kim Dzong Un przejął rządy po zmarłym na zawał serca ojcu, Kim Dzong Ilu, świat miał nadzieję, że to zapowiedź odwilży i reform. W końcu 27-letni wówczas nowy wódz uczył się jako nastolatek w szkole w Szwajcarii, poznał inne realia życia. To były jednak płonne nadzieje. Podobnie jak kiedyś jego ojciec, na początku rządów przeprowadził krwawe czystki i zafundował światu pokaz siły, zlecając testy broni.

Myślę, że podobnie byłoby z jego siostrą – siałaby destabilizację i groziłaby światu. Pnąc się w strukturach władzy, nabrała pewności siebie, wręcz arogancji. Na nagraniach z północnokoreańskich uroczystości widać, że ma taryfę ulgową: podczas wystąpień Kim Dzong Una wszyscy klaszczą jak szaleni, a ona robi to od niechcenia. Dziś jest drugą najważniejszą osobą w kraju. I jest bystrzejsza od brata.

Skąd taki osąd?

Według Stephena Bieguna, specjalnego wysłannika USA ds. Korei Północnej za administracji Trumpa, Kim Jo Dzong dobrze zna angielski. Podczas spotkania z delegacją USA w październiku 2018 r. śmiała się od razu z amerykańskich żartów, podczas gdy jej brat stał jak słup soli, czekając na przekład tłumacza. Gdy Kim Dzong Un i jego siostra mieszkali w Szwajcarii, ona uczyła się pilnie, a on migał się od nauki, grał w gry wideo i koszykówkę.

Skąd Pan to wie?

Także od Stephena Bieguna. Gdy Trump mianował go specjalnym wysłannikiem ds. Korei Północnej, Stephen przestudiował zebrane przez amerykański wywiad informacje na temat członków reżimu. Wywiady różnych krajów, w tym CIA, śledziły Kimów za granicą, gdy podróżowali z fałszywymi paszportami. Podejrzewam, że Amerykanie z powodzeniem mogli dotrzeć do kopii szwajcarskich świadectw szkolnych brata i siostry.

Czytałam, że uczył się Pan w tej samej szkole w Genewie, co ich nieżyjący już przyrodni brat Kim Dzong Nam. Jak się Pan tam znalazł?

Mój ojciec jest emerytowanym dyplomatą Korei Południowej. Był ambasadorem w Austrii, na Filipinach i w Singapurze. W latach 80. XX w. pracował jako urzędnik średniego szczebla przy Stałym Przedstawicielstwie Republiki Korei przy Biurze ONZ w Genewie. Dlatego mieszkaliśmy w Szwajcarii.

W książce wspomina Pan o szkolnym wydarzeniu, gdy uczniowie machali flagami swoich krajów. Kim Dzong Nam jako jedyny miał puste ręce. Poznał go Pan?

Nie, Kim Dzong Nam był o trzy lata młodszy, chodził do innej klasy. Wiedziałem tylko, że pochodzi z Korei Północnej i personel naszej ambasady zabronił mi z nim rozmawiać. Nie miałem pojęcia, że należy do dynastii Kimów.

Pamięta Pan, jak najstarszy syn Kim Dzong Ila zachowywał w szkole?

Nie wyróżniał się niczym, był skryty. Często widziałem go na stołówce. Zapamiętałem go, jak siedział przy stoliku i jadł sałatkę.

W czasie, gdy Kim Dzong Un i jego siostra mieszkali w Szwajcarii, zajmowała się nimi ich ciotka Ko Yong Suk. Potem uciekła z mężem i dziećmi do USA. Czy znane są jej dalsze losy?

Niestety tak, a to za sprawą dziennika „Washington Post”, który w 2016 r. zrobił z nią wywiad. Choć redakcja obiecała nie publikować zdjęć jej domu, zrobiła to, przez co naraziła całą rodzinę. Dopiero później usunięto zdjęcia z sieci. Z tej rozmowy wiemy, że po ucieczce do USA Ko Yong Suk wiodła spokojne życie, prowadziła pralnię chemiczną w stanie Nowy Jork, a jej dzieci studiowały na dobrych uczelniach. Cała rodzina mogła funkcjonować dzięki pomocy finansowej od amerykańskiego rządu.

Ko Yong Suk powiedziała też dziennikarzom, że obecny lider Korei Północnej urodził się w tym samym roku, w którym na świecie pojawił się jej syn. Czyli w 1984 r. Twierdziła, że dobrze to pamięta, bo obojgu zmieniała pieluchy.

Te jej słowa były sensacją, bo wcześniej sądzono, że Kim Dzong Un jest starszy o rok-dwa. Dynastia Kimów pilnie strzeże informacji na temat członków rodziny. Jak udało się Panu nakreślić portret Kim Jo Dzong i jej awansu w systemie władzy?

Rozmawiałem z byłymi członkami administracji USA, jak wspomniany Stephen Biegun. Przeczytałem też każdą dostępną w języku koreańskim wzmiankę o reżimie Kimów. Obejrzałem chyba z pięćset godzin północnokoreańskich nagrań propagandowych. Korzystałem też ze wsparcia moich asystentów i byłych studentów z Chin i Tajwanu. Odpowiadali za zbieranie wszelkich informacji w języku chińskim. Pomogło też to, że zajmuję się tematyką Korei Północnej od 25 lat, więc mam o niej solidną wiedzę.

Czy dostawał Pan groźby po opublikowaniu książki?

Nie, choć kilka razy zhakowano mój uczelniany komputer. Specjaliści od IT powiedzieli mi, że ktoś przeglądał moje pliki. Koreańczycy z Północy są świetni w cyberatakach. Bywa, że włamują się na komputery reporterów piszących o Korei Północnej. Ich ofiarą padają też południowokoreańskie instytucje: ministerstwa, banki, nawet elektrownie jądrowe. W 2014 r. zaatakowali Sony Pictures Entertainment, amerykańskie studio, które wyprodukowało „Wywiad ze Słońcem Narodu”.

To komedia o zaplanowanym zamachu na Kim Dzong Una. Miała premierę trzy lata po przejęciu przez niego władzy. Kim był wściekły, oficjele reżimu odgrażali się, że wypuszczenie filmu będzie „aktem wojny”.

Ostatecznie film nie trafił nawet do amerykańskich kin, bo sprawcy cyberataku na Sony Pictures grozili, że miejsca, w których będzie wyświetlany, zostaną zbombardowane. Hakerzy zadali koncernowi wielomilionowe straty i ujawnili wrażliwe dane na temat jego niektórych pracowników i hollywoodzkich gwiazd.

Czego możemy się spodziewać po Korei Północnej przed listopadowymi wyborami prezydenckimi w USA?

Kim Dzong Un zapewne wolałby, żeby to Trump wygrał te wybory, tym bardziej że spotkał się z nim już trzy razy. Może zechce wesprzeć Trumpa, kreując problemy dla administracji Bidena. Np. gdyby teraz przeprowadził test broni nuklearnej, Trump mógłby powiedzieć, że za jego rządów Kim by się na to nie odważył, i że to efekt słabości Bidena.

Skoro mówimy o słabościach, to co wiemy o stanie zdrowia Kim Dzong Una? Widać, że cierpi na otyłość, a ponoć jest alkoholikiem?

Na pewno nie jest w dobrej formie. Choć wydaje się, że jest z nim lepiej niż w 2019 r., gdy spotkał się z Putinem we Władywostoku. Wtedy po przejściu 25-metrowego odcinka nie mógł złapać oddechu i ciężko dyszał. Z kolei z relacji południowokoreańskich oficjeli, którzy byli obecni podczas bankietu z Kimem, wiadomo, że pije on niewyobrażalne ilości alkoholu. W styczniu przywódca Korei Północnej prawdopodobnie skończył 40 lat, więc jest jeszcze młody i może przeżyć kolejne 40 lat. Równie dobrze może jednak tak nie być.

Autorka jest dziennikarką „Press”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka specjalizująca się w tematyce amerykańskiej, stała współpracowniczka „Tygodnika Powszechnego”. W latach 2018-2020 była korespondentką w USA, skąd m.in. relacjonowała wybory prezydenckie. Publikowała w magazynie „Press”, Weekend Gazeta.pl, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Tajemnice siostry dyktatora