Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Śmieszniejszy poeta antropologiczny

Śmieszniejszy poeta antropologiczny

29.09.2007
Czyta się kilka minut
"Normalny, dobrodusznie-pogodny stosunek do życia okazuje się tu czasem maską, i to maską tragiczną.
T

Tytuł jest oczywiście przywołaniem słynnej tezy Stanisława Barańczaka, w myśl której "nonsensista to śmieszniejszy poeta metafizyczny". A czyż wiersze Ogdena Nasha nie okazują się w końcu analizą dziwacznych przypadłości i zachowań gatunku homo sapiens, tym dziwaczniejszych, że gatunek ów funkcjonuje w warunkach społecznych?

Dla myślowego rozruszania warto przyjrzeć się jednemu z najbardziej lapidarnych tekstów Nasha, "Refleksji na temat niegodziwości świata". Konstatuje mianowicie amerykański poeta, przytaczam tekst w całości, iż "Purity/Is obscurity". Co można by spróbować oddać po polsku jako: Nieskalane/Jest zapomniane. Barańczak przedstawia wersję dociśniętą, ale i bardziej skomplikowaną: "TY: Cnota!/ŚWIAT: Idiota". Gdyby szło tu tylko o wykpienie kogoś zadufanego, z nieustannymi a wyłącznymi pretensjami do świata, to właściwie nie byłoby o czym mówić. (Wersja ewangeliczna tego wiersza mogłaby natomiast brzmieć: TY: Bezźdźbłowy/ŚWIAT: Belkowy.) Owszem, krytykująca jednostka została tu ogołocona ze wszystkiego: z poglądów, pewności siebie, racji istnienia wreszcie. Tyle że tak totalna negacja nie osłabia jednak zasadniczej krytyki świata.

Purnonsensiści czy absurdyści to kwestia wcale poważna. W ładnym, zgrabnie pastiszującym Barańczakowego Nasha posłowiu Ewa Rajewska nazywa Amerykanina "poetą mądrościowym". Jasne, pisze to ona cum grano salis. Niemniej zdaję sobie w tej chwili sprawę, że w komentowaniu Nasha szczególnie fascynujące jest również balansowanie na granicy oddzielającej powagę interpretatora od wykazania się przezeń brakiem poczucia humoru. A jest to brak, pisał zresztą kiedyś o tym Barańczak, dyskwalifikujący zabierających się do poezji. Nash jest przecież autorem wierszy wręcz arcyprześmiesznych...

Ale po kolei. Ogden Nash (1902-1971) miał przed Barańczakiem paru polskich tłumaczy. Najbardziej systematycznie prezentował go Ludwik Jerzy Kern, który od początku lat 60. w miarę często zamieszczał przekłady jego wierszy w swojej rubryce na ostatniej stronie "Przekroju". Tak przy okazji: kiedy na potrzeby niniejszej recenzji zajrzałem do starych roczników tego tygodnika, z rozrzewnieniem pomyślałem o dzisiejszym (kulturalnym) świecie mniej więcej to, co bohater cytowanego wyżej przekładu wiersza... Nash Kerna współtworzył zdystansowaną, a zarazem kulturalnie wymagającą ideę pisma, niewątpliwie pociągał amerykańską obyczajowością (bo, przy wszystkim innym, Nash jest rewelacyjnym socjologiem i historykiem obyczaju). Pozostawał przecież poetą satyrycznym, zapewne bardziej obserwującym niż interweniującym. Przypominam rozróżnienie Barańczaka: satyryk ma jedynie coś do załatwienia w świecie, natomiast przed purnonsensistą stoi kwestia bardziej zasadnicza: jego własny wiersz. Tyle że jako poeta metafizyczny, nie szkodzi, że śmieszniejszy, nader istotnie mówi o tego świata różnościach.

Barańczak sytuuje (więc interpretuje) Nasha w radykalnie odmiennym kontekście. Umieszczając dwa jego wiersze w antologii "Od Chaucera do Larkina. 400 nieśmiertelnych wierszy 125 poetów anglojęzycznych z 8 stuleci" (1993), poniekąd wyprowadza go z obiegu poezji "humorystycznej" czy "niepoważnej", aczkolwiek używa tych określeń w przedstawiającym Amerykanina biogramie. W innej zaś i równie wielkiej antologii Barańczaka, wznowionej właśnie "Fioletowej krowie", Nash jest nie tylko autorem najobficiej tłumaczonym, lecz przede wszystkim tym, który w znacznym stopniu dopomógł poecie--antologiście interpretować purnonsens właśnie "metafizycznie".

Nash popularny, jak można przypuszczać, to ten, w którym czytelnicy rozpoznają swoje i bliźnich wady i kłopoty. Czytany ze zrozumieniem na zasadzie: ja też nie wiem, ile dać napiwku. Albo: to prawda, być kawalerem jest łatwiej, niż być ojcem. W gruncie rzeczy taki Nash rozgrzesza swoich czytelników i godzi ich ze światem i z innymi. Nie lekceważyłbym tego całkowicie, albowiem wiadomo od innego poety, że "ziemia lekką nie bywa". Ale jest jeszcze Nash od rozprawy z egzystencją. W jednym z wierszy opisuje wizytę u dentysty i zauważa, że w takich okolicznościach "trudno (...) zachować (...) normalny, dobrodusznie-pogodny stosunek do życia". Cóż, ten "normalny, dobrodusznie-pogodny stosunek do życia" wydaje się maską Nasha, i to maską tragiczną.

Zauważano nieraz, że autorzy wybitnych dzieł komicznych bywają mizantropami. Lem, Mrożek, Woody Allen. Tego rodzaju motywy nieraz powracają również w wierszach Nasha. Niby śmieje się (wraz z czytelnikami) na przykład z nudziarzy, niby potwierdzi popularny gust, ciesząc się, że idzie na film braci Marx, a nie na koncert harfowy, ale kiedy indziej odetnie się, przynajmniej trochę, od innych za pomocą własnej erudycji lub stwierdzi, "że z dwojga złego naprawdę lepiej" chodzić na przyjęcia, niż wydawać je samemu. Owszem, wielu ludziom zdarzyło się pewnie coś takiego powiedzieć, niemniej u Nasha jest tu jakieś poważniejsze podanie w wątpliwość bycia z innymi. Także z dziećmi, na temat których Nash, by tak rzec, czasami żartuje zbyt namiętnie. To nie zarzut, wręcz przeciwnie: zajmujące jest to, co komplikuje Nasha.

Barańczak przejmująco przedstawił kiedyś starcie poety ze światem. Otóż poeta to ten, kto próbuje choćby na moment przerwać monolog gadatliwego komika. Poeta przegra, świat dalej będzie głośno gadał swoje. Nash walczył ze światem jego bronią: jest poetą aż nadto wymownym i wielosłownym, rozciągającym wers w parolinijkowy werset domykany wreszcie rymem, niekiedy celowo absurdalnie naciąganym (te i inne jakości poetyki Amerykanina Barańczak olśniewająco spełnia w polszczyźnie, a niekiedy dodatkowo potęguje). Zagadać bezsens świata? Pięknie Nash to robił.

Ogden Nash, "W świecie mułów nie ma regułów", wybór i wersja polska Stanisław Barańczak, Poznań 2007, Media Rodzina.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]