Informacja, że prof. Konrad Szaciłowski, chemik z krakowskiej AGH, opublikował na łamach prestiżowych teologicznych periodyków kilka tekstów celowo pozbawionych merytorycznej wartości, wywołała słuszne poruszenie. Artykuły Szaciłowskiego, inkrustowane podniośle brzmiącymi komunałami, poświęcone m.in. zamiłowaniu Jana Pawła II do zapałek, nie tylko napisane zostały w sposób zamierzenie bełkotliwy, ale i opatrzone nazwiskiem nieistniejącego współautora („Kapela Pilaka, fizyk z Turkmenistanu”). Teolodzy-redaktorzy oraz teolodzy-recenzenci ani nie zwrócili uwagi na pozbawioną sensu treść, ani też nie sprawdzili, kto ją właściwie firmuje. Wszystko więc poszło gładko do druku, prowokacja się udała, a po mediach społecznościowych przetoczyła się fala oburzenia przemieszanego z wesołością.
Kontekst sprawy, o której na łamach „TP” pisał Artur Sporniak, jest również polityczny, sięga poprzednich rządów, w szczególności decyzji ministra Czarnka, który pismom teologicznym przyznał wysoką zdolność punktową. Argumentował przy tym, że teologia to poważna dziedzina i na taką zdolność zasługuje. No więc, proszę bardzo – komentowano, kiedy prowokacja wyszła na jaw – Szaciłowski tę „powagę” w całej okazałości odsłonił. Z jakąkolwiek rzetelnością nie ma to nic wspólnego, a w ogóle należy teologię z uniwersytetów usunąć. Że wciąż tam jeszcze się gnieździ – to wyłącznie wyraz atawistycznych polskich uniżeń względem Kościoła.
Co do punktacji Czarnka – trudno się nie zgodzić, że była to decyzja, delikatnie mówiąc, niemerytoryczna. Ale obecność teologii na uniwersytetach jest zagadnieniem na osobne rozważania, dość powiedzieć, że nie jest to ani polska, ani katolicka specjalność. Kto nie wierzy (nomen omen), niech sprawdzi, na ilu światowych uczelniach istnieją takie katedry oraz jak sprawa wygląda w perspektywie historycznej. W sprawie prowokacji Szaciłowskiego zaintrygowały mnie jednak inne kwestie.
Jak wspomniałem, równolegle z oburzeniem manifestowano w mediach społecznościowych intensywną wesołość, słusznie wykpiwając teologiczną nowomowę udatnie symulowaną w podłożonych esejach. Otóż w gronie osób najgłośniej się śmiejących z tego pojęciowego i metodologicznego miszmaszu znajdowali się przedstawiciele rozmaitych zaangażowanych nurtów humanistyki, spod znaku tych albo tamtych studies, niektórych nurtów socjologii, kulturoznawstwa czy literaturoznawstwa. W szczególności, korzystający w swojej twórczej pracy z dekonstrukcjonizmu, psychoanalizy, marksizmu, intersekcjonalizmu i podobnych narzędzi hermeneutycznych.
Tyle że warto przy okazji wspomnieć o innych podobnych intrygach, nie jest to bowiem żaden precedens. Intrygach równie udanych i nawet jeszcze bardziej spektakularnych, a dotyczących tych właśnie dziedzin, których przedstawiciele tak się radują z blamażu teologii.
Chyba najgłośniejszą zorganizował amerykański fizyk i matematyk Alan Sokal, który w 1996 r. na łamach czasopisma kulturoznawczego „Social Text” opublikował artykuł pod tytułem „Transgressing The Boundaries: Towards a Transformative Hermeneutics of Quantum Gravity” („Przekraczanie granic: w stronę transformacyjnej hermeneutyki grawitacji kwantowej”). W tym uczenie brzmiącym eseju – który skądinąd spotkał się z przyjęciem więcej niż entuzjastycznym – Sokal wirtuozersko zmiksował charakterystyczny humanistyczny żargon z terminologią naukową i pseudonaukową. W szczególności przedstawiał zdeprecjonowany przez biologię koncept pola morfogenetycznego autorstwa Ruperta Sheldrake’a jako potencjalną podstawę teorii grawitacji kwantowej. Wywodził także o progresywnych walorach mechaniki kwantowej oraz przekonywał, że idea obiektywnie istniejącego świata jest konstruktem społecznym i pochodną intelektualnej hegemonii Zachodu. Afera zatoczyła międzynarodowe kręgi, a w 1997 r. Sokal, wraz Jeanem Bricmontem, wydał książkę pod chwytliwym tytułem „Modne bzdury”, w której pogłębił krytykę różnych lewicowych konstruktywizmów uprawianych na styku socjologii, kulturoznawstwa czy filozofii nauki.
20 lat później podobny eksperyment, choć na jeszcze większą skalę, przeprowadzili wspólnie filozof Peter Boghossian, matematyk James A. Lindsay i literaturoznawczyni Helen Pluckrose. Stworzyli oni serię artykułów zawierających absurdalne rozważania ubrane w charakterystyczny dla zaangażowanej humanistyki kostium pojęciowy i rozesłali je do liczących się periodyków z zakresu m.in. gender studies, postcolonial studies czy fat studies. Kiedy w 2018 r. sprawa została ujawniona przez „Wall Street Journal”, sytuacja przedstawiała się następująco: cztery teksty opublikowano, sześć odrzucono, trzy czekały na publikację, a pozostałych siedem wciąż było u recenzentów.
Jaki z tego wniosek? Taki mianowicie, że prymat słuszności i poprawności nad rzetelnością zawsze wiedzie na manowce, a hermetyczność i uczoność dyskursu skrywają niekiedy pustkę. I taki jeszcze, że u tych, którzy najgłośniej śmieją się z innych, również bywa wesoło, a czasami nawet weselej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















