Śledząc wiadomości o powodzi, uważajcie na pigułki pozornej wszechwiedzy

Liczenie się z nieprzewidywalnością zdarzeń jest dzisiaj postawą niemodną, ale budzącą szacunek. Stanowi odtrutkę dla powodzi plotek towarzyszącej tej prawdziwej powodzi.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

W krakowskim Muzeum Etnograficznym można na wystawie stałej znaleźć obraz współczesnego malarza Władysława Wałęgi zatytułowany „Niezapowiedziana wizyta”. Dyskretny tytuł skrywa bardziej dramatyczną treść, zrozumiałą, gdy spojrzymy na datę: 2010, rok poprzedniej wielkiej powodzi w Polsce. Tę niezapowiedzianą, ale i niepożądaną wizytę składa na obrazie Wisła, a raczej jej ukryta strona, symbolizowana przez krzyczącą zjawę, która wyłania się zza spokojnej twarzy i zbiera się do pochłonięcia miasta. Ta praca przypomniała mi się, gdy powoli opadająca woda zaczęła odsłaniać nie tylko skalę zniszczeń i pilnych potrzeb, ale niestety również skalę zamętu w naszej infosferze.

Długo nie byłam jej świadoma; pracowite trenowanie algorytmów w „moim internecie” sprawiło, że docierały do mnie głównie treści nieowinięte w informacyjną bawełnę, deklaracje solidarności z regionami dotkniętymi przez powódź i konkretne wiadomości o potrzebnej pomocy. Niestety – według badań Res Futura, których podsumowanie krążyło ostatnio po mediach społecznościowych, posty dotyczące pomocy poszkodowanym klikały się ponad trzykrotnie gorzej niż te zawierające oskarżenia polityczne.

Ten smutny wynik pokrywał się z gorzkimi obserwacjami znajomych, którzy pamiętali katastrofę z 1997 r. Mówili, że wśród licznych różnic między „wtedy” i „teraz” odnotowali zjawisko nowe, czyli obfitość mędrców internetowych, którzy oferowali pigułkę natychmiastowej pewności; zawierała ona spekulacje na temat tego, czyja wina, co lub kto naprawdę stoi za powodzią, czy ktoś wywołał ją specjalnie i od czego miała wobec tego odciągnąć uwagę. Oczywiście, to grono cioć i wujków dobra rada rekrutowało się z obszarów bezpiecznych i dalekich od niszczycielskiej wody.

Niespodziewane, a zwłaszcza niebezpieczne wydarzenia naturalnie tworzą sprzyjające środowisko dla pogłoski. Wie o tym nie tylko każdy, kto choć trochę interesował się tematem potocznego obiegu informacji, plotki, legendy miejskiej – wystarczy, że sięgnie do niedawnych wydarzeń i przypomni sobie rozmaite „tajne informacje przekazane osobiście przez anonimowego pracownika ministerstwa”, które krążyły na początku pandemii. Nie zawsze rozpowszechnia się je w złej wierze, choć czasem wiążą się ze świadomym sabotażem, a nawet potrafią doprowadzić do tragedii. Częściej ich obecność to wynik siły rozpędu, w której trudno oddzielić fakty od nadinterpretacji, a wyjątkowość zdarzeń sprzyja wierzeniu na słowo.

Nawet mając zwykle dobrą intuicję, można się pomylić. Problem jednak w tym, że współczesna łatwość dostępu do informacji przyniosła ze sobą złudzenie szybkiej odpowiedzi na wszystkie dylematy i pytania. Albo raczej: nie pozostawia miejsca na żadne pytania, od razu podsuwając gotową pigułkę pozornej wszechwiedzy. Dzięki temu każdy z daleka czuje się władny, by ocenić, że on już od dawna wiedział, co trzeba było zrobić, co teraz będzie i kto za tym stoi.

Osobiście traktuję to zjawisko z powagą, z jaką powinno się traktować nałogi, ponieważ taka pewność siebie i swego musi być uczuciem uzależniającym – i podobnie zgubnym.

Wśród znajomych i nieznajomych, którzy znaleźli się bliżej katastrofy, zauważam ton zupełnie odwrotny. Jest bliższy tego ostrożnego dystansu, który kazał Władysławowi Wałędze grozę wylewającej Wisły ubrać w eufemizm „niezapowiedzianej wizyty” i przedstawić jako metaforyczną scenę, bo wiedział, że nie można igrać z żywiołem. Mówią właśnie: „to jest żywioł” – tymi słowami, w których słychać pokorę i respekt, świadomość, że nie wszystko jest w naszych rękach i w zasięgu naszej kontroli, nawet gdy robimy wszystko, co możemy, by zapobiec nieszczęściu. Ten rodzaj liczenia się z nieprzewidywalnością zdarzeń jest dzisiaj postawą niemodną, ale budzącą szacunek. To jest odmowa zażycia pigułki fałszywej wszechwiedzy – która w niczym nikomu nie pomaga, w przeciwieństwie do zapytania, czego i gdzie konkretnie potrzeba. Pewność decydowania najlepiej zostawić koordynatorom akcji pomocowych – których skądinąd, jak się właśnie okazuje, również bardzo potrzebujemy.

Lepiej w swoim pudełku na leki nie trzymać pigulki wszechwiedzy // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Pigułki i nałogi