Ulice zamienione w potoki. Wezbrane rzeki porywające samochody. Znikający w ich toniach dobytek. Tonący ludzie, tonące zwierzęta. Chaos, przerażenie, ale i wielka pomocowa mobilizacja.
To nie jest wysokobudżetowy film katastroficzny. To wdzierająca się w nasze życia – dosłownie: drzwiami i oknami, albo niedosłownie: ekranami i wyświetlaczami – rzeczywistość. I jeśli o czymś boleśnie przypomina, to z całą pewnością o dwóch sprawach.
Pierwsza to kruchość wszystkich tych fortyfikacji, które pracowicie wznosimy, żeby chronić się przed nieprzewidywalnością świata. Przed siłami rozpadu i zniszczenia nieodłącznie wpisanymi w porządek przyrody. Ślepymi i głuchymi na nasze aspiracje i potrzeby.
Druga to potęga wspólnoty, solidarności, współpracy. Jedyna bodaj zdolna przeciwstawić się tamtym, złowrogim potęgom. Stopniowo, krok po kroku, centymetr po centymetrze, razem, bo przecież z ruin nie sposób dźwigać się w pojedynkę.
Łatwo je zlekceważyć, łatwo o nich zapomnieć, kiedy się funkcjonuje w codzienności z pozoru oswojonej.
Codzienności, w której rano wstaje słońce, a wieczorem zapada zmrok, pomiędzy nimi zaś rozgrywa się dobrze znany scenariusz: pobudka, praca, sprawy, troski, rozpacze, miłości, zaangażowania, choroby, śmierci, pobudka, praca, sprawy, troski... Nawet jeśli życiem realizującym się wedle tego planu wstrząsają od czasu do czasu jakieś zakłócenia, mieszczą się one – mniej lub bardziej – w tych znanych ramach. Tak sprawnie się mieszczą, tak naturalnie, że w pewnym momencie same ramy stają się niewidoczne. Zwłaszcza jeśli w tle pracuje powszechnie przyjmowana opowieść – że każdy z nas jest na świecie zdany wyłącznie na siebie. Że musi sam siebie wymyślić, zaprojektować i wdrożyć. A za wyniki tej operacji, zarówno pozytywne, jak i opłakane, odpowiada – jakżeby inaczej – również sam.
Ufając tej opowieści, biorąc ją za pewnik – łatwo się zapomnieć, wpaść w trans, stracić czujność. A zresztą, być może nie da się inaczej. Być może to jest właśnie największe osiągnięcie ludzkiej kultury, że doprowadziła do momentu, w którym byliśmy w stanie, przynajmniej niektórzy z nas, przynajmniej na stosunkowo niewielkim obszarze geograficznym, zająć się innymi sprawami niż tylko nieustannym obawianiem się, lękaniem, wznoszeniem fortyfikacji.
Zdaje się jednak, że czas tego zapomnienia, tej stabilności, odchodzi powoli w przeszłość. Przyroda, która wszak nigdy nie przestała być drapieżna i nieprzewidywalna, staje się drapieżna i nieprzewidywalna w skali znacznie większej niż do tej pory. W czym, jak już wiemy, ma swój udział także cywilizacja, budowana przecież po to, paradoksalnie, żeby nas przed siłami przyrody zabezpieczać. Technologia – dzięki której byliśmy w stanie dotrzeć tam, gdzie byśmy w takim tempie nigdy nie dotarli, użyźnić ziemie, które nie dałyby nigdy plonów, zamieszkać tam, gdzie nigdy by się zamieszkać nie dało – przyczyniła się do intensyfikacji właśnie tego, przed czym miała chronić. W efekcie natura stopniowo wypada z tak dobrze nam (w tej szerokości geograficznej) znanej rytmiki: wiosna, lato, jesień, zima... A te nasze dotąd – lepiej lub gorzej – funkcjonalne, dostosowane do niej fortyfikacje okazują się coraz mniej odporne na jej coraz gwałtowniejsze kaprysy.
Do tego (choć to osobna kwestia) dochodzą jeszcze ciemne instynkty działające wewnątrz, w ludzkich duszach, umysłach, psychikach. Stosunkowo krótki – znowu: w tej szerokości geograficznej – czas spokoju, kiedy to wojny, łącznie z globalną, wydawały się już tylko niechlubną przeszłością, także na naszych oczach się kończy. I także przyczynia do coraz większego lęku i pomieszania.
Najłatwiej wtedy szukać winnych (lub winnego). To w jakimś sensie zrozumiała reakcja. Nie jest oczywiście tak, że nikt za to wszystko nie ponosi odpowiedzialności, choć jest ona znacznie bardziej rozproszona, niż nam to podpowiada nasze aktualne poczucie dezorientacji. Przerzucamy się więc oskarżeniami, teoriami spiskowymi, szukamy kozłów ofiarnych, komfortowo usadowieni w fotelach recenzujemy zaangażowanie tych, którzy ryzykują życie niosąc pomoc innym. Politycy oskarżają polityków – wszak każda katastrofa to świetny pretekst do podgrzewania polaryzacji – a w mediach społecznościowych trwa permanentna licytacja na to, kto jest lepszy, mądrzejszy i szlachetniejszy. Kto wcześniej ostrzegał, a kto ostrzeżenia ignorował. Kto rozumie i wie, a kto jest ignorantem i głupcem.
Nie zmienia to jednak faktu, że wobec tych masywnych zagrożeń, masywnych destabilizacji, ruchów tektonicznych chwiejących samą strukturą, samą ramą naszego świata – i dlatego tak przerażających – jesteśmy wszyscy w tym samym dokładnie położeniu. Wzajemne oskarżenia nic tutaj nie zmienią, pozwalają tylko na chwilę nie myśleć o tym, co naprawdę się dzieje, tylko na chwilę odwrócić od tego wzrok.
Tymczasem widać wyraźnie, że to każdego z nas, bez wyjątku, dotyczy. Kruchość ludzkich fortyfikacji wobec drapieżnej, nieprzewidywalnej przyrody oraz siła wspólnoty, solidarności, jedyna, dzięki której możemy razem stawić czoła zagrożeniu. Każdemu – nie tylko ze strony żywiołów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















