Siło robocza, przybywaj

Polska nie jest dla imigrantów krajem atrakcyjnym. Stanowimy dla nich raczej przystanek w drodze do zamożniejszych państw niż stację końcową. To jednak może się zmienić.

11.03.2009

Czyta się kilka minut

Ekipa robotników z Bułgarii na budowie osiedla Górczewska Park, Warszawa, kwiecień 2008 r. /fot. Seweryn Sołtys / Fotorzepa /
Ekipa robotników z Bułgarii na budowie osiedla Górczewska Park, Warszawa, kwiecień 2008 r. /fot. Seweryn Sołtys / Fotorzepa /

Sprzątaczka z Zimbabwe, robotnik budowlany z Bangladeszu, opiekunka dla ojca z Ukrainy: tak zdaniem niektórych prognostów może już za ćwierć wieku wyglądać polski rynek pracy. Jeśli do tego dojdzie, oznaczałoby to nie tylko głębokie zmiany ekonomiczne, ale i szok kulturowy, na który nie jesteśmy przygotowani.

Demografowie ostrzegają, że do 2035 r. liczba ludności Polski zmaleje o ponad dwa miliony. Będzie nas wówczas niespełna 36 milionów. Będziemy starsi: prawie 27 proc. mieszkańców stanowić będą emeryci, a na stu zdatnych do pracy przypadać będą 73 osoby, które jeszcze - albo już - nie pracują. Budzi to niepokój ekonomistów, zwłaszcza znawców systemów emerytalnych, którzy przewidują, że pracującym coraz trudniej będzie utrzymać rosnącą rzeszę "nieproduktywnych" obywateli.

- Żeby Polska mogła gospodarczo funkcjonować, potrzeba będzie najpierw kilkaset tysięcy, a potem kilku milionów mało wykwalifikowanych imigrantów - uważa Maciej Duszczyk z Ośrodka Badań nad Migracją Uniwersytetu Warszawskiego.

Imigrant bez kwalifikacji

Miliony ludzi przemieszczają się dziś po świecie w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Podejmują się robót, których nie chcą wykonywać miejscowi i pracują za mniejsze pieniądze. Ekonomiści uważają, że te wędrówki opłacają się zarówno krajom, których mieszkańcy emigrują (mniejsze bezrobocie, transfer zarobków), jak i tym, do których trafiają. Migranci kierują się tam, gdzie mogą wjechać, gdzie stosunkowo łatwo o pracę i gdzie da się zarobić znacznie więcej niż we własnym kraju.

Jeśli brać pod uwagę te kryteria, Polska nie jest dla nich krajem atrakcyjnym. Wprawdzie przyjeżdżają do nas Ukraińcy, jest też trochę Wietnamczyków, ale dla większości przybyszów stanowimy raczej przystanek w drodze do zamożniejszych państw niż stację końcową. Symptomatyczna była pod tym względem reakcja Bułgarów i Rumunów na otwarcie dla nich w 2007 r. polskiego rynku pracy: prawie nikt nie przyjechał. Fiasko poniósł także ogłoszony parę lat temu program czasowych zezwoleń na pracę w rolnictwie.

Globalny kryzys gospodarczy sprawił, że perspektywa masowej imigracji chwilowo przestała nas zajmować. Tym bardziej że rynek pracy się zmienił, bo część polskich emigrantów zarobkowych wraca do kraju. Firmy budowlane, które jeszcze rok temu najbardziej uskarżały się na niedobór pracowników, dziś często ich zwalniają. O planach zatrudnienia Chińczyków przy budowie obiektów na Euro 2012 mało kto już wspomina. To powoduje, że i dyskusja o potrzebie pojawienia się u nas "kilkuset tysięcy mało wykwalifikowanych imigrantów" straciła aktualność. Nie powinno się jej jednak zaniechać. Z prognoz wynika bowiem, że już niedługo zmieni się struktura zarówno krajowej podaży siły roboczej, jak i zapotrzebowania na nią.

Odpływają specjaliści

Czy rzeczywiście jednak Polska potrzebować będzie wówczas jedynie pomocy domowych, opiekunek, sprzątaczy, sprzedawców i pracowników budowlanych? Od paru lat emigrują przecież także osoby po studiach.

- Emigracja staje się dla młodych ludzi elementem kariery zawodowej. To oznacza akceptację mobilności. Jest ona czynnikiem sprzyjającym zmianom cywilizacyjnym, ale powoduje też kłopoty. W niektórych dziedzinach nauki ewidentnie brakuje już kadry - uważa minister Michał Boni.

Jak będzie pod tym względem za dwadzieścia parę lat? Różnice w dochodach w stosunku do krajów rozwiniętych będą mniejsze niż dziś, ale nie zanikną: to za krótki okres, byśmy zdążyli je wyrównać. Wątpliwe, by zmalały aż tak, że emigrantów zachęcą do powrotu, a przyszłych absolwentów zniechęcą do wyjazdu. Gdyby nawet tak się stało, nie zawadzi zadbać o przyciąganie zagranicznych specjalistów. W migracyjnym rachunku ekonomicznym dla kraju przyjmującego jest to przecież zawsze korzystne. Jak można to zrobić?

"Najskuteczniejszym sposobem przyciągnięcia młodych, twórczych i wykwalifikowanych cudzoziemców wydaje się wykorzystanie w tym celu polskich szkół wyższych. Ich absolwenci powinni móc u nas zamieszkać i podejmować pracę" - pisze Maciej H. Grabowski w "Imigracji wykwalifikowanych pracowników do Polski" wydanej w 2007 r. przez Polskie Forum Strategii Lizbońskiej.

Schwytać studenta

Tak postępuje wiele krajów. W Kanadzie, państwie imigracyjnym, przedsiębiorstwa kuszą ofertami pracy zagranicznych studentów już z drugiego-trzeciego roku. Nasze firmy po nich jeszcze nie sięgają, państwo natomiast często traktuje ich nie jak potencjalny "zasób imigracyjny", ale jak uciążliwych cudzoziemców. Co jakiś czas czeka ich koszmar przedłużania prawa pobytu. W urzędzie tłok, kolejkę trzeba zajmować wcześnie rano i ciągle dostarczać nowe dokumenty. Zdarzają się przy tym pytania (Jaki był ostatni król z dynastii Piastów? Według jakiej zasady ustala się datę święta Bożego Ciała?), które może miałyby uzasadnienie przy staraniach o obywatelstwo, ale przecież nie przy wniosku o wizę pobytową na rok!

Poza tym zakłada się, że zagraniczny student ma pieniądze. Tymczasem wielu z nich utrzymuje się samodzielnie, a studia w Polsce wybrali dlatego, że są tańsze niż na Zachodzie. Bez zezwolenia pracować mogą tylko od lipca do września, co oczywiście nie wystarczy, żeby zarobić na cały rok. Zatrudniają się więc na czarno, a potem mają kłopoty. Jakie - świadczy przykład G. K. (inicjały zmienione). To obywatelka jednego z krajów Azji; język polski zna doskonale, bo w dzieciństwie u nas mieszkała. Na studia do Warszawy przyjechała jako osiemnastolatka - ze świadomością, że musi sobie radzić wyłącznie sama. Zdobyła grant na czesne. Na utrzymanie zarabia, jak sporo jej polskich kolegów z roku. Oficjalnie jednak żyje nie wiadomo z czego: w urzędzie d. s. cudzoziemców umowy z pracodawcą nie biorą pod uwagę, bo nie ma zezwolenia na pracę. Nie dostaje go, bo przecież przyjechała na studia, a nie do pracy. I koło się zamyka. G. K. grozi deportacja, choć nauka idzie jej lepiej niż wielu polskim kolegom. I choć naprawdę warto byłoby ją zatrzymać.

Obcość kulturowa

Czy jednak chodzi o imigrantów bez kwalifikacji, czy o specjalistów z zagranicznym paszportem, istotne jest, że raczej nie mamy co liczyć na ich rychły napływ.

- Polska będzie jednym z ostatnich krajów europejskich, które staną przed problemem imigracyjnym. Nie kusimy imigrantów ani zamożnością, ani nawet klimatem - uważa prof. Marek Ziółkowski, wicemarszałek Senatu. To, czy zaczną do nas przyjeżdżać, zależy jego zdaniem od sytuacji w krajach sąsiednich, zwłaszcza gorzej sytuowanych. Ale np. na Ukrainie - z  której obecnie pochodzi gros imigracji zarobkowej do Polski - liczba ludności maleje w takim tempie, że za kilkanaście lat napływ pracowników stamtąd może ustać. "Demografia oraz przewidywane trendy migracyjne wskazują, że ani z polskiej diaspory, ani z najbliższych nam geograficznie krajów położonych na wschód i południe od nas nie można oczekiwać napływu fali imigrantów do Polski" - pisze Maciej H. Grabowski.

Cóż to oznacza? A no to, że jeśli jacyś zagraniczni pracownicy do nas przyjadą, będą to prawdopodobnie ludzie obcy nam kulturowo. Pojawi się wówczas zarówno pytanie o to, ile praw mają mieć zagraniczni pracownicy, a także nie znany nam dotychczas w praktyce problem wielokulturowości.

- W wielu krajach, nawet jeśli przyznaje się imigrantom wszelkie prawa, można zaobserwować dwie odmiany podejścia do tego problemu: dążenie do asymilacji przybyszów albo do tworzenia im warunków uprawiania własnej kultury - mówi prof. Ziółkowski.

To sprawy, z którymi się jeszcze nie stykaliśmy. Trudne, drażliwe i stanowiące potencjalne źródło konfliktów. Żeby przygotować się do ich rozwiązywania, powinniśmy mieć politykę imigracyjną, a co najmniej jej wizję. Na razie jej nie ma. Zmieni się to dopiero wówczas, gdy zaczniemy naprawdę odczuwać niedostatek pracowników. Czyli - najwcześniej za kilka lat, gdy skończy się kryzys, gospodarka znów ruszy z kopyta, a cała starzejąca się Europa ponownie zacznie zabiegać o zagranicznych pracowników. Byłoby dobrze, gdybyśmy się do tego przyszykowali.

Źródłem tekstu oraz przytoczonych wypowiedzi była dyskusja na seminarium "Migracja, emigracja, imigracja", zorganizowanego w Ustroniu przez Fundację Gospodarki i Administracji Publicznej w Krakowie.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2009