Reklama

Siła spokoju

Siła spokoju

10.01.2022
Czyta się kilka minut
W krakowskim szpitalu zmarł Artur Strzelecki. Przez więcej niż pół życia był jednym z filarów „Tygodnika Powszechnego”.
MARCIN ŻYŁA
M

Mówię „Historia Tygodnika”, ale nie myślę tylko: Turowicz czy Tischner, Kisiel czy Pilch, Kozłowski czy Hennelowa, Błoński czy Stomma. To znaczy, owszem, wszyscy wymienieni nasze pismo kiedyś redagowali, wyznaczali jego linię, pisali teksty czy felietony, które weszły do kanonu polskiego dziennikarstwa. Ale przecież „Tygodnik” to także takie postaci, jak nieżyjący od lat sekretarka Maria Lach i korektor Jerzy Koenig albo zmarły właśnie, w wieku 60 lat, redaktor techniczny i szef fotoskładu Artur Strzelecki. Dla czytelnika niewidzialni, wykonujący pracę niemal przezroczystą, choć lista katastrof, przed którymi pismo uratowali, prosi się właściwie o jakiś dziękczynny pomnik.

Artur był w „Tygodniku”, jeśli nie liczyć Adama Bonieckiego i Tomka Fiałkowskiego, najdłużej z nas wszystkich. Syn pani Krystyny, wieloletniej głównej księgowej, pracował najpierw jako korektor, potem redaktor techniczny, na początku lat 90. łamiący wielkie płachty pisma jeszcze w drukarni przy alei Pokoju, później jako szef fotoskładu w ciasnych pomieszczeniach Wiślnej 12, a w końcu na Dworskiej, gdzie nad monitorem jego komputera wisiał wciąż ten sam, przeniesiony z dawnej siedziby plakat wyborczy Tadeusza Mazowieckiego z hasłem „Siła spokoju”. Hasłem, które (choć zirytowany jałową gadaniną niemogących się zdecydować na wybór jakiegoś tytułu czy leadu redaktorów potrafił nieraz wyjść i trzasnąć drzwiami, stawiając w ten sposób hamletyzujących kolegów do pionu) w chwilach naprawdę dramatycznych, na kilka minut przed terminem zesłania numeru do drukarni, a nieraz i po jego upływie, wydawało się jego mottem.

Sytuacji, w których ten historyczny i ten całkiem współczesny „Tygodnik” ratowała jego przytomność, było w ciągu trzydziestu z górą lat dziesiątki. Trudno się dziwić, skoro on i jego zespół połamali w tym czasie ponad półtora tysiąca numerów, w tym takie, których przygotowanie wiązało się z gigantycznymi kosztami emocjonalnymi i pracą pod wielką presją czasu – kiedy umarł Jerzy Turowicz albo po śmierci Jana Pawła II, Artur nie wychodził z redakcji przez kilkanaście i więcej godzin.

Po większości takich interwencji poza koleżeńskim wspomnieniem nie zostawał w druku żaden autorski ślad (choć bywało w latach 90., że trudny do zilustrowania tekst opatrywał własnym rysunkiem, który przyjmowaliśmy, jakby spadł z nieba). Dopiero w okresie pandemii, kiedy przeszliśmy na pracę zdalną, w naszym wewnętrznym komunikatorze zostawały pisane świadectwa jego uważności i troski wykraczającej poza kolumny, które łamał osobiście. Zdarzało się, że późną nocą przeglądał także to, co robili inni, znajdował błędy i sugerował ulepszenia. „Michale, z Ziutą tak bym próbował [łamać] – pisał do mnie w sierpniu 2020 r., podczas prac nad stronami pożegnalnymi po śmierci Józefy Hennelowej. – Ale lead do »Zamkowej« powinien być dużo krótszy. To jest oczywiście szkic ad hoc. Pomyśl”. Delikatność, z jaką formułował te propozycje, była dlań charakterystyczna: „Jeśli uznasz, że tak może być, to pomogę trochę”. Innym razem wycofywał z drukarni przejrzaną i zatwierdzoną już przez wszystkich stronę, która zawierała błąd w odmianie łacińskiego słowa; na takich sprawach znał się lepiej niż niejeden z nas.

Napisać, że mnóstwo mu zawdzięczamy, to nic nie napisać. Zresztą czuję, że w takim podziękowaniu nie będzie prawdziwego Artura. Patrzę na jego zdjęcie profilowe w komunikatorze: z nieodłącznym, niemal do końca już wypalonym papierosem w kąciku ust, w góralskim kapeluszu i z kilkudniowym zarostem, ale w koszulce z orłem Habsburgów i portretem Najjaśniejszego Pana w tle. Wspominam sygnet na palcu, tweedową marynarkę i fular, które nosił równie chętnie, jak wędkarskie kamizelki; szlachetny rys, tłumaczący pewnie powściągliwość, z jaką mówił o swoim życiu prywatnym. Wspominam jakieś redakcyjne uroczystości, kiedy przy szklaneczce whisky siada do pianina i od jakiegoś ragtime’a przechodzi do jarrettowskiej z ducha improwizacji. Wracam do początku lat 90., kiedy w biało-czerwonej koszulce Ajaksu – tego Ajaksu Michelsa i Cruyffa, którego skład pamiętał najlepiej ze wszystkich redakcyjnych kibiców – pojawia się na asfaltowym boisku za technikum przy ul. Ułanów, ustawia się w polu karnym (bo jednak tytoniowy nałóg poważnie ogranicza jego zdolności kondycyjne i podobnie jak Pilch gra w ataku), a potem wykańcza kolejne akcje redakcyjnej drużyny z tą samą nieomylną gracją, z jaką grał na fortepianie i łamał gazetę. ©℗

Autor artykułu

Dziennikarz, redaktor wydań specjalnych i publicysta działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w pisaniu o piłce nożnej i o stosunkach polsko-żydowskich. W redakcji od...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]