Samara

Nie wiem, dlaczego zapamiętałem akurat ten widok. Może dlatego, że oglądałem go przynajmniej sześć razy, jadąc z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód.

28.10.2019

Czyta się kilka minut

Gdzieś w Rosji, 2019 r.

Drogą od Saratowa, lewym brzegiem Wołgi, przez miejscowości Engels i Marks. Engels z jakiegoś powodu jest większy. W każdym razie potem jest Samara i ten widok, którego nie mogę zapomnieć.

Miasto omija się obwodnicą i ze wzniesień widać ją samą oraz Żiguliewsk, Nowokujbyszewsk, a chyba nawet Togliatti, gdy jest dobra pogoda. To znaczy nie same miasta, tylko rozciągniętą na dziesiątki kilometrów przemysłową zonę. Jakby ktoś na horyzoncie rozwinął gigantyczną panoramę z tysiącami kominów, zbiorników, wież rektyfikacyjnych, wielkich metalowych sześcianów, pordzewiałych urwisk i żelaznych wzgórz. I wstęgi dymów wleczone przez wiatr. Poziome, rozciągnięte, kryjące krajobraz jak industrialne chmury. Wyobrażałem sobie, że cała ta maszyneria, ten monstrualny twór wysysa wnętrze ziemi. Wyrywa, wydobywa, wypompowuje pierwiastki i związki, wyrzuca je na powierzchnię pozostawiając tam, w głębi, opustoszałą otchłań. Jeszcze niedawno w imię zwycięstwa planetarnej, a może i kosmicznej utopii. Teraz już tylko w imię naszej chciwości.

Dlatego ta Samara. Bo tutaj niegdysiejsza żądza władzy nad światem i kosmosem tak płynnie splotła się z żądzą posiadania. I dlatego, że tak dobrze widać to z szosy wspinającej się na stepowe wzniesienia. W kraju, który jest słaby i wynędzniały. Z tymi spłachetkami kartofli, eternitem, płotami z patyków ciągnącymi się przez dziewięć stref czasowych. W kraju, który tak spragniony był bogactwa, dostatku, wszystkich tych pierwiastków i związków przetworzonych w upragnione rzeczy. W tym pragnieniu nie różnił się zresztą od innych. Od Chin, Afryki i Kirgistanu. Niczym nie różnił się od nas. Tyle że za Czapajewskiem widziałem to wyraźniej. Można rzec, że za Czapajewskiem miałem wizję. Że opróżnimy wnętrze Ziemi. Wydrążymy ją. Nazywam to chciwością, ale po prostu nie potrafimy inaczej. Niezależnie od tego, czy jesteśmy biedni, czy bogaci.

Oddajemy się pożądaniu, nawet tego nie zauważając. Powinno grzebać się nas jak dawnych władców Wschodu: na stosach rzeczy, które żuliśmy przez całe życie. Na tych wszystkich pralkach, samochodach, meblach, ubraniach i smartfonach. Układać nas nagich na wierzchu i podpalać to wszystko, żeby cienki dym z naszego mięsa mieszał się z wyziewami gumy, polimerów, plastiku, kartonu czy lakierowanego drewna i ścielił się nisko przy ziemi, i żebyśmy się nim dusili, żeby wiedzieć, jak to jest naprawdę. Każdy na swoim stosie, na gorącym ogniu, który strawi i kości, i metal. Może wtedy byśmy coś zrozumieli.


Czytaj także: Andrzej Stasiuk: Plelgrzymka do podziemi


Nędzarze dymiliby najmniej. Trochę szmat, trochę patyków, niebieskie jednorazowe klapki, plastikowa butelka na wodę, koc, jakieś naczynia. Powinniśmy być im wdzięczni, że zostawiają tyle miejsca dla nas. Dla naszych odpadków, wyziewów i resztek. Powinniśmy o nich dbać, hodować ich, by żyli tym dłużej, im mniej będą zużywali. Żeby zostali w swoich szałasach i nigdy się nie wzbogacili. Skoro my zaczynamy oszczędzać świat, zamieniając plastikowe słomki do napojów na papierowe albo słomiane, to oni też powinni. Oczywiście ciężkawo ironizuję za tym Czapajewskiem, gdy szosa wspina się i opada prostą wstęgą. Samara, Togliatti i Nowokujbyszewsk rozsnuwają za Wołgą swoje czarne i białe dymy, jakby dawały znaki nadciągającej apokalipsie. W tym krajobrazie, który pamięta jeszcze tę poprzednią, w której wyklęty lud Ziemi został wystrychnięty na dudka i zamiast bezklasowej równości dostał spłachetki kartofli i szary eternit od Zatoki Fińskiej po Ocean Spokojny. W każdym razie ta jego część, która w ogóle przeżyła. Na pocieszenie można wspomnieć, że przynajmniej większość dostąpiła równości w ubóstwie. Że sprawiedliwie rozdzielono resztki ze stołu rewolucji. Można się zresztą spierać, czy było to ubóstwo, czy pewien rodzaj skromności. Kataklizm, który przyzywały czy też zwiastowały samarskie pióropusze dymu, miał być innego rodzaju.

W porównaniu do tych, którzy mają niebieskie klapki, butelkę na wodę i plastikową płachtę, jesteśmy obelżywie bogaci. Żyjemy w obleśnym dostatku i bezpieczeństwie, gdy inni każdego dnia wyglądają zagłady. Wojny, rzezi, wygnania i głodowej śmierci. Każdego świtu wypatrują Czterech Jeźdźców. Na pocieszenie wysyłamy im elektroniczne obrazy naszej sytości. Każdego dnia mogą oglądać, jak się bawimy, parzymy, tarzamy, przebieramy w dobrach i zdychamy z przejedzenia. Czasami wsiadamy do wielkich samolotów i lecimy odpocząć wśród biedaków, zostawiając im śmieci i napiwki. A potem ogłaszamy, że nadszedł czas oszczędności. I wzruszają nas nastolatki zatroskane o los planety. Tymczasem to tylko strach, że może nam nie wystarczyć do końca naszych dni całego tego barwnego śmiecia, którym się otaczamy i bez którego już nie potrafimy sobie wyobrazić życia.

To tylko lęk, że przyjdą biedni i nam zabiorą. Każdy ma swoją apokalipsę. Że któregoś dnia staną u naszych bram, że nadejdą z tych wyschniętych, ogołoconych ze wszystkiego ziem i będziemy musieli ich zabijać, żeby się nie wdarli. Czego oczywiście chcielibyśmy uniknąć. Na razie zabijają się między sobą i to może przynieść nam chwilową, cichą ulgę. Ale w końcu przyjdą. Nie są głupi. Doskonale wiedzą, że opowieść o tym, że nadszedł czas umiaru, dotyczy tego, że ma starczyć dla nas na jak najdłużej, a ich to nie dotyczy. Tak, mówimy nędzarzom, że nadszedł czas oszczędności i umiaru. Mówimy głodnym: sorry, to sprawa klimatu. Musicie zacisnąć pasa i brać przykład z nas. Jak się troszczymy i oszczędzamy. Przykro nam, ale się nie załapiecie na to wszystko, co wam pokazujemy w telewizorach i smartfonach. Może to był w ogóle błąd, że wam w ogóle pokazywaliśmy. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Przesadziliśmy z tą globalną wioską. Powinniśmy tradycyjnie płacić wam strzelbami, alkoholem i konserwami, a nie zaawansowaną technologią. Gdy się za cały majątek ma klapki i lepiankę z gliny, sieć i smartfon to nieodpowiedzialny podarunek.

Takie myśli mam, ilekroć przejeżdżam nieopodal Samary i Nowokujbyszewska. Przez Czapajewsk, w którym nie ma nic z apokalipsy. Są na pewno straszniejsze miejsca na świecie. Sam parę widziałem. Ale dalej na wschód zaczynała się Baszkiria. Łagodne, zielone wzgórza. Przychylny, piękny kraj­obraz, w którym chciałoby się zostać na dłużej i po prostu patrzeć. Tyle tylko że upstrzony czarnymi żurawiami pompowymi, czyli kiwonami. Bezgłośnie i monotonnie ciągnęły ropę z wnętrza sielskiego pejzażu. Spod tej pofalowanej zieleni ssały czarny petrol, pozostawiając w głębi ziemi śmierdzącą pustkę. Miejsce w sam raz dla diabła i jego piekieł, jeśli ktoś w nie jeszcze wierzy. Wyobrażałem sobie, jak pustka się powiększa, jak z wolna wypełnia wnętrze globu, w miarę jak rośnie nasza zachłanność. Znikają rudy, pierwiastki, minerały i wody. Żeby skorupa się nie zapadła, pompujemy w nią nasze trucizny i odpady. Czasem zajmują się czerwonym ogniem i zieją żrącym blaskiem z kraterów na pustkowiach.

No dobrze. To nie jest zachłanność. Po prostu nie potrafimy inaczej, a przecież chcemy przetrwać. Tak było przez tysiąclecia. Walczyliśmy o przetrwanie. Teraz też coś wymyślimy. Jakąś nową formę człowieczeństwa żyjącą tylko w wirtualu. Albo na innej planecie. Albo w jakiejś zonie biologicznej nieśmiertelności. Biedni, jeśli ich wcześniej nie zabijemy, przyjdą do miejsc, które opuściliśmy. Na skraj urwiska, na krawędź sztolni, gdzie będzie płonął zimny smrodliwy ogień pożerający resztki tlenu. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Urodził się w 1960 roku w Warszawie. Mieszka w Beskidzie Niskim. Prozaik i eseista. Autor Murów Hebronu, Dukli, Opowieści galicyjskich, Dziewięciu, Jadąc do Babadag, Taksimu, Dziennika pisanego później, Grochowa, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wschodu… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2019