Rzeczpospolita Wolontariuszy. Czy nowa solidarność przetrwa

Zadanie do wykonania przesłoniło nam podziały polityczne. „Dwie Polski” od pierwszego dnia wojny rzuciły się na pomoc Ukraińcom. Czy cokolwiek przetrwa z tej nowej solidarności?

16.05.2022

Czyta się kilka minut

Wolontariusze fundacji Wolne Miejsce przygotowują upominki na Metropolitalne Śniadanie Wielkanocne dla Samotnych, Katowice, 15 kwietnia 2022 r. / Andrzej Grygiel / East News
Wolontariusze fundacji Wolne Miejsce przygotowują upominki na Metropolitalne Śniadanie Wielkanocne dla Samotnych, Katowice, 15 kwietnia 2022 r. / Andrzej Grygiel / East News

Weronika, harcerka, na długie lata zapamięta pracę na Dworcu Głównym w Krakowie. Marta – dyżury na przejściu granicznym Zosin-Uściług, na które zrywała się z pracy. A 10-letnia Agata nie zapomni, jak drugiego dnia wojny pakowała do kartonu ubrania, zabawki, brystol, pędzle i kredki dla Wiki, swojej rówieśniczki z Ukrainy, choć pewnie nigdy się nie zobaczą. Wtedy było ważne tylko jedno: Wika lubi malować, a przed Rosjanami uciekła tylko z jednym pluszowym misiem.

Takich historii są miliony. W badaniu przeprowadzonym przez pracownię IBRiS zaledwie tydzień po rozpoczęciu inwazji, 62 proc. pełnoletnich Polaków zadeklarowało, że zaangażowało się w pomoc Ukrainie. Nie postem na Facebooku, nie zdjęciem flagi na Instagramie, tylko własnymi pieniędzmi, czasem, pracą. – Polska robi dla Ukrainy to, czego w 1939 r. nikt nie zrobił dla Polski – mówił niejeden z nas.

Moment jedności

– Nieważne, czy ktoś jeździł na granicę, czy przyniósł parę butów na zbiórkę – mówi Marcin Duma, badacz opinii, prezes IBRiS. – Ten moment jedności jest realny i bezprecedensowy. Nikt nam nie kazał tego robić. Po prostu uznaliśmy, że tak trzeba.

3 kwietnia przed południem na przejście graniczne w Zosinie podjeżdża grupa samochodów – cztery stare dostawczaki, jedna osobówka. Panowie koło pięćdziesiątki wysiadają do kontroli. Nie pasują do stereotypu aktywisty, raczej do stereotypowego wizerunku właściciela komisu samochodowego. Zresztą dwóch trochę samochodami handluje. Teraz jednak nie jadą na handel. Po prostu dowiedzieli się, że w Ukrainie brakuje aut dla wojska i medyków. Kupują w Polsce używane, remontują i wiozą w darze na ukraińską stronę. Do Polski wróci tylko osobówka. Rozmawiamy szeptem, żeby nie podsłuchali nas celnicy.

Oddolne zrywy są domeną mniejszości. Gromadzą grupy ludzi o podobnych poglądach, w podobnej sytuacji. Ten zgromadził zdecydowaną większość narodu. Widać to nie tylko na granicy, ale też w badaniach IBRiS-u. Po równo zaangażowały się wszystkie grupy wiekowe, spadek widać dopiero w grupie 70+. Niewielkie znaczenie miały: płeć, miejsce zamieszkania (przewaga dużych miast wynika raczej z tego, że to tam docierało najwięcej uchodźców), a nawet zarobki. W granicach błędu statystycznego mieści się różnica w zaangażowaniu ateistów i tych gorliwie wierzących (co przeczy popularnemu przekonaniu, że Kościół zignorował pomoc uchodźcom z Ukrainy).

– Zadanie do wykonania przysłoniło nawet podziały polityczne. Obydwie Rzeczpospolite wzięły się do pracy. Ta opozycyjna trochę bardziej, ale różnice są niewielkie – mówi Marcin Duma. – Co więcej: zaangażowanie w pomoc deklaruje 95 proc. wyborców Konfederacji. To najwyższy wynik ze wszystkich partii.

Nie ma, że się nie da

– Wolontariusz to taki człowiek, który ma zdolności organizacyjne i umie długo ustać na nogach – mówi po swoim piątym dyżurze w Zosinie Marta Sitkiewicz, działaczka Polskiej Akcji Humanitarnej.

Mocne nogi były potrzebne. 6 marca o godz. 20 liczba uchodźców z Ukrainy przekroczyła milion, 18 marca – dwa, 28 kwietnia – trzy miliony. – Na coś takiego nie da się być przygotowanym – mówi Marta. – A przynajmniej nie w tym sensie, że stworzymy idealny plan, którego potem będziemy się kurczowo trzymać.

Oś czasu od 24 lutego można podzielić na kilka etapów. Pierwsze trzy tygodnie nazwijmy Recepcją. Podstawowe zadanie: zapewnić nocleg, transport i jedzenie tłumom przerażonych ludzi (tylko 6 marca Straż Graniczna odprawiła 142 tys. uchodźców). Główne miejsca akcji: przejścia graniczne i dworce w dużych miastach. To był czas improwizacji i pospolitego ruszenia. Czas skoku na głęboką wodę. PAH po raz pierwszy działała na taką skalę i potykała się o rozmaite przeszkody, Straż Graniczna po raz pierwszy musiała pracować na takich obrotach, a korytarze dworców po raz pierwszy były pełne śpiących na podłodze ludzi i odblaskowych kamizelek wolontariuszy.

Ten chaos nie zawsze wyglądał dobrze i pewnie z dzisiejszej perspektywy łatwo byłoby zrobić listę rzeczy, które dałoby się przeprowadzić sprawniej. Ale i tak dzięki ogromnemu zaangażowaniu udawało się rozwiązywać wszystkie problemy. – To, co wczoraj wydawało się niemożliwe, następnego dnia było zrobione – mówi Jakub Wygnański, socjolog, prezes Fundacji Stocznia.

Pomoc na dworcu w Krakowie (i w wielu innych miastach Polski) zaczęła się od zwykłych ludzi: ktoś przyniósł gar zupy, ktoś kanapki, a ktoś koce. Ale już dzień po wybuchu wojny ruszyła oficjalna zbiórka na stadionie miejskim. Kolejnego dnia: darmowa stołówka dla uchodźców, punkt informacyjny i noclegownia na dworcu. 28 lutego: darmowa komunikacja, 5 marca: nowe miejsca do spania przygotowane przez miasto w dawnym szpitalu. Tydzień później dużą noclegownię urządzono też w zamkniętej od dawna galerii handlowej. W międzyczasie miasto zaczęło rejestrować dane kierowców, którzy oferowali transport dla uchodźców. Ad hoc powstawały bazy danych, arkusze Excela i grupy na Facebooku. Centrum Wielokulturowe do dziś zresztą publikuje aktualną listę potrzeb. Wystarczyło napisać, że na dworcu potrzeba kanapek, a za godzinę obok punktu żywnościowego stała góra kanapek.

Wolontariusze często zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt. Nazywają to często „wymieszaniem mundurów”. – Wymienialiśmy się sprzętem, zapasami, kompetencjami. Nie miało znaczenia, skąd jesteś – mówi Marta Sitkiewicz. – PAH, Caritas, wojsko, a może tylko grupka kolegów z kuchnią polową i grillem? Nieistotne. Ważny był wspólny cel, a nie sztandary.

Drugi etap na osi czasu można nazwać: Bajpas. Moment, w którym mija pierwszy szok. Z każdym kolejnym dniem można coś robić odrobinę sprawniej, lepiej, ucząc się na błędach i omijając problemy. To też czas, w którym coraz mocniej obowiązki pospolitego ruszenia przejmują większe organizacje, samorządy, państwo. Na dworcu we Wrocławiu miasto najpierw przejmuje zarządzanie noclegami, później weryfikację kierowców, a na końcu wyżywienie.

– Bez tego narodowego zrywu byśmy sobie nie poradzili: ani jako państwo, ani społeczeństwo – mówi Marcin Duma. – Tak samo teraz oczekujemy wsparcia instytucji. Bez niego też nie damy sobie rady.

Pierwszy etap przetestował jedną z naszych najmocniejszych stron: umiejętność mobilizacji w kryzysie, jednorazowej akcji. Do tego wychowała nas historia, a ostatnio także WOŚP, podstawowa forma wolontariatu w Polsce. I ten egzamin zdaliśmy. Dużo większym zaskoczeniem jest to, jak Rzeczpospolita Wolontariuszy radzi sobie z kolejnym rozdziałem, w którym potrzeby są bardziej subtelne i rozproszone, emocje opadają, a pomoc staje się trudniejsza, bo nie każdy ma siłę, czas i odporność psychiczną, by po 2,5 miesiącach wojny wciąż się angażować. Mimo to od wszystkich koordynatorów słyszę: „nie brakuje nam wolontariuszy”.

Nowe partnerstwo

Biblioteka miejska w Raciborzu, województwo śląskie. Za ścianą kończy się lekcja polskiego dla uchodźców. Zajęcia odbywają się prawie codziennie dla ok. 80 osób. Kiedy uczestnicy opuszczają salę, patrzę na zapisaną tablicę. „Widelec, nóż, łyżka, durszlak, jajko na miękko, jajko na twardo”. Najbardziej podstawowe słowa i potrzeby.

– Oczywiście pomagamy, bo po prostu trzeba pomóc – mówi z kolei Krzysztof Zacharzewski, burmistrz Złocieńca w woj. zachodniopomorskim. – Ale ja wiem, że to też jest dla nas szansa. Miasto od lat się wyludnia. Myślę sobie, że im lepiej będzie u nas ludziom z Ukrainy, tym chętniej zostaną. Bardzo bym chciał, żeby mogli tu budować nowe życie.

W Złocieńcu skala wyzwań była ogromna, więc od razu powstało Centrum Wolontariatu przy ul. Czaplineckiej. Przez 13-tysięczne miasto przejechało ponad 500 uchodźców. Zostało około 200 osób. Na początku burmistrz zwrócił się o pomoc do właścicieli ośrodków wypoczynkowych, wszyscy użyczyli noclegów.

– Teraz staramy się ich zapraszać do naszej wspólnoty, organizować pracę, angażować. Ukraińcy powoli przenoszą się do wynajmowanych mieszkań, ktoś zaprosi do domu, ktoś wynajmie pokój – mówi Zacharzewski, który dużą część swej aktywności prowadzi prywatnie, a nie jako burmistrz.

Na swoim profilu na Facebooku wrzuca posty takie jak ten: „Mamy ludzi gotowych pracować w ogrodzie lub przy sprzątaniu. Minimalna stawka 20 zł/h. Są chętni?”. I zawsze się znajdują.

– Dostaliśmy zastrzyk inności, ale też energii – komentuje Jakub Wygnański. – Na dłuższą metę musimy to potraktować jako szansę. Zbudować inny język niż tylko ten związany z pomocą, który na dłuższą metę jest krępujący. Dużo lepsze będzie wzajemne wsparcie, partnerstwo.


Marcin Kędzierski, ekonomista i politolog: Miliony sfrustrowanych uchodźców mogłyby źle wpłynąć na przyszłość Polski. Ci ludzie muszą pracować i wspinać się po szczeblach drabiny społecznej.


 

Na płocie biblioteki w Raciborzu ­dostrzegam jeszcze jeden szczegół: mały plakat informujący o zbiórce dla ukraińskiej Tyśmenicy – miasta partnerskiego. Idea miast partnerskich, którą przywykliśmy traktować jako nieznaczącą dekorację, od 24 lutego spełnia bardzo ważną funkcję. Takich zbiórek w Polsce są ­dziesiątki. Jasło zbiera dla Sambora, Giżycko dla Dubna, Mińsk Mazowiecki dla Borodianki, a Ciechanów dla Chmielnickiego.

– Słowo „partnerstwo” nabrało prawdziwego znaczenia – rzuca jeden z pracowników biblioteki.

W badaniach IBRIS-u działania samorządów na rzecz pomocy uchodźcom dobrze ocenia 84 proc. Polaków (dane z 9 marca). Obywateli i organizacji pozarządowych – 97 proc. Najniższe noty zbiera rząd – 56,6 proc. pozytywnych ocen.

– Każdy angażował się tak samo. 70-letni Amerykanin na równi z polską studentką i wolontariuszem z Singapuru zamiatali, zmywali naczynia, opiekowali się ludźmi. Dla wielu z nich to najważniejszy moment w życiu – mówi Dariusz Karwiński.

Rozmawiamy przez telefon, Darek właśnie wraca do domu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Ostatnie 2,5 miesiąca spędził na przejściu w Hrebennem, był koordynatorem akcji PAH. Łącznie przez „jego ręce” przewinęło się ponad 500 wolontariuszy, w tym wielu harcerzy. W najgorętszych momentach pięć punktów na przejściu obsługiwało 35 wolontariuszy.

– Filmy i zdjęcia, które widzieliśmy na telefonach uchodźców, to zderzenie z upiorem teraźniejszości. To nie jest odległa susza, katastrofa klimatyczna z przyszłości, tylko ludzka tragedia. Tu i teraz. I łzy w oczach. Nasze, ich – Darkowi łamie się głos. Jego wolontariusze też czasem musieli odejść na bok, uwolnić emocje. To doświadczenie zmieniło ich życie, ale też nadało mu głębszy sens.

Darek spotkał kiedyś na przejściu starszego mężczyznę, trzymającego małą walizkę.

– Płakał jak bóbr. Podszedłem, a on pokazał na tę walizkę i powiedział: „to jest moje życie”. Myślę, że wszyscy, którzy tam byli, wiedzą, że trudniejszego wolontariatu już nie będzie. I chętnie zaangażują się w kolejny. Bo zobaczyli, ile to daje. Na pewno już nie powiedzą: „nie dam rady”.

Inny ma dobre intencje

Jak dalej potoczy się historia Rzeczpospolitej Wolontariuszy? Co zostanie po największym pomocowym zrywie w nowej historii Polski? Na pewno zostaną umiejętności.

– Ostatnie trzy miesiące były ogromnym treningiem dla wszystkich: od rządu po panią, która przyniosła parę lizaków – mówi Darek. – Dla nas również.

– Do końca życia zapamiętam, że wolontariusz musi mieć przy sobie igłę do wyciągania kart SIM z telefonu – dodaje Marta Sitkiewicz.

Na wyrost jest nadzieja, że przejdziemy jakąś gigantyczną społeczną przemianę albo zasypiemy na stałe polityczne podziały. Z taką samą nadzieją patrzyliśmy na wspólnie maszerujących po śmierci Jana Pawła II kibiców Wisły i Cracovii, którzy parę miesięcy później znów okładali się pięściami.

Co nie znaczy, że wrócimy do tej samej „ligowej szarzyzny”.

– Pojawiła się zupełnie nowa grupa obywateli – mówi Jakub Wygnański. – Grupa, która odłożyła pracę, swoją codzienność i potraktowała wolontariat jako ważną część życia. Niektórzy – jako sens tego życia. Zapamiętajmy siebie w tym momencie.

Wygnański mówi o braterstwie broni. O tym, by pamiętać, kto się sprawdził, a kto nie. Z kim można działać dalej przy następnej potrzebie. Siatki kontaktów formowały się w ogromnych emocjach, pośpiechu. Istotne było jedno – zaufanie.

– To bardzo ważny rodzaj kapitału społecznego: wiara w to, że ten „inny” ma dobre intencje. W czasach PRL to było pewnie pytanie: „u kogo można bezpiecznie zostawić bibułę?” – mówi Wygnański. – W Polsce powstaje właśnie ochotnicza rezerwa humanitarna.

– 30 proc. wolontariuszy wracało na przejście po kilka razy – mówi Dariusz Karwiński. – Jestem pewny, że przy każdym następnym kryzysie to oni pierwsi wyciągną rękę do ludzi.


Ukrainki w Polsce: W ich opowieści bomby spadają na miasto, wyją syreny, a one same schodzą do piwnicy. Jak próbują ułożyć sobie życie w naszym kraju?


 

Nasza pomoc to też początek nowych relacji polsko-ukraińskich. Od pierwszego dnia wojny wszystkie przejścia graniczne są dostępne dla pieszych: zmiana, o którą organizacje pozarządowe walczyły od kilkunastu lat, zaszła w kilka godzin. W dniu, gdy piszę ten tekst, Ukraina opublikowała wzruszający film dziękujący Polsce za pomoc, ale wymiar instytucjonalny wcale nie jest tu najważniejszy. Kluczowe będą relacje nawiązane po drodze i to, że skala wzajemnej współpracy („współ”, bo przecież Ukraina walczy także o nasze bezpieczeństwo) będzie w stanie przeważyć wiele wzajemnych krzywd, o których pamiętają oba narody.

– Ukraińcy, którzy już myślą o odbudowie kraju po wojnie, mówią jasno: „będziemy was potrzebować” – mówi Wygnański.

W Rzeczpospolitej Wolontariuszy trwa więc dyskusja, co dalej. 8 maja we Wrocławiu odbył się Okrągły Stół Samorządowy. Dane pokazują, że Polacy mimo gotowości do pomocy obawiają się przeciążenia rynku mieszkaniowego, szkolnictwa czy systemu ochrony zdrowia. Trudno się zresztą dziwić.

– W wielu miejscach to mogą być ciekawe impulsy modernizacyjne. Może to jest np. czas, żeby wyremontować wszystkie strychy w Polsce? – zastanawia się Wygnański. – Wiele organizacji, ludzi, instytucji pokazało olbrzymią elastyczność. Teraz jesteśmy w takim churchillowskim momencie. Widzimy, że „łatwo już było”, że przed nami kolejne wyzwania, a jednocześnie wydaje mi się, że mamy większe poczucie sensu i własnego wpływu na życie niż kiedykolwiek wcześniej w XXI w.

Dariusz Karwiński na koniec rzuca: – Każdy z wolontariuszy będzie miał moment refleksji, myślę, że za dwa, trzy miesiące. Na razie refleksja jest jedna. Pomogliśmy bardzo wielu ludziom.

Przejście graniczne w Hrebennem przez 2 miesiące od początku rosyjskiej inwazji przekroczyło 412 tys. osób.©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter „Tygodnika Powszechnego”, członek zespołu Fundacji Reporterów. Pisze o kwestiach społecznych i relacjach człowieka z naturą, tworzy podkasty, występuje jako mówca. Laureat Festiwalu Wrażliwego i Nagrody Młodych Dziennikarzy. Piękno przyrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 21/2022