„Decyzją swoich właścicieli religia.tv z końcem roku zamyka produkcję programów, przez jakiś czas będą Państwo jeszcze mogli oglądać powtórki wszystkiego, co dla Was dotąd przygotowaliśmy i wyszukaliśmy od Brazylii po Kamczatkę...” – napisał Szymon Hołownia na swoim blogu. Na forum natychmiast odpowiedział anonim: Religia.tv padła i dobrze”. I dalej: „Oglądając kanał religia.tv (robiłem to bardzo rzadko), odnosiłem wrażenie...” – tu odsądza redakcję od czci i wiary. Padła – pisze – bo była to „lewicowa narracja”, a „tylko przekaz prawd wiary, które są emanacją ducha Ewangelii, mogą mieć sens i gromadzić widzów”. Choć oglądał rzadko, to wie, że „Polacy potrafią odróżnić program stricte katolicki od wyimaginowanych wizji ultranowoczesnych »katolików«”.
Oglądał rzadko, ale uważa się za sędziego. Przytacza fragment tekstu Hołowni, ale nie ten, w którym autor wylicza, co rzeczywiście pokazywała religia.tv (np. „o godzinie, w której wszyscy podniecają się kolejnymi głupotami pań i panów z Wiejskiej, u nas benedyktyńscy mnisi przywracali wiarę w to, że ten świat będzie się kręcił i bez nich”).
Podpisując się własnym imieniem i nazwiskiem, wyrażam żal z powodu zamknięcia produkcji tego kanału oraz smutek wobec zdumiewającej reakcji anonima i wszystkich, którzy w imieniu „stricte katolików” głoszą satysfakcję z jego zamknięcia.
Ich radość jest mało ewangeliczna. Jest taki opis w Ewangelii: zdenerwowani apostołowie donoszą Jezusowi, że ktoś, kto nie chodzi z nimi, w Jego imię wyrzuca złe duchy. Informują, że mu tego zabronili. Jezus odpowiada: „Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami”.
W dziejach chrześcijaństwa tendencje do wykluczania „innych”, „obcych” niestety nie są nowością. Poczucie posiadania monopolu, niewątpliwie połączone z troską o prawdy wiary i dobre obyczaje, budziło w ludziach agresję. Często zapominano o zaleceniu Mistrza, by się pochopnie nie zabierać do wyrywania kąkolu, bo łatwo wtedy można wyrwać i pszenicę. Innymi słowy: można się różnić i spierać o konkretne sprawy, ale nie należy odmawiać prawa do istnienia.
Benedykt XVI w dokumencie „Porta fidei”, zapowiadającym Rok Wiary, zwraca uwagę na to, że „dość często chrześcijanie bardziej się troszczą o konsekwencje społeczne, kulturowe i polityczne swego zaangażowania, nadal myśląc o wierze jako o oczywistej przesłance życia wspólnego. W rzeczywistości, założenie to nie tylko nie jest oczywiste, ale często bywa wręcz negowane”. Można to odnieść i do naszych sporów. Czy przyczyną ich nie są kwestie polityczne, społeczne i kulturowe z dość problematycznym, jeśli w ogóle, odniesieniem do wiary?
Z inspiracji Benedykta XVI wiele się dziś mówi o nowej ewangelizacji. Są tacy, którzy ją widzą w masowych manifestacjach, w których wiara wymieszana jest z polityczną demagogią. Inaczej ksiądz biskup Grzegorz Ryś, tłumaczący ją przez historię apostoła Tomasza, którego nie było w Wieczerniku, gdy zjawił się Zmartwychwstały Jezus: „czy wyszedł na moment? Czy raczej na dobre? W poczuciu całkowitego zawodu – zgorszony Bogiem? Chrystusem? Współuczniami (Kościołem)? W przekonaniu, że już nic go z nimi (z Nim) nie łączy? (...) Kiedy po tygodniu się zjawił, nie dopytywali, dlaczego go nie było; nie robili mu wyrzutów, nie osądzali – powiedzieli mu po prostu: »widzieliśmy Pana!«. Przekonani, że ta nowina sprowadzi go z powrotem do Wieczernika. Nie zawiedli się”.
PS. W imieniu swoim i redakcji zapraszam do Łagiewnik, 6 października. Szczegóły w następnym artykule.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















