Ludzie przez lata będący w centrum krajowej polityki, a przy tym deklaratywnie antyrosyjscy, od początku wojny aktywnie wspierający Ukrainę, to w istocie rosyjska agentura, „płatni zdrajcy, pachołki Rosji” (pamiętacie jeszcze, kto pierwszy użył tej frazy?).
Powtarzają to dzisiaj już nie tylko publicyści o specyficznych zapatrywaniach. Nie tylko dziennikarze, którzy swoich sensacyjnych odkryć dokonują za pomocą Google’a i autorskich interpretacji dokumentów dostępnych w IPN, a następnie wpasowują te interpretacje w spekulacyjne perpetuum mobile, w którym wszystko potwierdza z góry przyjętą tezę – niezależnie od tego, czy faktycznie potwierdza, czy też raczej dokładnie na odwrót. Powtarzają to już nie tylko byli oficerowie służb – ewidentnie rozgrywający za pośrednictwem mediów jakieś swoje porachunki z politykami – którzy świetnie wiedzą, jak przeplatać zdania uzasadnione z nieuzasadnionymi, uprawnione wnioski z insynuacjami i aluzjami. Nie tylko alternatywne kanały na YouTubie, konta twitterowe o egzotycznie brzmiących nazwach, niszowe grupy zapaleńców.
Powtarzają to dzisiaj także oficjalne spoty wyborcze partii rządzącej. Pierwszoplanowi politycy, szczycący się swoją racjonalnością, którzy jeszcze do niedawna drwili ze spiskowych elukubracji oponentów, słusznie piętnowali brutalność sfery publicznej, ostrzegali przed eskalacją symbolicznej, a może i bezpośredniej przemocy. Bo przecież do tego właśnie prowadzi rozpowszechnianie się w polityce „stylu paranoidalnego”, co wiadomo przynajmniej od 1964 r., kiedy to Richard Hofstadter opublikował słynny esej „The Paranoid Style in American Politics”.
Logikę obowiązującą w tym stylu najdobitniej ujmuje tytuł znanej polskiej piosenki: „Im więcej ciebie, tym mniej”. Im bardziej ktoś coś robi – głosi ta logika – tym bardziej tak naprawdę robi coś przeciwnego, to zaś, co robi jawnie, służy wyłącznie odwróceniu uwagi od tego, co się wydarza w ukryciu. Przy czym te sekretne działania są kamuflowane tak skutecznie, że ich rzeczywiście nie widać, w szczególności brak na nie bezpośrednich dowodów. Ale to nic nie szkodzi, mocniejsze bowiem od bezpośrednich dowodów są oparte na wspomnianej logice rekonstrukcje. Zatem działania oraz wypowiedzi świadczące o tym, że ktoś zajmuje dane stanowisko, traktowane są jako argumenty świadczące wprost, że w istocie zajmuje stanowisko odwrotne. To pierwsze – powiada się – jest przeciwne drugiemu dokładnie po to, żeby drugie pozostało tajne. Nic nie szkodzi więc, że go nie widać – właśnie dlatego wiemy dobrze, że jest.
W ten sposób się jednak sprawy mają wyłącznie po drugiej stronie barykady, gdzie mieszkają „oni”. Te same albo podobne zachowania czy przekonania, które po „naszej” stronie przyjmowane są jako coś oczywistego i niebudzącego podejrzeń, po drugiej stronie automatycznie tracą niewinny charakter. Na przykład: jeśli „oni” wchodzą w jakiś polityczny alians (dajmy na to – głosują w UE razem z Węgrami i Słowacją przeciw reszcie) albo jeśli „ich” wypowiedzi lub tweety cytowane są z satysfakcją przez wrogie mocarstwo – jest to traktowane jako bezsporne świadectwo „ich” podwójnej, agenturalnej natury. Jeśli zaś w taki sam alians wchodzimy „my” albo jeśli to „nasze” tweety cytuje, załóżmy, przedstawiciel Rosji w ONZ – cóż, to po prostu polityka, życie, konieczność racjonalnych kompromisów albo wyjątkowa złośliwość spotykająca ludzi krystalicznie uczciwych. Jest to definicyjna cecha spiskowego myślenia, gdzie to, co ma być dopiero dowiedzione („to są na pewno agenci”), zakłada się zaraz na początku. A potem już każda przesłanka pracuje na rzecz tego założenia. Jeśli natomiast założenie jest inne („to na pewno nie są agenci”) – ta sama przesłanka pracuje posłusznie w jego służbie.
Wszystko to świadczy o jednym – w ostatnich latach myślenie spiskowe przeniknęło na dobre do głównego nurtu polskiej polityki. Również za sprawą tych, którzy obiecywali, że kiedy dojdą do władzy, natychmiast ów proces odwrócą. Niezależnie od tego, czy dowodzi to specyficznej niefrasobliwości, czy braku wyobraźni, czy też może cynizmu – skutki będą, już są, opłakane. Nie tylko dlatego, że myślenie spiskowe oddala od rzeczywistości, zamienia przeciwników politycznych w przerażające karykatury, a tym samym poraża naszą zdolność do rozumienia świata, siebie i innych. Nie tylko dlatego, że pogłębia polaryzację i wyswobadza konflikt polityczny z wszelkich skrupułów. Ale także, a może przede wszystkim dlatego, że rozmontowuje granice pomiędzy realnością a wyobraźnią, która dostaje się tym samym pod władzę nieświadomości, resentymentów i stereotypów.
Jak to oddziałuje na jakość życia politycznego oraz społecznego? Jakie przyniesie skutki dla wspólnoty, w której wszak żyją zarówno zwolennicy PiS, jak i zwolennicy PO – i tak już skrajnie ze sobą skłóceni, i tak nawzajem oskarżający się o wszelkie możliwe bezeceństwa? Czy ktoś zadaje dziś sobie w ogóle takie pytania? W każdym razie jest to z pewnością okoliczność radośnie witana przez tych, którym zależy na intensyfikowaniu chaosu. W sensownie działającej demokracji instytucje medialne, polityczne i naukowe stanowią naturalne sito odławiające teorie spiskowe, paranoidalne fantazje oraz treści podszywające się pod rzetelną analizę. W stanie chaosu natomiast nic nie jest do końca rzeczywiste, a rzeczy nie są tym, czym się wydają. I dlatego propaganda rozwija się tam bez żadnych ograniczeń, a konflikty eskalują bez końca. Niestety, w tym właśnie miejscu się obecnie znajdujemy. Obawiam się, że na razie bez szans na odnalezienie bezpiecznej drogi wyjścia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















