Moskiewski kandydat

Czy prezydent może być agentem wrogiego mocarstwa? Dla amerykańskiej kultury popularnej to żadna nowość. Nie takie wizje świata zdążyła już przerobić.
Czyta się kilka minut
Numer Jeden, postać z komiksu „Secret Empire”, lata 70. XX w. / MATERIAŁY PRASOWE
Numer Jeden, postać z komiksu „Secret Empire”, lata 70. XX w. / MATERIAŁY PRASOWE

Można by pomyśleć, że po 18 miesiącach urzędowania Donalda Trumpa w Białym Domu nie należy się już niczemu dziwić. Tymczasem wydarzenia ostatnich dni budzą zdumienie nawet tych, którzy – jak piszący te słowa – sądzili, że nic już nie jest w stanie ich zaskoczyć.

Wizyta w Europie upłynęła Trumpowi pod znakiem rozbijania jedności NATO, łajania sojuszników, nazywania Unii Europejskiej „wrogiem”; w Helsinkach, na wspólnej konferencji prasowej z Władimirem Putinem za złe stosunki amerykańsko-rosyjskie obarczył winą swój własny kraj, a „bardzo silne i stanowcze” stwierdzenie Putina, że Rosja nie ingerowała w amerykańskie wybory 2016 r., okazało się dla niego bardziej wiarygodne niż jednoznaczne raporty własnego ­wywiadu.

Próby naprawiania sytuacji okazały się jeszcze gorsze. Najpierw tłumaczył się „przejęzyczeniem” – chciał jakoby powiedzieć, że nie widzi żadnego powodu, dla którego nie miałaby to być Rosja – by za chwilę zasugerować jednak, że za hakerskie ataki być może odpowiada „jeszcze ktoś inny”. Na koniec – bez porozumienia z szefem swojego wywiadu, który dowiedział się o tym od dziennikarki – zaprosił Putina do Białego Domu.

Dlaczego Trump nie jest w stanie zdobyć się na choćby jedno słowo krytyki wobec Putina? Dlaczego z takim uporem i wbrew faktom zaprzecza, że Rosjanie usiłowali wpłynąć na wynik amerykańskich wyborów? Pojawiają się najróżniejsze odpowiedzi, ale wszystkie da się zasadniczo sprowadzić do trzech. Pierwsza mówi: to tylko ignorancja Trumpa oraz gigantyczne ego, które nie pozwala „stabilnemu geniuszowi” przyznać, że w jego „niebywałym” zwycięstwie wyborczym ktoś mu jednak pomógł. Innymi słowy, Trump jest po prostu kretynem, który daje się ogrywać Putinowi – i jest to, jakkolwiek strasznie by to brzmiało, scenariusz najbardziej optymistyczny. Jakie bowiem mamy pozostałe możliwości? Druga mówi, że Trump zachowuje się w ten sposób, żeby kryć swoich ludzi – w tym członków rodziny – którzy z głupoty wdali się w kontakty z Rosjanami w trakcie kampanii wyborczej. Najgorsza jest odpowiedź numer trzy: Trump po prostu działa na rzecz Kremla, czy to z powodu jakichś swoich tajemniczych interesów w Rosji, czy dlatego, że tamtejsze służby coś na niego mają.

Teoria ta, choć najbardziej spektakularna, jest zarazem najmniej prawdopodobna. Mimo wszystko trudno uwierzyć, że w dzisiejszych czasach coś takiego nie wypłynęłoby wcześniej, choćby podczas kampanii wyborczej; w dodatku prawdziwy agent robiłby chyba wszystko, żeby odwrócić od siebie podejrzenia, a nie ostentacyjnie demonstrować podziw dla Putina. Trudno się jednak dziwić, że tak rozpala ona wyobraźnię Amerykanów. Znakomicie wpisuje się bowiem w narrację, do której kultura popularna przyzwyczaja nas od dziesięcioleci.

Masoni, iluminaci, katolicy i inni

W klasycznym eseju z 1964 r. „The Paranoid Style in American Politics” politolog Richard Hofstadter scharakteryzował „spiskową fantazję”, która od samego początku istnienia Stanów Zjednoczonych funkcjonuje w amerykańskim dyskursie politycznym. Przedstawia ona dzieje Ameryki w kategoriach manichejskich, jako walki sił dobra i zła, gdzie historię pcha do przodu spisek jakichś złowrogich sił, wszechobecnych i wszechpotężnych, które zakulisowo działają na rzecz zguby Stanów Zjednoczonych.

Kiedy patrzymy na amerykańską historię, widzimy wyraźnie, że każda epoka miała swoją obsesję – w XVIII w. głównymi złoczyńcami narracji spiskowych byli iluminaci, w XIX – masoneria i katolicy. Iluminatów gromił w swoich kazaniach pastor Jedidiah Morse – jego sławny syn Samuel, wynalazca telegrafu (a zatem, zdawałoby się, racjonalny człowiek nauki), tropił już wolnomularzy oraz agentów papieża, którzy na każdym kroku próbowali zniszczyć młodą, amerykańską republikę.

W połowie XIX w. krótki rozkwit przeżyła Partia Amerykańska, w której programie poczesne miejsce zajmowała walka z rzekomym spiskiem Watykanu: paradoksalnie partię ową założono jako tajne, wzorowane na masonerii stowarzyszenie, a jej członków nazywano „Nicniewiedzącymi”, bo na pytania o swoją organizację odpowiadali zawsze: „ja nic nie wiem”.

W wieku XX za sznurki zaczęli pociągać – w wyobraźni zbiorowej Amerykanów – przede wszystkim komuniści. Lęk przed bolszewickim spiskiem po I wojnie światowej był niczym w porównaniu z „czerwoną paniką” przełomu lat 40. i 50. Komisja Izby Reprezentantów do Badania Działalności Antyamerykańskiej, choć znana głównie z tropienia komunistów w Hollywood i tworzenia „czarnych list” nieprawomyślnych artystów, za sprawą młodego kongresmena Richarda Nixona rzeczywiście odkryła zakonspirowanego radzieckiego agenta w Departamencie Stanu, a wkrótce aresztowano szpiegujące na rzecz Rosjan małżeństwo Rosenbergów.

Senator Joseph McCarthy poszedł o krok dalej, przez cztery lata głosząc najbardziej fantastyczne teorie na temat komunistycznej infiltracji amerykańskich instytucji i urządzając prawdziwe polowania na czarownice. Jego ostateczna kompromitacja nie oznaczała wszakże końca spiskowej wizji polityki.

W 1958 r. bogaty zwolennik senatora, Robert Welch, założył Stowarzyszenie imienia Johna Bircha, amerykańskiego misjonarza zabitego w Chinach, który miał być jakoby pierwszą ofiarą zimnej wojny. „Birchyści”, choć identyfikowali się z twardą, religijną prawicą, widzieli agentów w obu partiach. Do stowarzyszenia należały dziesiątki tysięcy Amerykanów w całym kraju, wierzących, że komuniści kontrolują jakieś „50-70 procent rządu”, który fluoryzuje wodę, żeby ułatwić przejęcie kontroli nad Stanami komunistycznemu ONZ. Agentem ZSRR miał być sam prezydent Eisenhower.

Styl paranoiczny

W takiej właśnie atmosferze w 1962 r. John Frankenheimer nakręcił thriller, który wyznaczył standardy całego gatunku i zapowiedział „fazę paranoiczną” w amerykańskim kinie: „The Manchurian Candidate” (polski tytuł: „Przeżyliśmy wojnę”). Senator Iselin, tropiący komunistów w demokratycznej administracji i przypominający skrzyżowanie McCarthy’ego z Nixonem, ubiega się o nominację Partii Republikańskiej na wiceprezydenta. W rzeczywistości jest tylko nieświadomą marionetką w ręku swojej żony, Eleanor (Angela Lansbury), wysoko postawionej komunistycznej agentki, która planuje umieścić męża w Białym Domu, by przejąć władzę w kraju. Kontroluje też swojego syna, agenta śpiocha, który za sprawą prania mózgu w tajnym ośrodku w Mandżurii stał się zabójcą doskonałym.

Film Frankenheimera był z jednej strony krytyką maccartyzmu, który, budując atmosferę nieufności i podejrzenia, niszczył tkankę społeczną Ameryki, z drugiej jednak wprowadził „styl paranoiczny” do głównego nurtu kultury popularnej, gdzie trafił na bardzo podatny grunt. Lata 60. i 70. – wojna w Wietnamie, zabójstwa polityczne (braci Kennedych, Martina Luthera Kinga) – mocno wstrząsnęły Amerykanami, nadszarpnęły ich zaufanie do kraju i jego instytucji. Dały też początek thrillerom spiskowym nowego rodzaju: o ile w latach 60. spisek zagrażał władzy, o tyle w latach 70. to władza spiskowała przeciwko obywatelom. W serii komiksów z Kapitanem Ameryką „Secret Empire” tajemniczym Numerem Jeden, przywódcą tajnej organizacji chcącej wprowadzić w USA dyktaturę, okazuje się sam prezydent – bezimienny i niewidoczny, ale wyraźnie wzorowany na Nixonie.

„Stylem paranoicznym”, dotychczas charakterystycznym głównie dla skrajnych nurtów prawicy, zaraziła się także część lewicy i nic w tym dziwnego, skoro afera Watergate pokazała, że w Białym Domu prezydent rzeczywiście spiskował w celu złamania prawa. Wcześniej wiara w coś takiego była objawem politycznej paranoi – od czasu Nixona wiara w uczciwość władzy stała się objawem politycznej naiwności, a popkultura pełna jest dostosowanych do aktualnej sytuacji prezydentów-agentów i prezydentów-marionetek. W 2004 r., za rządów George’a W. Busha i rok po inwazji na Irak, Jonathan Demme nakręcił remake „Manchurian Candidate”: tym razem posłusznego sobie prezydenta chcą umieścić w Białym Domu nie komuniści, ale potężna amerykańska korporacja zbrojeniowa Manchurian Global, licząca na zyski z przyszłych wojen.

„Truthersi” (od truth – prawda) – uważający Busha i Cheneya za agentów Saudów, trafiali się po obu stronach sceny politycznej, ale zawsze byli tylko marginesem. Wraz z wyborem na prezydenta Baracka Obamy powstał jednak ruch „birthersów” (od birth – narodziny) – twierdzących z pełnym przekonaniem, że Obama tak naprawdę przyszedł na świat w Kenii i w związku z tym nie ma prawa zasiadać w Białym Domu. Zgodnie z logiką teorii spiskowej szybko doszły do tego dalsze zarzuty: że prezydent miał być „mandżurskim kandydatem” muzułmanów, masonów, światowego komunizmu.

Paranoja polityczna trwale przeniknęła do głównego nurtu Partii Republikańskiej: w to, że Obama jest w rzeczywistości muzułmaninem, wierzy dziś około jednej trzeciej wyborców Republikanów, a narrację spiskową, że prezydent nie jest tym, za kogo się podaje, z zapałem promowały tak wpływowe postaci prawicy jak kandydatka na wiceprezydentkę Sarah Palin czy czołowy komentator radiowy Glenn Beck. Warto też przypomnieć, że jednym z czołowych „birthersów” był celebryta Donald Trump, który właśnie w ten sposób zabłysnął politycznie przed wyborami 2016 roku.

Granice wiary

Żyjemy dziś w świecie, gdzie marginesy przesunęły się do centrum – poglądy uważane niegdyś za skrajne są akceptowalne w głównym nurcie debaty. Jeszcze jakiś czas temu potencjalny kompromat na amerykańskiego prezydenta był tematem tabu, którego nie ruszał żaden poważny polityk. O niesławnej, hipotetycznej taśmie z moskiewskiego hotelu, o której mowa w „­dossier Steele’a”, mówili niemal wyłącznie telewizyjni satyrycy oraz ultralewicowi radykałowie; nikt nie chciał znaleźć się w jednym rzędzie z oszołomami wierzącymi w to, że 11 września było robotą rodziny Bushów, reptilian i Klubu Bilderberg.

Kolejne zdumiewające wypowiedzi Trumpa, jego coraz słabiej skrywana rusofilia, tajemnicze rozmowy z Putinem w cztery oczy, których treści nie znają ­najbliżsi współpracownicy amerykańskiego prezydenta, sprawiają, że wątpliwości mają nawet niektórzy Republikanie albo ludzie profesjonalnie zajmujący się szpiegostwem i kontrwywiadem. Na pytanie o taśmę były dyrektor FBI James Comey rozkłada bezradnie ręce i mówi: „nie wiem, to możliwe”, a były dyrektor CIA John Brennan idzie o krok dalej – zachowanie Trumpa w Helsinkach wprost nazywa „zdradą” i stwierdza, że Rosjanie mogą go czymś szantażować.

Stwierdzenie, że amerykański prezydent jest rosyjskim agentem wpływu, nie należy już wyłącznie do świata teorii spiskowych – na poważnie rozmawia się o tym w opiniotwórczych mediach. Jest to niewątpliwie jakaś forma odpowiedzi na prawicową wizję paranoiczno-spiskową, niekoniecznie nawet świadoma. Z drugiej strony narracja o „mandżurskim prezydencie” zyskuje popularność, bowiem w coraz trudniejszej do zrozumienia rzeczywistości daje jakieś wyjaśnienie, może i przerażające, ale za to proste i pojmowalne.

Łatwiej uwierzyć w spisek kompleksu militarno-przemysłowego niż w to, że Kennedy’ego zabił jakiś zwykły maniak – brzmi to znacznie wznioślej i nadaje wydarzeniu głębszy sens, wpisując jego śmierć w walkę sił dobra i zła. Z tego samego powodu chętniej wierzymy, że prezydent największego mocarstwa świata zachowuje się kuriozalnie, ponieważ kontroluje go Kreml, a nie dlatego, że jest po prostu skończonym idiotą.

Czy to jednak znaczy, że Rosjanie na pewno nie mają niczego na Trumpa? Niekoniecznie. Jakkolwiek fantastycznie to brzmi, na początku XIX w. ­wiceprezydent Aaron Burr rzeczywiście spiskował z Brytyjczykami, chcąc wykroić sobie ze Stanów Zjednoczonych własne państwo. Afera Watergate była z kolei najlepszym dowodem, że rzeczywiście istniał spisek w Białym Domu – nawet jeśli nie całkiem taki, jak to wyobrażali sobie oponenci Nixona, przekonani, że chce on wprowadzić stan wyjątkowy i objąć władzę dyktatorską. W końcu nawet paranoik miewa prawdziwych wrogów i nawet zwolennik teorii spiskowych może trafić na prawdziwy ­spisek. ©

Czytaj także:

Klaus Bachmann: Przemija postać świata

Dariusz Rosiak: Już tak nie będzie

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2018