Reklama

Realista niezłomny

Realista niezłomny

31.07.2005
Czyta się kilka minut
Był politykiem gabinetowym, a nie wiecowym. I znakomicie zdawał sobie sprawę ze swoich talentów, ale i z ograniczeń.
Sejm uchwala poprawki do konstytucji PRL: Stanisław Stomma wstrzymuje się od głosu
M

Moja znajomość, zażyłość ze Stanisławem Stommą, bo trudno byłoby mówić o przyjaźni przy tej różnicy wieku, zaczęła się od pojedynku. Nieco podochoceni w “Wierzynku" zaczęliśmy się spierać o Aleksandra Wielopolskiego. Znaliśmy się już naturalnie z “Tygodnika", ale Wielopolski doprowadził najpierw do tego, że Stomma wyzwał mnie na pojedynek, do którego na szczęście dla mnie nie doszło, a potem zaczęliśmy poważne rozmowy.

Sukces, choćby minimalny

Najczęściej przychodziłem na Kanonię, gdzie w wąskim zastawionym książkami pokoiku Stanisław Stomma przyjmował gości. Wielopolski nie był wcale pretekstem. Obaj traktowaliśmy margrabiego śmiertelnie poważnie, a Stanisław Stomma w czasie samochodowych podróży między Krakowem a Warszawą, w Książu Wielkim, gdzie z boku stoi zamek Wielopolskich, salutował duchowi margrabiego. Powtarzał w ten sposób gest Józefa Piłsudskiego, którego stosunek do Wielopolskiego mnie był bliższy niż bezkrytyczny szacunek Stommy. Piłsudski wiedział, że margrabia był wielkim człowiekim, Stomma też to oczywiście wiedział, ale ponadto uważał, że Wielopolski do końca postępował słusznie. Postępował słusznie, zdaniem Stommy, ale tylko w tym jedynym przypadku Stanisław Stomma odstąpił od swoich niezłomnych zasad, bo był przecież realistą i zdawał sobie sprawę ze stosunku sił i z realiów geopolitycznych, czego o Wielopolskim powiedzieć nie można.

Dla Stommy jednak o powodzeniu koncepcji lub działania politycznego stanowił tylko sukces, a przecież Aleksander Wielopolski sukcesu nie odniósł. Sukces jako kryterium działania politycznego wydawał mi się początkowo, kiedy słuchałem rozważań Stommy, kryterium nieco amoralnym i nie zawsze zgodnym z rzeczywistością. Stopniowo jednak dałem się przekonać. Stanisław Stomma jeszcze przed wojną zaprzyjaźnił się z grupą “Buntu Młodych", a potem “Polityki" Jerzego Giedroycia i najbardziej w niej cenił zapewne rzeczywiście najciekawszego polskiego myśliciela politycznego XX wieku - Adolfa Bocheńskiego, nauczyciela realizmu politycznego i geopolityki. Stomma pisywał do “Polityki" swoje pierwsze teksty i już w 1940 roku, czyli w tych wyborach, które się nie odbyły, miał kandydować do Sejmu razem z Giedroyciem, Kisielewskim, dwoma Bocheńskimi i dwoma Pruszyńskimi.

Nie byłem wiernym i bezkrytycznym uczniem Stanisława Stommy, często, jak wiele innych osób w “Tygodniku", się z nim nie zgadzałem, ale to on nauczył mnie szacunku do realizmu politycznego, szacunku nie zawsze bezkrytycznego, ale trwałego. Nie chodziło przy tym o niemądry spór między rzekomymi realistami a idealistami, wywołany przez Adama Bromkego, o potępienie polskich powstań, antyromantyzm i sympatię do rzekomo realistycznej postawy Dmowskiego. Od tego Stomma był najdalszy. Realizm polityczny pojmował nowocześnie, bardzo podobnie do Henry’ego Kissingera, którego “Dyplomacja" mogła byłaby być napisana pod wpływem Stommy.

Realizm polityczny stanowił zresztą doktrynę “Tygodnika Powszechnego", a jego dowodem był sławny artykuł Antoniego Gołubiewa “Polska leży nad Wisłą". Gołubiew, który w tym tekście pisał tylko i aż tyle, że mamy obowiązek działać w kraju w takich warunkach, w jakich działać i myśleć możemy, zgadzał się całkowicie ze Stommą, który przecież przez wiele lat był posłem koła “Znak" do całkowicie zdominowanego przez komunistów parlamentu. Jednak zdołał co nieco osiągnąć wielokrotnie w sprawach mniejszej wagi, ale konkretnych, a co najmniej dwukrotnie w 1968 i w 1976 roku, kiedy chodziło o jednomyślne przegłosowanie poprawki do konstytucji, która formalnie podporządkowywała Polskę Związkowi Radzieckiemu, Stomma zademonstrował zdanie odmienne. Czy w tych sytuacjach także postępował zgodnie ze swoją doktryną realizmu politycznego? Sądzę, że tak. W 1976 roku wahał się, czy wstrzymać się od głosu, jak to potem uczynił. Z jednej strony irytowało go, jak zawsze, że wykona gest bez znaczenia i bez szans na jakąkolwiek skuteczność, z drugiej jednak rozumiał, że nie chodzi tu o sprzeciw symboliczny, czego nie znosił, lecz o sprawę z dziedziny prawnej regulacji stosunków międzynarodowych. I to przesądziło.

Spadkobiercy

Stanisław Stomma szanował wysiłki ludzi od 1975 roku działających na rozmaite sposoby w podziemiu, ale nigdy sie do tych prac nie przyłączał, podobnie jak w latach 1980-1981 nie był ani ekspertem, ani - tym bardziej - działaczem “Solidarności". Powodowały nim inne racje niż Stefanem Kisielewskim, który wówczas uważał, że “Solidarność" nie ma co udawać i powinna jak najszybciej stać się ruchem politycznym, partią opozycyjną. Dla Stommy uczestnictwo w ruchu robotniczym byłoby po prostu niezgodne z jego temperamentem, co doskonale rozumiałem. On był politykiem, jak to się czasem mówi, gabinetowym, a nie wiecowym. I znakomicie zdawał sobie sprawę ze swoich talentów, ale i z ograniczeń.

Dopiero w późnym stanie wojennym, kiedy można było znowu działać, Stanisław Stomma zorganizował “Dziekanię", która była po części klubem politycznym, a po części miejscem ustalania przyszłych podstawowych zagadnień polskiej polityki. “Dziekania" - od nazwy ulicy na Starym Mieście w Warszawie, gdzie się mieści część budynków prymasowskich, cieszyła się chłodną, ale skuteczną opieką władz Kościoła, chociaż w żaden sposób nie była od niego zależna ani nie wyrażała jego opinii. Skupiły się tam trzy grupy: gdańscy konserwatyści, ja i moi przyjaciele spod znaku “Res Publiki" i nasi koledzy, którzy w latach 1980-1981 opuścili młodzieżowe organizacje PAX-u. Nieformalnymi wiceprzewodniczącymi “Dziekanii" byli Aleksander Hall i ja. Z dzisiejszej perspektywy nie jest szczególnie ważne, o czym się mówiło w trakcie burzliwych dyskusji (“Dziekania" zresztą rozpadła się, kiedy dołączyła do niej grupa Antoniego Macierewicza, który zawsze niszczył wszystko wokół siebie), ale fakt, że te debaty (jak się potem okazało, nagrywane przez SB) odbywały się w warunkach jawności i takiej legalności, jaka wtedy była możliwa. Te warunki dla stylu działania i myślenia Stommy były niezbędne. Natomiast w trakcie owych dyskusji Stanisław Stomma nie próbował nas pouczać, nie były to rozmowy mistrza i o kilkadziesiąt lat młodszych od niego uczniów, lecz uczestniczył w nich na równych prawach, z pełnym szacunkiem dla wszystkich, których nie uważał, albo za nudziarzy - bo takich nie znosił, albo za głupich marzycieli.

Kiedy przyszła wolność Stomma tylko symbolicznie uczestniczył w życiu politycznym, był już wtedy bardzo starszym panem, który jednak do końca zachował jasny umysł i poczucie realizmu, o czym świadczyły coraz rzadsze jego teksty w “Tygodniku". Miał jednak uczniów, którzy, mimo innych pozorów, byli tak jak on niezłomnymi realistami, a mianowcie Tadeusza Mazowieckiego, którego politycznie wychowywał jeszcze w kole poselskim “Znak", i Krzysztofa Kozłowskiego, który zresztą co pewien czas uczestniczył w obradach “Dziekanii". Tylko ludzie podli lub niemądrzy mogą sądzić, że ów niezłomny realizm nie był dla Polski dobry. Niewątpliwie, wiele postaw i wiele myśli ukształtowało świadomość polskiej klasy politycznej, jaka wyłoniła się po 1989 roku i jaka - pomijam naturalnie postkomunistów - istnieje do dzisiaj. Można tylko żałować, że lekcja Stanisława Stommy, lekcja niezłomnego realizmu, została raczej kiepsko przez tę klasę polityczną przerobiona. Niestety, zdolność do takiego stylu politycznego myślenia, jaki prezentował Stanisław Stomma, od stuleci jest w Polsce towarem deficytowym.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]