Przeciąganie struny. Co obejrzeć na VoD

„W trójkącie” i „The Square” przyniosły skrajne reakcje, od zachwytu po niesmak. Poznajmy mniej znane, acz nie mniej ciekawe filmy Rubena Östlunda.
Czyta się kilka minut
Kadr z filmu "W trójkącie" / MATERIAŁY PRASOWE /
Kadr z filmu "W trójkącie" / MATERIAŁY PRASOWE /

Jest mistrzem w wywoływaniu konsternacji, bo trudno znaleźć w tym kinie jakąkolwiek strefę komfortu. I nie ma znaczenia, czy chodzi o skromną szwedzką produkcję złożoną z małych obserwacji, czy o festiwalowy hit, będący grubą satyrą na współczesność. Chociaż są i tacy, którzy twierdzą, że bywa wręcz przeciwnie. Mówią, że twórca „Turysty” zdążył wygodnie umościć się w roli okrutnego ironisty i zarazem moralisty. Że krytykując konsumpcyjne, snobistyczne i narcystyczne oblicza dzisiejszego Zachodu wyważa dawno otwarte (również przez siebie) drzwi i prócz szyderstwa niczego nie proponuje. Jedno jest pewne – z dwiema Złotymi Palmami i trzema nominacjami do Oscara (a wszystko przed pięćdziesiątką) Ruben Östlund ma dzisiaj, przynajmniej w Europie, status niemal gwiazdorski. Każdy jego kolejny tytuł to gwarancja, że w recenzjach i komentarzach pójdą tak zwane „dymy”. Zresztą race i fajerwerki wybuchały w jego filmach nieraz.

  • Wczesne filmy Rubena Östlunda dostępne są HBO Max. „The Square” i „W trójkącie” można zobaczyć na wielu innych platformach.

Kiedy „W trójkącie” zaserwowało nam wyborną scenę z parą młodych celebrytów negocjujących między sobą rachunek w restauracji i jednocześnie genderową równość, wielu zatęskniło za dawnym, „obserwacyjnym” Östlundem. A startował od dokumentu i filmów narciarskich, toteż jego fabularny debiut „Mongoł z gitarą” (2004) to bardziej „ćwiczenie z rzeczywistości” niż prowokacyjnie zasupłana intryga, typowa dla jego późniejszej twórczości. Zaczyna się od śnieżącego telewizora, ale Östlund prosi o nieregulowanie odbiorników. Jego film przypomina brudnopis złożony z ulicznych scenek, youtube`owych wygłupów czy zapisów z kamer przemysłowych. Poznajemy w nim ludzi i zjawiska uznawane za anomalia, na przykład nieletniego ulicznego grajka i jego niecodzienną relację z ojcem, łobuzujących nastolatków, twardzieli grających w rosyjską ruletkę, kobietę drażniącą współpasażerów w zbiorkomie...  Dostajemy obraz raczej trudny w odbiorze, testujący naszą cierpliwość i filmowe medium, oparty na – ustawianej skądinąd – przypadkowości. Słowem: mocno przeciągający strunę.


CO OBEJRZEĆ W WEEKEND: Nowości na VOD poleca co tydzień Anita Piotrowska, krytyczka filmowa „Tygodnika” >>>


Ale już „Mimowolnie” (2008) stanowi bardziej uporządkowany kalejdoskop szwedzkich aberracji, dla odmiany przebranych za normalność. Östlund inscenizuje tu niepokojące, kręcone w długich ujęciach epizody (szczeniackie ekscesy, dorosłe przyjęcia, seksualne przegięcia na męskim wyjeździe, kryzysowe sytuacje w pokoju nauczycielskim i na pokładzie autokaru), które pozornie prawie nic nie łączy, lecz odbija się w nich dynamika rozmaitych zachowań stadnych. Reżyser ogranicza naszą percepcję, kręcąc z oddali, wyrzucając postacie z kadru, stosując wyciemnienia i nagłe cięcia, choć z każdą sceną poszerza nasze widzenie sprawy. Podpatrywanie tych wszystkich zbiorowości uwrażliwia na mikroagresje, manipulacje i jawne przekroczenia. Stawianie widza w krępujących sytuacjach, związanych z manifestacją władzy lub przejawami konformizmu, przygotowuje grunt na spotkanie z innym, trochę lepiej znanym u nas tytułem, jakim jest „Gra” (2011).    

               Wywołał on prawdziwe wrzenie w szwedzkich mediach, bowiem historia o tym, jak piątka czarnoskórych chłopaków napada w centrum handlowym na młodszych (i głównie białych) kolegów, po czym dręczy ich przez wiele godzin, chwilami idzie pod prąd politycznej poprawności. I zarazem odsłania, co drzemie pod podszewką grzecznej, zdyscyplinowanej i pozornie otwartej kultury. Dlatego w najlepszym razie oskarżano film o szkodliwy symetryzm. Tym razem Östlund zrezygnował z epizodycznej struktury scenariusza na rzecz nie tylko zdystansowanej relacji, ale i wielostronnego spojrzenia na powiązane ze sobą problemy rasy i klasy, przywileju i przemocy, społecznego zaangażowania i zobojętnienia. A stąd jedynie krok do wyśmienitego „Turysty” (2014), opisywanego ongiś na tych łamach, który był ostatnim szwedzkim filmem Östlunda, być może najbardziej spełnionym. Przynajmniej w analizie tego, w co grają syci i zafiksowani w swoich rolach ludzie, podpatrzeni w alpejskim kurorcie. I jakie instynkty w nich grają. 


LUKSUSOWE PIEKŁO. RECENZJA FILMU TURYSTA

ANITA PIOTROWSKA: Film szwedzkiego reżysera Rubena Östlunda jest czymś więcej niż tylko przewrotną opowieścią o rodzinie, która wygląda jak z katalogu IKEI, lecz skrywa iście bergmanowskie demony.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”