Mieszkanie nie dla studenta. Nasz reporter sprawdził, jak wyglądają castingi na mikrokawalerki w ośrodkach akademickich

Studia w Polsce stają się dobrem dla wybrańców: z dobrze sytuowanymi rodzicami albo z mieszkaniami w dużych ośrodkach. Sprawdziliśmy, jak wygląda akademicka walka o stancje.
Czyta się kilka minut
Dzielenie mieszkań na osobne klitki, wykorzystywanie balkonów i piwnic – to nowa polska rzeczywistość // Fot. Tativophotos / Shutterstock
Dzielenie mieszkań na osobne klitki, wykorzystywanie balkonów i piwnic – to nowa polska rzeczywistość // Fot. Tativophotos / Shutterstock

Od października kilka tysięcy studentów w Polsce trafi na tzw. listę rezerwową akademików. Nie dostaną miejsca w domu studenckim, ponieważ chętnych jest za dużo, natomiast akademików za mało. Sytuacja na rynku najmu uderza głównie w najbiedniejszych. „Landlordzi” – właściciele mieszkań – znów zacierają ręce z powodu braku nowych regulacji prawnych i liczą pieniądze. Mieszkania dzielą na pięciometrowe pokoje, dostosowując studentów do ciasnych i niekomfortowych warunków. Wiedzą, że reprezentanci tej grupy społecznej mają niskie wymagania, więc można ich stłoczyć na małej przestrzeni.

A 20-letni najemcy, by do takiego pokoju trafić, i tak muszą mieć szczęście. Wcześniej zaś przechodzą przez sito „konkursów” i „plebiscytów” organizowanych przez wynajmujących na „najwygodniejszego” lokatora. Jeśli chcesz zamieszkać w mikrokawalerce lub klaustrofobicznym pokoju w dużym mieście, najlepiej nie być obcokrajowcem, nie pracować na budowie, mieć status studenta, nie mieć ukończonych 30 lat. Być też cichym oraz unikać imprez.

Spełniam część tych warunków, więc odpowiadam na dwa zgłoszenia. Wszędzie słyszę od wynajmujących, żebym się spieszył, bo jest już kilkunastu chętnych na moje miejsce.

Tysiąc sześćset za dziewięć metrów

Wybieram krakowskie Bronowice – dzielnicę popularną wśród studentów, znaną z największego dzieła Wyspiańskiego i muzeum „Rydlówka” przy ulicy Tetmajera. Z drugiej strony to miejsce z nowoczesnymi, typowo patodeweloperskimi osiedlami dla klasy średniej i sklepami meblowymi, jak IKEA – co może być kluczowe dla „flipperów” [tak mówi się potocznie o osobie, która skupuje mieszkania, tanio je remontuje i sprzedaje potem z zyskiem – red.] oraz wynajmujących.

Pod jednym z ogłaszających się adresów jestem punktualnie – o 9.30. Tak jak nakazał właściciel, który spóźnił się 20 minut. Osiedle przypomina baraki w kształcie kostek Rubika – tylko całe białe, postawione rzędem blisko siebie. Trzy wielkie „klocki” okazują się należeć do pana Piotra, dobrze zbudowanego 35-latka. Szybko zauważam, że cztery pokoje mieszkania są ulokowane w... piwnicy. Czuję się speszony. Schodzimy w dół ciasnym korytarzem bez oświetlenia – brak jednej działającej żarówki właściciel tłumaczy poranną awarią. Nie mogę zrobić zdjęć mieszkania.

Mężczyzna przechodzi na „ty” i sugeruje, bym się szybko zdecydował. Nawet nie zdążyłem dokładnie obejrzeć toalety i aneksu. Odpowiada jednak, że ma jeszcze dzisiaj 12 spotkań, ale jeśli dam znać w ciągu dwóch godzin, może obniżyć cenę o 90 złotych. Wyjściowy koszt to 1690 zł za dziewięciometrowy pokój, w tym wszystkie opłaty. Plus kaucja 2000 zł – zwrotna, jeśli nie doprowadzę do żadnych zniszczeń.

Wystrój? Szablonowy, w stylu Ikei, jak z papierowych magazynów. Na ścianach wiszą obrazy i plakaty z pierwszego lepszego sklepu meblowego. Czuję, że mieszkanie w piwnicy, nawet w wysokim standardzie, nie spełnia moich architektonicznych marzeń. Krótkie łóżko, szafa, biurko i krzesło, a to wszystko za prawie 1700 zł i poza centrum Krakowa – to nie jest wygrana w totka.

Mówię, że dam znać. Właściciel naciska, twierdząc, że to najlepsze z możliwych miejsc. Chwali dostęp do ogródka za moim oknem, dodaje manipulacyjnie, że w ogłoszeniu nie wspomniał o prowizji – normalnie bierze dwukrotność czynszu, ale teraz chce tylko spokoju i szybkiego wynajęcia ostatnich pokoi (twierdzi, że od września wynajął takich 30). Podkreśla, że lokum ma naturalne światło padające od południa. Myślę, że słońce może oświetli także korytarz bez jednej żarówki. Czuję, że właścicielowi zależy na czasie, dlatego chce natychmiast podpisywać umowę. Na koniec pyta, czy jestem studentem i czy nie skończyłem 30 lat, bo takich osób szuka. Moje szanse w tym rynkowo-mieszkalnym konkursie wydają się rosnąć, ale odmawiam i wychodzę.

Ogłoszenie o wynajem: nie starzec, nie Ukrainiec, nie budowlaniec

Kilka godzin później umawiam się na kolejne oglądanie „wymarzonego lokum”. Mieszkanie ma podobny klimat jak u pana Piotra – wysoki standard w stylu loft. Jadę bliżej centrum dzielnicy. Umawiałem się z właścicielką, ale na miejscu wita mnie studentka Ania, która potencjalnie chce oddać mi swoje miejsce.

Spotykamy się przy grubych, drewnianych drzwiach mieszkania na drugim piętrze wieżowca, w którym na parterze mieści się przedszkole i Biedronka. Okolica przypomina warszawski Hongkong, sławetne osiedle na Woli. I tak samo jest nazywane przez wielu krakowian.

W ogłoszeniu przeczytałem, że cena wynosi 1660 zł za sześciometrowy pokój. Plus kaucja wynosząca „dwukrotność czynszu”. Ale studentka mówi, że lekko się spóźniłem – dwie  godziny temu ktoś się zdecydował na tę „okazję”. Mam jednak jeszcze do wyboru 8 metrów za taką samą cenę w tym pięciopokojowym „najlepszym mieszkaniu okolicy” – jak wyraża się dziewczyna.

Microliving nie jest dla mnie, więc mimo uroczego aneksu kuchennego i marmurowej łazienki wychodzę, rzucając na koniec pytanie, ile razy w ciągu roku bywa tu właścicielka. – Raz, podczas podpisania umowy – słyszę w odpowiedzi.

Dzwonię do niej jeszcze na klatce. Sugeruje, żebym podjął decyzję dzisiaj, bo ma umówionych 10 innych osób. Po chwili daje do zrozumienia, iż szuka konkretnego lokatora, który będzie dobrze pasował do pozostałych młodych mieszkańców. Musi to być kobieta lub mężczyzna do trzydziestki. Pyta, czy studiuję, na jakim uniwersytecie i jaki kierunek, oraz czy pracuję – musi mieć pewność, że jestem wypłacalny. Dodaje, że umowę możemy podpisać na minimum rok, bo wzięła mieszkanie na kredyt i nie zamierza przeprowadzać kolejnych rekrutacji w najbliższych miesiącach.

Na koniec pytam, dlaczego szuka tylko młodych. – Nie może to być, wie pan, jakiś 35-letni budowlaniec, który organizuje burdy. Nie może to być obcokrajowiec, nie biorę też Ukraińców – mówi. I podkreśla, że zależy jej na komforcie studentów. – Nie chodzi o to, żeby organizować tutaj jakieś castingi na najemców. Szukam osoby spokojnej, bo to spokojna okolica i spokojni ludzie tutaj mieszkają – dodaje. Każe mi się śpieszyć z decyzją, a „umowę możemy podpisać tego samego dnia”.

Casting na lokatora

Agnieszka, studentka III roku energetyki jądrowej na Akademii Górniczo-Hutniczej, mówi mi, że w tym roku zderzyła się ze „ścianą castingów”. – Przez całe wakacje, prawie codziennie przez trzy miesiące, dzwoniłyśmy wraz z trzema koleżankami i umawiałyśmy się na wizyty. Nie można było znaleźć nic konkretnego. Obłożenie chętnymi było tak duże, że po sekundzie od opublikowania nowego ogłoszenia było ono już nieaktualne, więc trzeba było cały czas odświeżać stronę i natychmiast umawiać się na spotkanie. W końcu się udało, ale nasi rodzice musieli podpisać dziwne oświadczenie zaproponowane przez właścicielkę: że jeśli nas wyrzuci, rodzice nas przygarną. Nigdy nie spotkałam się z czymś takim – mówi Agnieszka. Wspomniany przez nią zapis w umowie jest coraz częstszym zabezpieczeniem dla właścicieli. Dzięki niemu niepłacący najemca jest łatwy do usunięcia.

Castingi o dach nad głową stały się w Polsce smutną normą. Przypomina to program „Mam Talent”, gdzie po wyczerpującej autoprezentacji przechodzi się do kolejnych etapów. Wie o tym Karolina, tegoroczna absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, która została wybrana spośród kilkudziesięciu osób. – Z castingami zetknęłam się po raz pierwszy rok temu. Szukałam mieszkania bliżej centrum miasta, w sierpniu zadzwoniłam do jednej z właścicielek. Kiedy powiedziałam, że jestem zdecydowana, wybuchła śmiechem: „Trzydzieści osób jest zdecydowanych, proszę pani”. Ostatecznie wybrała mnie, ale musiałam odpowiadać na dziwne osobiste pytania, np. gdzie mieszkam i z jakiej rodziny pochodzę. Spotkania właścicielka organizowała całą sobotę, każdy student miał 15 minut – opowiada Agnieszka.

I dodaje, że musiała w pośpiechu szukać bankomatu, gdy okazało się, że przeszła casting. – Pierwszy raz coś wygrałam – śmieje się dziewczyna. – Zadzwoniłam do rodziców, by przelali mi prawie 4 tysiące złotych na konto, bo właścicielka chciała z miejsca podpisywać umowę.

Plebiscyty na najlepszego najemcę zabijają mobilność społeczną – młodzi ludzie (oczywiście jeśli tego pragną) nie mogą wyjechać ze swoich rodzinnych stron do większych miast. Niektórym hamuje to marzenia o awansie społecznym. Problem nie dotyczy jednak osób najzamożniejszych, które dzięki rodzicom mają przewagę na starcie i w kolejnych etapach życia. Mieszkanie w dużym mieście daje im większą sieć kontaktów, otwiera kolejne drzwi, a ich perspektywy zawodowe stale się powiększają.

Zarazem wykluczonych z rynku mieszkaniowego jest coraz więcej. Jesienią zeszłego roku zainteresowanie kwaterami w skupisku akademików na tzw. miasteczku studenckim AGH w Krakowie było tak duże, że 800 żaków wylądowało na liście rezerwowej. Na UJ było to 500 osób. By przetrwać, trzeba brać udział w brutalnej grze o lokal lub chociaż o mały pokój w nim. 

Będzie kawka, będzie niższy czynsz

Okazuje się, że oprócz zamożności liczą się także predyspozycje biologiczne – konkretnie aparycja i prezencja. Mówiąc wprost, panie mają łatwiej, choć wiele z nich byłoby raczej zażenowanych, gdyby usłyszały, dlaczego.

Na własnej skórze przekonała się o tym Ania, studentka II roku latynoamerykanistyki na UJ, która rok temu – wraz z innymi młodymi ludźmi – wynajmowała sześcioosobowe mieszkanie na Bronowicach. – Wynajmujący miał dziwną fanaberię – opowiada Ania. – Przyjmował tylko pierwszoroczniaków i tylko dziewczyny. Po roku nie pytał nawet, czy chcemy przedłużyć umowę, tylko nas wyrzucał. 

Ania dodaje, że w Warszawie jej przyjaciółka na etapie szukania pokoju w centrum dostała od właściciela propozycję: „Jak będzie kawka raz w tygodniu, to dostaniesz niższy czynsz”. Problem nieformalnych transakcji na rynku najmu z podtekstem seksualnym w tle był już opisywany w marcu tego roku we Wrocławiu. W mediach społecznościowych pojawiło się zdjęcie oferty, którą anonimowy użytkownik znalazł na Tinderze – aplikacji randkowej. Oferta dotyczyła regularnych spotkań w zamian za wynajem mieszkania w stolicy Dolnego Śląska: „Jeśli mieszkanie ci się spodobało i byłabyś zainteresowana wynajmem za cztery spotkania w miesiącu, daj lajka. Możemy się dogadać”. 

Po tym ogłoszeniu zawrzało od komentarzy w stylu: „Prostytucja lokatorska będzie zbierać coraz większe żniwa”. Takie propozycje to jednak raczej rzadkość. Jak podsumowuje Marta, studentka III roku iberystyki na UJ, wszystkie chwyty są dozwolone, by przetrwać, ale największym problemem są ogłoszenia znikające niemal natychmiast. – Zaczęłam szukać w maju i wiedziałam, że jak czegoś nie wynajmę w czerwcu lub na początku lipca, to później już nie będzie szans. Po wynikach rekrutacji ludzie rzucają się na mieszkania, które schodzą w przeciągu dnia, potem kilku godzin, a na końcu kilku minut – mówi Marta.

Studia: towar luksusowy

Czy castingi na wynajem są legalne? Według ekspertów – tak, pod warunkiem że unika się dyskryminacji określonych grup lokatorów, np. ze względu na pochodzenie, rasę, płeć czy narodowość. W praktyce jednak egzekwowanie tego prawa jest dość trudne. Konkursy na mieszkania mają przecież charakter dobrowolny, mimo że ludzie biorą w nich udział, bo muszą.

Pytam Jana Śpiewaka, socjologa i aktywistę, twórcę pojęcia „patodeweloperka”, jak zrodziło się zjawisko mikrokawalerek i castingów na wynajem. – Jeśli jest deficyt jakiegoś dobra, to warunki dostępu do niego będą coraz gorsze. W dodatku jest bardzo dużo dezinformacji dotyczącej lokatorów. Ludzie boją się wynajmować, bo słuchają niestworzonych historii o najemcach. Dużym problemem jest też brak mieszkań socjalnych, budowanych przez gminy – odpowiada Śpiewak.

Z badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że akademickość ma znaczący wpływ na rozwój miast i jest jednym z ich najważniejszych zasobów, na równi ze wzrostem poziomu życia czy atrakcyjnością rynku pracy. Co z tego, skoro z roku na rok przez patologiczne warunki najmu najważniejsze ośrodki tracą tysiące studentów?

W Warszawie w zeszłym roku akademickim studiowało blisko 247 tysięcy osób, co stanowiło około 20 proc. wszystkich studentów w Polsce. W 2019 r. liczba ta wynosiła 235 tysięcy. Ale stolica jest pod tym względem wyjątkowa. Z danych wynika również, że w 2009 r. w Krakowie było 190 tys. studentów, a w 2023 r. już tylko 129 tys. Wrocław w 2016 r. przyjął na swoje uczelnie ponad 118 tys. osób, by sześć lat później zanotować dwunastotysięczny spadek tej liczby.  

Studia w Polsce stają się powoli towarem luksusowym. I dobrem coraz rzadszym, bo od października rozpoczynają je coraz częściej tylko wybrańcy. Najlepiej sytuowani, mieszkańcy wielkich miast (ale wtedy muszą najczęściej mieszkać z krewnymi) albo ci, których rodzice pracują na dwóch etatach i zrobią wszystko, by dziecko miało lepiej od nich. Kto dziś nie przejdzie przez gęste sito wymogów i castingów ze strony wynajmujących lokale landlordów, pozostanie daleko z tyłu. Ukryty za banerem z równie niedostrzegalnym jak on lub ona hasłem: „Mieszkanie prawem, nie towarem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Casting na lokum