Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Prorok apokalipsy

Prorok apokalipsy

23.10.2017
Czyta się kilka minut
Abp Grzegorz Ryś, metropolita łódzki: Siła ludzi takich jak Luter polega na tym, że po prostu biorą Biblię do ręki.
Marcin Luter pali bullę papieską, Wittenberga, 1520 r. EAST NEWS
M

MACIEJ MÜLLER: Czy pomyślał Ksiądz Arcybiskup kiedyś: tego nauczyłem się od Lutra?

Abp GRZEGORZ RYŚ: Nie przeczytałem nigdy całego Lutra – nie tak, jak św. Franciszka, św. Grzegorza, Tomasza More’a, Jana Husa czy Johna ­Wycliffe’a, których spuściznę znam właściwie w całości. Ale czytałem kilka jego tekstów, mam w głowie cytaty, zgłębiałem tezy ze studentami. Podjęta przez Lutra kwestia proporcji potrzebnych w Kościele i w życiu duchowym oraz wyrastający z tez temat usprawiedliwienia wciąż do mnie wracają. Owe proporcje, o które upomniał się w 1517 r., są dla mnie rzeczywistym wyzwaniem (myślę zresztą, że są wyzwaniem dla całego Kościoła). Z pewnością bliska jest mi też jego determinacja w słuchaniu Słowa Bożego i uczynienia zeń najważniejszego ­ doświadczenia w dyscyplinie wiary i życia Kościoła. Jest w tym gotowość na wsłuchanie się w niego jako przepowiadającego Ewangelię.

Kim on był: mędrcem, prorokiem, charyzmatykiem? Jean Delumeau nazywa go uczniem mistyków.

Przede wszystkim: nie był „reformatorem”. Nigdy tak o sobie nie mówił – i nigdy nie nazwał swojego programu „reformacją”. Już prędzej nazwałby się właśnie prorokiem, i to we właściwym tego słowa znaczeniu: człowieka, który rozumie swoją epokę i opisuje ją po Bożemu. Czy był mistykiem? Z pewnością nie widział świata płasko – redukując go jedynie do wymiaru natury. Był nie tylko świadomy, ale również otwarty na doświadczenie w nim Tego, co Ponadnaturalne. Widział świat jako miejsce zmagania między Bogiem a szatanem.


DODATEK SPECJALNY REFORMACJA. 500 LAT >>>


Skoro nie był reformatorem, to co właściwie się zdarzyło w pierwszych dekadach XVI w.?

Reformacja... Pytanie, jak dalece dokonująca się po myśli Lutra. Współcześni badacze, wzorem Heiko A. Obermana, robią wszystko, aby dotrzeć do Lutra historycznego, opisując go w dziejowym kontekście, a nie przez pryzmat naszej wiedzy o wszystkim, co wydarzyło się później. Luter nie był jedynym człowiekiem, który uruchomił reformację. Ober­man podkreślał raczej rangę „reformatorów miejskich”, jak Zwingli, Kalwin czy Erazm, którzy wierzyli, że oto przyszedł czas na zmiany. Luter w to nie wierzył.

On był prorokiem apokalipsy. Reformacja, która się wydarzyła, chciała zmieniać rzeczywistość tu i teraz. A Luter wyglądał tej jedynej reformacji, jakiej miał dokonać Pan Bóg. Przypominał w tym Husa, który wiek wcześniej, opisując rzeczywistość kościelną zniszczoną, zdegenerowaną i opanowaną przez Antychrysta, oczekiwał działania Bożego, bo tylko ono może ją przemienić.

Na ile Luter wyrósł na takich ludziach jak Hus, Wycliffe, More czy inni, których nazywamy prereformatorami?

Luter wyrósł przede wszystkim na św. Augustynie, zwłaszcza na lekturze „Państwa Bożego”. Nie szukał jednak w przeszłości autorytetów, bo uważał, że punktem odniesienia nie powinni być tacy czy inni myśliciele, tylko Biblia. Tymczasem Kościół, który znał, ciemiężył Słowo Boże. Po pierwsze, przysłonił je wieloma innymi „rzeczami”, a po drugie, nawet jeśli je czytał, to nie poddawał się przemianie, do której lektura go wzywała – głównie do porzucenia pychy, żądzy władzy i pieniądza. Stąd też Luter uznał, że jedyne, co pozostaje zrobić, to podjąć misję apokaliptycznego proroka, zgromadzić biblijną „resztę” i, czekając na Bożą interwencję, bronić ją przed tym, co złe w Kościele.

To oczywiste, że wyprowadzamy luteranizm i Kościół luterański od niego. Nie czyńmy tego jednak bezmyślnie. Badania nad Husem wykazały np., że historycznemu Husowi znacznie bliżej było poglądami do św. Bernarda czy św. Franciszka niż do radykalnych husytów, którzy sięgnęli po jego postać jak po sztandar.

Benedykt XVI podkreślał, że Luter nie zamierzał zakładać nowego Kościoła.

Ale do tego doszło, czego nie można nazwać inaczej jak klęską.

Lutra?

Może tak, ale także klęską Kościoła jako całości. Bo zamiast przemienionego Kościoła widzimy, jak rozpada się on na rozmaite konfesje. W wezwaniach do odnowy Kościoła nie chodziło o to, żeby wyłonił się nowy, lepszy, stojący w opozycji do tego, który został porzucony.

Zjawiska, które obserwował Luter, czyli wynaturzenia w życiu duchowieństwa, zanik celibatu, zapatrzenie w pieniądz, nie były nowe. Kościół był przeżarty tymi grzechami także pół tysiąclecia wcześniej, ale wtedy nie doszło do rozpadu, tylko do udanej reformy. Dlaczego w XVI w. się nie udało?

Pytanie, czy rzeczywiście Kościół się zreformował? Luter uważał, że nie.

Reforma gregoriańska naprawiła ­przecież Kościół.

I tak, i nie. Reforma gregoriańska w punkcie wyjścia miała zupełnie inne ideały i program niż te, które osiągnęła na koniec. Zaczęła się od wezwania do powrotu do ideału „życia apostolskiego”, to znaczy do ubóstwa i przepowiadania Słowa, a skończyła się na papieskiej monarchii. Z drugiej strony, ile razy reformujący się Kościół zaczyna się gubić w rozumieniu właściwych sobie ideałów, Bóg posyła mu nowych – żyjących nimi radykalnie – ludzi. Po Grzegorzu VII był Bernard z Clairvaux, a potem św. Franciszek.

Kilka lat przed wystąpieniem Lutra zaczął się V Sobór laterański. Dlaczego zmarnowano tę szansę na reformę?

Właściwie niepowodzeniem zakończyły się wszystkie reformistyczne sobory XV wieku. Dla Lutra był to dowód, że Kościół nie potrafi się zreformować. On zresztą zwracał uwagę na kwestię o wiele istotniejszą niż niemoralność księży: na zagubienie Słowa Bożego. To ono jest zasadniczym prawem, które powinno wyznaczać sposób myślenia i postępowania w Kościele. W tezach grzmiał: ogłaszając odpusty, bijecie w kościelne dzwony, ale gdyby zachować proporcje, trzeba by bić siedem razy mocniej, kiedy się mówi o Słowie Bożym. Pisał: mówicie ciągle „pokój, pokój”, a pokoju nie ma. Bo w człowieku nie powinno być błogiego i usypiającego pokoju, tylko przekonanie, że jest semper iustus et peccator.

Główne pytanie nie dotyczyło jednak moralności, ale tego, co człowieka czyni usprawiedliwionym przed Bogiem. Skoro żyjemy w czasie apokalipsy, co począć, żeby odnaleźć się w gronie zbawionych?

Melanchton pytał: „Czego oczekuję od teologii?”. I odpowiadał: „Pocieszenia wobec śmierci i Sądu Ostatecznego. Przynosi nam je Luter”. Kościół go nie dawał?

Melanchton i Luter słusznie diagnozowali, że pragmatyka kościelna daje ludziom fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Mnożono prywatne msze w intencji zmarłych, a żyjącym proponowano odpusty, do których większość podchodziła na zasadzie: wykupić, aby móc pokazać po śmierci św. Piotrowi. Szukano bezpieczeństwa w zewnętrznie przeżywanych praktykach, a Luter przekonywał, że jedynym, co człowieka usprawiedliwia, jest łaska Boga. Dopiero to odkrycie może przynieść człowiekowi pokój i owoc miłości.

Przeczytał List do Rzymian, a w nim fragment „sądzimy, że człowiek osiąga usprawiedliwienie przez wiarę, niezależnie od pełnienia nakazów Prawa”...

Nie wiem, jak my dzisiaj rozumielibyśmy ten tekst bez refleksji Lutra... Usprawiedliwienie jest w życiu każdego człowieka punktem wyjścia, a nie dojścia. A w nas wciąż jest pokusa patrzenia na usprawiedliwienie jako na ostateczny wyrok Pana Boga: to zrobiłeś źle, to dobrze, jesteś usprawiedliwiony lub nie.

Usprawiedliwienie jest darmową łaską Boga, która przychodzi do nas na początku. Chrystus umiera za nas, gdy jesteśmy grzesznikami (Rz 5, 6), i odkrywa przed nami godność Bożego dziecka. Jeśli przyjmę z wiarą ten dar, wiara zadziała w moim życiu poprzez miłość i konkretne czyny. Czyny nie są drogą do zdobycia usprawiedliwienia, bo ono przychodzi na początku jako darmowa łaska.

Przedstawiłem nauczanie katolickie – ale można powiedzieć, że również luterańskie, bo wyrażone we Wspólnej deklaracji w sprawie nauki o usprawiedliwieniu Kościoła katolickiego i luterańskiego z 1999 r. To wspólne nauczanie nie jest wyłącznie dziełem Lutra, tylko punktem dojścia naszych Kościołów, prowadzonych Duchem Świętym do jedności w tym, co kiedyś było najostrzejszym punktem sporu.

Wszystko to piękne, ale w 25. niedzielę zwykłą można było usłyszeć podczas mszy taką kolektę: „spraw, abyśmy zachowując Twoje przykazania, zasłużyli na życie wieczne”. To w końcu na życie wieczne należy sobie zasłużyć czy nie?

Lepiej pojęcie „zasługi” właściwie rozumieć, niż wyrzucać je do kosza. Św. Paweł pisze: „w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. Ten brzmiący niemal jak herezja tekst (czegoś brakuje dziełu Chrystusa? Jest niedoskonałe?) oznacza, że Paweł współdziała z dziełem odkupienia dokonanym przez Chrystusa. Dzieje się tak, gdyż Chrystus zostawił nam obszar do współdziałania ze Sobą w dziele zbawienia. Nikt nie rozumie dziś w Kościele pojęcia „zasług” tak, że człowiek miałby sobie nimi zarobić na zbawienie.

Luter napisał w liście do Melanchtona: „Bądź grzesznikiem i grzesz mocno, lecz wierz jeszcze mocniej i ciesz się w Chrystusie, który jest zwycięzcą śmierci, grzechu i świata”.

To nie jest zachęta do grzeszenia. Trzeba pamiętać, że on nie był pisarzem ważącym słowa. Używał szokujących i prowokujących stwierdzeń, np. dotyczących szatana. Nazywał go „doktorem pocieszenia” albo „nauczycielem sumienia”.

To satyra?

Nie, prowokacja. Bo skąd bierze się pociecha po spotkaniu z szatanem? Z tego, że diabeł omija zdeprawowanych, bo po cóż miałby się nimi zajmować? Atakuje tych, którzy są dobrzy. Pokusa szatańska jest dowodem na to, że jesteś pod władzą Boga, Jemu podlegasz. I szatan nie może tego znieść. Ale – nachodząc cię – daje ci (zapewne wbrew swym intencjom) dowód, że ciągle jesteś Boży! Doświadczenie pokusy jest więc ostatecznie pociechą, bo mówi: należysz do Boga.

Kiedyś Luter, komentując jeden z psalmów, zrobił na marginesie glosę, w której wyraził przekonanie, że w celi, w której pracuje, diabeł pojawił się fizycznie. „A skoro przyszedł szatan, to ja idę spać”.

A czemu nauczyciel sumienia?

Luter uważał, że człowiek poddaje się albo Bogu, albo szatanowi. Nie ma trzeciej drogi. Sumienie niekształtowane przez Boga jest więc formowane przez szatana. Dlatego Luter głosi, by nie dowierzać do końca głosowi sumienia. To zresztą myśl Pawłowa, który mówi: „Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią”.

Skoro Luter skupiał się na miłosierdziu, na usprawiedliwieniu, to dlaczego­ jednocześnie tak mocno w dziele „O niewoli babilońskiej Kościoła” atakował sakramenty? Przecież one są widzialnymi znakami łaski.

To nie jest kwestia prostego odrzucenia; raczej akcentów, a także definicji. Dla Lutra sakramentem jest tylko taki znak, który został wprost i bezpośrednio ustanowiony przez Chrystusa. Poza tym całą wizję Kościoła buduje na chrzcie i kapłaństwie powszechnym – w opozycji do Kościoła monarchistycznego, zhierarchizowanego, gdzie o kapłaństwie powszechnym niemal się nie mówiło.

To nauczanie jakby z Vaticanum II wzięte...

Tak. Tylko że reakcją na Lutra był nie Sobór Watykański, ale Trydencki, jeszcze raz mocno centralizujący Kościół. „Kościół jest jak chorągiew husarska” – mawiał Piotr Skarga. W takim oddziale liczy się pułkownik, kilku towarzyszy, a na końcu są... ciury obozowe: „szyk ­dobrze uporządkowany”. Vaticanum II, mówiąc o Kościele, opisuje go najpierw jako Lud Boży, czyli wspólnotę wszystkich ochrzczonych, a potem dopiero mówi o hierarchii. I to hierarchia jest na służbie Ludu, a nie odwrotnie. Tyle że to refleksja późniejsza od Lutra o cztery i pół wieku.

Czyli Luter odkrył coś, do czego myśmy doszli stosunkowo niedawno?

Nie odkrył tego.

Ale w odróżnieniu od papieża i kardynałów – przeczytał Ewangelię.

Na tym polega siła rozmaitych ludzi reformy – biorą po prostu Biblię do ręki. Nie popadajmy jednak w przesadę: Luter nie był jedynym, który w tamtych czasach patrzył na świat przez pryzmat Ewangelii. Tak samo czynił choćby Erazm. Nie jest też Luter pionierem tłumaczenia Biblii z łaciny: już w wieku XII czy XIII odkryjemy ludzi, dla których Pismo Święte było najważniejszym (a nawet jedynym – jak u waldensów) punktem odniesienia dla Kościoła. W XIII w. istniały przekłady Biblii na języki, które trudno jeszcze nazwać narodowymi, lepiej lokalnymi czy miejscowymi.

Jak się rzekło, szczęściem Kościoła jest to, że prawie w każdym pokoleniu znajdują się ludzie, którzy wzywają, by wrócić do fundamentów wiary. Co nie oznacza: mamy zupełnie nowy początek. Raczej: wracamy do pierwotnej tradycji. To się działo tak w wieku XX, jak i w wieku III. Już wtedy Cyprian z Kartaginy stwierdzał, że „zły zwyczaj nie jest żadną Tradycją, tylko starym błędem”.

Cyprian powiedział też, że poza Kościołem nie ma zbawienia. A Luter punktował: „Kościół widzialny jest instytucją utworzoną przez ludzi. Nie można utożsamiać żadnej instytucji z Ciałem Mistycznym Kościoła”.

To akurat z katolickiego punktu widzenia brzmi jak herezja. Lubię wykład eklezjologii opracowany przez kard. Ratzin­gera, który zauważa, że w rozumieniu Kościoła można się dopuścić takich samych błędów jak w chrystologii. Czyli doprowadzić do eklezjologicznego monofizytyzmu, arianizmu albo doketyzmu: za każdym razem chodzi o zaprzeczenie boskiej lub ludzkiej naturze Chrystusa, i – analogicznie – zaprzeczenie boskiemu lub ludzkiemu wymiarowi Kościoła albo ich radykalne przeciwstawienie i rozdzielenie. Kościół jest jednocześnie ludzki i boski, duchowy i strukturalny. To prawda, że któryś z tych wymiarów może nas uwierać. Czasami to, co duchowe – wtedy podkreślamy potrzebę struktur. Innym razem struktury (bo np. objawiają swoją grzeszność) – i wtedy zwracamy się ku wymiarowi duchowemu.

Przed Lutrem John Wycliffe, też przy użyciu prowokacyjnego języka, mówił, że schizma w Kościele jest błogosławiona. Bo pokazuje, iż natura Kościoła polega na duchowym zjednoczeniu ludzi z Chrystusem, a wszystko, co w nim widzialne, jest źródłem problemów. Że głową Kościoła nie jest papież, tylko Chrystus. Dlatego, dowodził, pozrywanie więzów instytucjonalnych nie niszczy Kościoła. Wszystko to mogłoby wydawać się przekonujące, ale kiedy to czytam, w głowie mi brzmi prosty tekst z 1 Listu Jana, że ten, kto nie przyjmuje, iż Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest Antychrystem... Nie można wszystkiego sprowadzać do wymiaru duchowego.

Pisarz i reformator Kaspar Schwenckfeld von Ossig, który początkowo popierał Lutra, tak go potem oceniał: „Wyprowadził nas z Egiptu i zaprowadził na pustynię przez Morze Czerwone, ale pozostawił tam, starając się przez cały czas wpoić nam przekonanie, że jesteśmy już w ziemi obiecanej”.

Nie zgadzam się. Dla Lutra ziemią obiecaną była reformacja uczyniona przez Boga. On trwał w wychyleniu ku Królestwu Boga, które nadchodzi, a nie, które już jest. Jego nastawieniu dobrze odpowiada napięcie wyrażane najczęściej terminami „już” i „jeszcze”. Już jesteśmy zbawieni, ale jeszcze oczekujemy na pełnię. Tyle że to „jeszcze” może być dokonane wyłącznie przez Boga.

Myślę, że Schwenckfeld miał na myśli fakt, że reformacja stała się sprawą polityczną, wykorzystywaną przez książąt niemieckich w rozgrywkach z cesarzem, ale i przez przywódców chłopskich typu Tomasza Müntzera. Luter stał się pionkiem w grze, której zasady nie do końca rozumiał.

Czy Luter rzeczywiście chciał wszystkiego, co stało się po roku 1517? Znów sięgnę do Wycliffe’a. On miał przekonanie (jak później Luter), że Kościół sam się nie zreformuje, muszą mu więc w tym pomóc władcy świeccy. Spotkałem się kiedyś z sarkastyczną opinią, że marzenie Wycliffe’a spełnił Henryk VIII: setki klasztorów kazał zburzyć, a mnichów powywieszać. Czy jednak Wycliffe’a możemy nazwać pomysłodawcą tego, co zrobił Tudor? Nie – to by było myślenie na skróty. Podobnie nie były marzeniami Lutra zasada „cuius regio eius religio” oraz podział Kościoła.

Pod koniec życia mógł być przerażony, czytając Modlitwę Arcykapłańską Jezusa i słowa, „aby stanowili jedno”.

Ale dlaczego tylko on? A co z ludźmi po stronie Kościoła, którzy mogli z nim rozmawiać, a nie rozmawiali?

Nieprzejednany kardynał Kajetan, agresywny Johann Eck, papież Leon X, który Lutra wyklął...

Rozmawiajmy o całym Kościele. O wiele za późno zwołano Sobór – wtedy, kiedy już nie mógł przywrócić jedności, tylko wyklarować podziały. Nie sposób obarczyć winą za kościelne rozdarcie tylko jedną stronę.

Ten dramat musi się przełożyć na pytanie, jak my dzisiaj przeżywamy doświadczenie podziałów. Czy widzimy swoją winę, jeśli nie robimy nic, aby je przezwyciężyć? Katolikom łatwo o komfort, że jesteśmy „tu, gdzie trzeba”, a niech inni się martwią. Od tego krok do oskarżenia luteran o to, że „nie chcą do nas wrócić”. Taka postawa nie ma nic wspólnego z tym, co Kościół rozumie dziś przez ekumenizm.

A co rozumie?

To wymiana duchowych darów między Kościołami. Wierzymy w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół” – wyznajemy, że Kościół jest jeden. Kościół nie jest abstrakcją, lecz rzeczywistością, która uobecnia się we wspólnotach ludzi wierzących. We wszystkich swych elementach jest obecny w Kościele katolickim. Ale to nie oznacza – mówił Jan Paweł II – że poza Kościołem katolickim jest eklezjalna próżnia.

W innych wspólnotach też działa Duch Święty. A skoro tak, możemy i powinniśmy z tych darów korzystać, nie porzucając własnej tożsamości. Po to trwa dialog między Kościołami, wzajemne słuchanie, wspólna modlitwa – żebyśmy otworzyli się na drogę jedności, którą nam pokazuje Bóg. Żebyśmy nie próbowali odbudowywać tej jedności po swojemu, bo historia już wiele razy pokazała, że wtedy zamiast łączyć – dzielimy.

Kard. Kasper wzywa, żeby porzucić dyskusję o doktrynie i „skupić się na jedności zakorzenionej w chrzcie”.

Kardynał często uczestniczy w dyskusjach doktrynalnych, więc nie odczytujmy tego dosłownie. Kluczowe jest pytanie, co w spotkaniu z luteranami przeżywamy najpierw: że jako ochrzczeni w jednym Duchu jesteśmy w jednym Kościele, czy to, że należymy do oddzielnych instytucji? Będziemy się spierać o to, co nas różni, czy raczej przeżywać jedność tam, gdzie już jest nam dana?

Kiedy doświadczam tej fundamentalnej jedności, wtedy różnice przestają być przedmiotem sporu o rację, natomiast wywołują ból. Jeśli doświadczam jedności na poziomie chrztu, modlitwy, słuchania Słowa Bożego, posługi charytatywnej, ewangelizacji – a potem przychodzi Eucharystia i okazuje się, że nie możemy razem spożywać tego samego chleba i pić z tego samego kielicha – a nie możemy! – ten ból jest tak mocny, że narasta we mnie modlitwa z pasją do Boga, żeby uczynił z nas jedno.

Kiedy posłuchać głosów protestantów na temat dialogu ekumenicznego, daje się wyczuć zniecierpliwienie. Ile się można uśmiechać, powtarzając jak mantrę, że więcej nas łączy, niż dzieli? Ekumenizm to akcyjność, sezonowość.

To słuszny zarzut, ale każdy niech się tutaj bije we własne piersi.

To głównie Kościół katolicki odpowiada w Polsce za jakość dialogu.

Pełna zgoda. Ale... Właśnie uczestniczyłem w modlitwie za uchodźców i padło pytanie, czemu modlimy się za nich tylko raz do roku. Taki zarzut można odnieść do każdej intencji. 1 stycznia modlimy się o pokój. Czy tylko wtedy? W Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan nie chodzi o akcyjność, tylko o uruchomienie pewnych procesów.

A są też miejsca w Kościele katolickim, gdzie ekumenizm jest doświadczeniem ciągłym. To np. Chemin Neuf, wspólnota, w której żyją obok siebie katolicy, luteranie, kalwini i prawosławni. Do liturgii wychodzą ubrani wszyscy w białe szaty, żeby pokazać wartość chrztu i kapłaństwa chrzcielnego. Są też młode wspólnoty, takie jak np. krakowski Głos na Pustyni, bardzo ekumeniczne, a jednocześnie tożsamościowo mocno osadzone w Kościele, z asystentem-księdzem. W Kościele katolickim obficie czerpiemy z ewangelizacyjnych doświadczeń protestanckich, przykładem jest kurs Alfa, powstały w Kościele anglikańskim. To obecnie jedna z najbardziej dynamicznych metod stosowanych w pierwszej ewangelizacji. Ale nie brakuje krytyków, którzy powiedzą: sięgacie po metody protestanckie, tak jakbyśmy nie mieli własnych.

Te wspólnoty nie mają łatwo, bo padają pod ich adresem zarzuty, że mają rozmytą tożsamość. Tak więc z jednej strony są oskarżenia o sezonowość, a z drugiej: że może jednak ten ekumenizm bywa zbyt wyrazisty. Myślę, że to dowód na to, iż w tych działaniach jest Boże tchnienie.

Pamiętam rekolekcje, które prowadziliśmy w Krakowie wspólnie z Sandym Millarem, twórcą Alfy, emerytowanym anglikańskim biskupem Londynu. Z jego nauczania trafiło do mnie mocno właściwie tylko jedno zdanie – i to był cytat z Lutra. Oto więc katolicki biskup słucha biskupa anglikańskiego, który cytuje Lutra – w takich paradoksach widzę właśnie Boże działanie.

Luter po tym, jak w 1521 r. spalił bullę papieską na swój temat, został ekskomunikowany. Czy są jakieś przymiarki, żeby go rehabilitować?

Nie wiem nic na ten temat.

A to w ogóle możliwe?

Przykładem jest rehabilitacja Galileusza. Ale tu chodziło o ewidentny błąd po stronie Kościoła.

Tu też mamy błąd po stronie Kościoła – dopiero co o tym mówiliśmy.

Tylko że dochodzimy też do pytania o to, czy wszystko u Lutra jest do przyjęcia. Nie jest. Luter spalił nie tylko papieską bullę, ale także księgi prawa kanonicznego w proteście przeciwko widzialnej strukturze kościelnej.

Pytanie o rehabilitację przyszło mi do głowy, kiedy czytałem wypowiedzi Benedykta XVI o tym, jak docenia Lutrową chrystologię, poszukiwania Boga łaskawego...

Ostatni papieże zgodnie twierdzą, że Luter jest naszym wspólnym nauczycielem! To nie oznacza, że wszystko, co mówi, jest poprawne, ale że wiele z tego, co mówi, jest niesłychanie ważne, prawdziwe i inspirujące.

Benedykt XVI wzywał do oczyszczenia pamięci w relacjach z luteranami. Co w związku z tym powinniśmy zrobić?

Oczyszczenie pamięci oznacza przyjrzenie się własnej historii. W Krakowie trzeba by zapytać samych siebie o pogromy na luteranach, o spalenie zboru luterańsko-kalwińskiego przy ul. św. Jana, o to, dlaczego luteranie aż do XIX w. nie mogli mieć swojego kościoła. Ale moglibyśmy też wskazać fakty, na których można budować. Wspomnieć, że kiedy polscy luteranie zostali podczas II wojny wyrzuceni przez Niemców z kościoła św. Marcina, gromadzili się w kościele św. Barbary, a wcześniej św. Idziego. W naszej historii są momenty jedności i rzeczywistej miłości, ale są też i grzechy, za które musimy wziąć odpowiedzialność i zdobyć się na słowo „przepraszam”.

Hans Küng niedawno powiedział: „Samo tylko świętowanie 500 lat reformacji bez rzeczywistego zakończenia rozdziału Kościołów oznacza branie na siebie nowych win”.

Myślę, że słowo „świętowanie” jest nie na miejscu. Co tu celebrować – rozbicie Kościoła? Można natomiast świętować to, co dokonało się przez następnych 500 lat: że Bóg te nasze trudne dzieje wpisuje w historię zbawienia.

Jakie plany ekumeniczne ma Ksiądz ­Arcybiskup jako metropolita łódzki?

Łódź jest miejscem z natury ekumenicznym. Biskup prawosławny ma ingres dwa tygodnie przede mną. Już się wzajemnie na ingresy zaprosiliśmy. Jest w Łodzi bardzo mocna wspólnota luterańska i kalwińska, są chyba wszystkie Kościoły działające w Polskiej Radzie Ekumenicznej, jest wspólnota żydowska. Więc to raczej ja się będę tam uczył myślenia ekumenicznego.

Wróci Ekumeniczna Droga Krzyżowa?

Najpierw musiałbym wiedzieć, dlaczego zaprzestano jej organizowania, posłuchać wszystkich stron. I ich oczekiwań. Chodzi mi jednak po głowie pomysł, żeby wprowadzić w Łodzi Drogę Światła, którą od lat praktykujemy w Krakowie. To modlitwa odprawiana w czasie wielkanocnym. Też ma 14 stacji i – co ważne – każda z nich wyprowadzona jest z tekstu Ewangelii lub Dziejów Apostolskich. Stąd też, jak mi się wydaje, może być nie tylko atrakcyjna, ale też odpowiednia dla doświadczenia ekumenicznego. ©

 

Abp GRZEGORZ RYŚ jest historykiem Kościoła i metropolitą łódzkim.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Arcybiskup metropolita łódzki, wcześniej biskup pomocniczy krakowski, autor rubryki „Okruchy Słowa”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Doktor habilitowany nauk humanistycznych...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

w kontekście chrześcijańskim zawsze w końcu odsyła do tej konkretnej Księgi. Której Luter nie lubił, nie poważał i w ogóle nie uważał za natchnioną, podobnie jak listów Jakuba, Judy i do Rzymian. Roztropnie jednak nie wyrzucił ich z kanonu, wyrażając jedynie swoja negatywną opinię - niegłupio zresztą uzasadnioną - oraz pozostawiając wiernym swobodę sądu co do tych "antilegomenów". Nieporęcznie mu było usuwać zwłaszcza Apokalipsę, ponieważ chętnie odwoływano się do niej w antyrzymskich polemikach. Widać tutaj w praktyce zasadę "sola Scriptura", polegającą na dopasowywaniu Pisma do doktryny, a nie na odwrót. Jeśli bowiem chcemy ufundować wiarę na samej Biblii, odrzucając Tradycję i autorytet Kościoła, to od razu staniemy wobec pytania: na jakiej Biblii? I właściwie dlaczego na Biblii, a nie Koranie, Księdze Mormona czy "Kapitale"?

No dobrze, tylko jaka "tradycja"? Bo dziś w imię priorytetu Tradycji, mamy dwa Kościoły od bez mała 1000 lat podzielonymi wzajemnymi anatemi i kulturową odmiennością i polityczną wrogością. Właśnie prawosławie, które jest jakoby "drugim płucem" Tradycji, jest mocniej izolowane od katolicyzmu, jak "teologicznie całkiem odmienniy" protestantyzm. Tymczasem na gruncie ewangelicznej nauki, właśnie różny katolicyzm i protestantyzm, stworzyli wspólną wykładnię chrześcijańskiego personalizmu i nauki społecznej.

Właśnie tak ujął istotę owego "święta" pewien kaznodzieja na wczorajszym nabożeństwie-najistotniejsza teraz jest perspektywa przyszłości-następne 500 lat Kościoła, który być może pozostanie różny i różnorodny, ale nie powinien być podzielony niechecią, czy wrogością-w istotnej jedności dla wiarygodnego świadectwa Ewangelii, którego teraz tak pilnie potrzebuje świat. I może warto to wiedzieć, że to świadectwo świadomej wiary ewangelicznej, jest istotą protestantyzmu(nazwa uzywana od 1529 r.), a nie negacja Kościoła tradycji-jak to powszechnie jest interpretowane.

ze strony Benedykta XVI. Uznanie to jednak nie przeszkodziło 'pancernemu kardynałowi" zredagować deklarację Dominus Iesus w 2000 roku, która odbiera wspólnotom protestanckim pełne uczestnictwo w Kościele Chrystusowym. Na dodatek dokument został ogłoszony w pół roku po "Wspólnej deklaracji w sprawie nauki o usprawiedliwieniu" katolicko-ewangelickiej komisji, która zadeklarowała właśnie istotną jedność. Jak widać Droga Kościoła nie jest prosta...
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]