Kwestia legalności eutanazji to, po pierwsze, zagadnienie z zakresu filozofii moralności. Streszcza się ono w pytaniu, czy w pewnych okolicznościach powinniśmy uznać, że jednostka ma prawo decydować o własnej śmierci. Uznać, że ma prawo, czyli po prostu – umożliwić jej śmierć.
Oznacza to niekiedy: dostarczyć niezbędne do tego celu środki, niekiedy zaś: aktywnie tę śmierć zadać. W tak zarysowanym sporze przeciwni legalności eutanazji są przeważnie, choć nie tylko, ludzie religijni, opowiadają się za nią natomiast przeważnie, choć nie tylko, ateiści.
Problem jest jednak skomplikowany i złożony, podobnie jak przesłanki stojące za wspomnianymi wyżej przekonaniami. Wszystko zależy od tego, jak się rozumie m.in. takie pojęcia, jak racjonalność, podmiotowość i świadomość; co się sądzi o wartości życia ludzkiego, od czego się ją uzależnia, jak się ją definiuje; wreszcie – jakie się wyróżnia zobowiązania jednostki wobec wspólnoty i na odwrót.
Skala, na jakiej rozkładają się te stanowiska, jest równie szeroka. Zbiór zwolenników legalności eutanazji w przypadku choroby terminalnej, na wyraźne życzenie chorego, nie pokrywa się ze zbiorem zwolenników legalności eutanazji dotyczącej osób chorych psychicznie albo zdrowych na ciele i umyśle, ale pragnących zakończyć swoje życie.
Wymienione zbiory zaś nie pokrywają się ogółem ze zbiorem zwolenników legalności eutanazji wykonywanej na nieletnich czy też na osobach o tak uszkodzonym mózgu, że niezdolnych do artykułowania jakichkolwiek życzeń lub potrzeb.
Po drugie, eutanazja jest przedmiotem doświadczenia. Dla osób cierpiących i pragnących umrzeć oraz dla lekarzy, którzy stają przed wyborem, czy w danej sytuacji spełnić życzenie pacjenta. Czy kierować się chłodną analizą, sumieniem, powszechną moralnością czy współczuciem?
W podobnych dylematach, jak się wydaje, nie istnieją uniwersalne reguły postępowania. W zależności od tego, kim jest ten, kto prosi o eutanazję, oraz ten, do którego tę prośbę się kieruje, ocena może się diametralnie różnić. Nie ma tu matematyki, jest konfrontacja z najbardziej radykalnymi i granicznymi aspektami ludzkiej egzystencji.
Rozstrzygnięcia, jakich się w takich sytuacjach dokonuje, mają potężny ciężar. Nie zmienią tego żadne uczone wywody, kodeksy, przepisy czy komisje.
I wreszcie po trzecie, last but not least, eutanazja istnieje jako zjawisko społeczne. Jako praktyka funkcjonująca od lat w pewnej liczbie państw, które na wdrożenie takiego rozwiązania – w rozmaitych wariantach i formach – się zdecydowały. Należą do nich m.in. Holandia, Belgia, Hiszpania czy Kanada.
Wszystkie te trzy aspekty, trzy wymiary zagadnienia eutanazji, z jednej strony ściśle się ze sobą splatają, z drugiej – są pod niektórymi względami rozłączne. Splatają, bo zależą od siebie nawzajem. Praktyka społeczna nie istnieje bez rozstrzygnięć o charakterze moralnym, a każda statystyka to zbiór niepowtarzalnych historii.
Są zaś pod niektórymi względami rozłączne, można bowiem – jak piszący te słowa – intelektualnie uznawać argumenty na rzecz tezy, że pomoc w zakończeniu życia człowiekowi śmiertelnie choremu i ekstremalnie cierpiącemu, na jego własną prośbę, bywa moralnie dobra, a zarazem patrzeć z rosnącym niepokojem na kraje, które eutanazję czy też wspomagane samobójstwo usankcjonowały.
Przyznam, że doniesienia z Kanady o (łącznie) kilkudziesięciu procentach osób, które deklarują, że podstawową motywacją do prośby o śmierć jest dla nich samotność oraz bycie ciężarem dla bliskich, zapowiedzi wprowadzenia eutanazji na życzenie dla każdego chętnego czy też coraz częstsze przypadki uśmiercania osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, m.in. głośne historie Zorai Ter Beek czy Noelli Castillo, sprawiają, że powszechny dostęp do eutanazji zdaje mi się od pewnego czasu czymś głęboko problematycznym.
W tej sprawie zgadzam się z Michelem Hoeuellebekiem, skądinąd jednym z najbardziej przenikliwych obserwatorów współczesności (proszę przypomnieć sobie nie tylko jego profetyczne powieści, ale i równie profetyczne wypowiedzi, np. z początku pandemii). Niezależnie od filozoficznego sporu o dopuszczalność eutanazji, społeczna praktyka „dobrej śmierci” w schyłkowych zachodnich społeczeństwach – dotkniętych samotnością, polaryzacją, postępującym zanikiem więzi, kultem pieniądza, efektywności i młodości, wypieraniem starości i śmierci – niesie coraz więcej wątpliwości i obaw.
Ryzyko, że ludzkie życie stanie się w takich warunkach elementem systemowej buchalterii, już się właściwie materializuje. Przejmującego obrazu tego procesu dostarczyła niedawno Elaina Plott Calabro w rozległym tekście „Kanada się zabija”, opublikowanym w 849. numerze miesięcznika „Znak”.
Wyłania się z niego przygnębiający obraz państwa, które oferuje „usługę” eutanazji także tym, o których leczenie albo komfort życia dałoby się z powodzeniem zadbać – co w oczywisty sposób okazuje się korzystną dla systemu oszczędnością.
W połączeniu z drapieżnym rynkiem i rozwojem sztucznej inteligencji, która redukuje wszystko do poziomu wiązki danych, rachuje, przelicza i zamienia na eleganckie bilanse, daje to obraz kultury pogrążonej w fundamentalnym kryzysie. Takiej, w której, jak słusznie zauważa Houellebecq, wąsko rozumiana „użyteczność” staje się wartością najwyższą.
Powtórzę więc na koniec to, co już kilkukrotnie na tych łamach pisałem. Bez gruntownej, systemowej zmiany wprowadzanie powszechnego dostępu do eutanazji oznacza ni mniej, ni więcej, tylko zastępowanie śmiercią troski o życie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.









